wtorek, 13 listopada 2012

Salome z poderżniętym gardłem czyli renesansu północnego krajobraz po bitwie


Drodzy czytaciele, coś Wam pokażę.


Joanna Chrobak, Salome, 2007/2008

Joanna Chrobak, Upadek Ewy, 2007/2008


Joanna Chrobak, IV z cyklu Rozmowy o miłości, 2002

Joanna Chrobak, II z cyklu Rozmowy o miłości, 2002

Joanna Chrobak, IX z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, IV z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, II z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, Cefalus i Prokris, 2011

Joanna Chrobak, Bez tytułu, 2007/2008

Joanna Chrobak, Batszeba, Dalila, Judyta, 2007/2008

Joanna Chrobak, VII z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, XII z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, I z cyklu Korowód, 2005/2006

Joanna Chrobak, I z cyklu Rozmowy o miłości, 2002


Z pracami Joanny Chrobak zetknęłam się po raz pierwszy ładnych kilka lat temu, chyba w 2006 roku, kiedy to planeta, do której przemagnesowana byłam obiema nogami, nazywała się renesans, i kiedy po okresie dość intensywnej znajomości z tą stroną owej planety, której kręgosłup nazywa się Apeniny, odkryłam ze zdumieniem, że prawdziwy Kosmos zaczyna się za Alpami.
 
Z zerową wówczas świadomością tego, co się obecnie w sztuce robi, czyni i wyrabia, zostałam kompletnie porażona tym, że w ogóle istnieją artyści, którym przychodzi do głowy czerpać tak wielkimi garściami z tradycji malarstwa północnego XV i XVI wieku i tworzyć w oparciu o to coś swojego.
 
Dzisiaj siłą rzeczy zabieg taki już mnie nie dziwi, ale na prace pani Chrobak, imienniczki mojej, nadal lubię patrzyć, może trochę z sentymentu, a może dlatego, że nadal jestem zachłyśnięta precyzją w doborze inspiracji. Bo jej malarstwo wygląda dla mnie tak, jak musiałaby wyglądać spuścizna artystyczna wspomnianego okresu, gdyby ktoś zgromadził ją w jednym miejscu i zrzucił na nią bombę atomową. Albo po prostu – musiałaby tak wyglądać widziana przez pryzmat snu. Ewentualnie koszmaru.
 
Mamy kobiety Cranacha powyginane jak druty, kuzynki wiedźm Baldunga, które wyrosły zdeformowane, echa dürerowskie, o jakich jednak drogi Albrecht ani nie śnił, ani nie koszmarzył. I widzimy tych wcześniejszych – van Eycka, Fouqueta, Petrusa Christusa, którym podkradziono modeli. Jest w tym wszystkim i astrologia, i jakiś posmaczek alchemii, który w kilkadziesiąt lat po wymienionych tu tuzach z pewnością wzbudziłby zainteresowanie takiego Rudolfa II. Na dworze Walezjuszy w drugiej połowie wieku też pewnie rzecz by się przyjęła, acz patrzono by na to z mieszaniną niesmaku i zafrapowania. Lista tego, co Chrobak czerpie od samowolnie wybranych „ojców chrzestnych” swojego malarstwa, jest imponująca. Czerpie kreskę, czerpie barwę, czerpie kostium, często zabiera twarze ich pierwotnym właścicielom (poznajecie Giovanniego Arnolfiniego?), porywa bohaterów wyobraźni, najpopularniejsze motywy (Adam i Ewa, św. Sebastian, Salome i inne heroiny Starego Testamentu, cała plejada postaci mitologicznych w ostatnim cyklu – Kefalos i Prokris, Leda, Danae, Wenus i Akteon, „uczestniczki” Sądu Parysa…). A to wszystko jakby skażone chorobą genetyczną. Przede wszystkim czerpie jednak nastrój płócien składających się na „ciemną stronę” późnego gotyku / wczesnego renesansu. Nastrój, który normalnie tylko się przeczuwa, który przebija lekko przez powierzchnię, tutaj jest potęgowany do maksimum. Co wydaje się być dziwne, będzie jeszcze dziwniejsze. Co dyskretnie niepokoi, będzie niepokoić na całego – „niepokojące” deformacje, nad którymi debatujemy: zamierzone, czy nie?, wreszcie zyskają pełną celowość.
 
Przykład "ukradzionej" twarzy: Giovanni Arnolfini. Malował Jan van Eyck, ok. 1435.


Znajoma twarz nr. 2: Madonna Jean'a Fouquet'a z ok. 1450.

Najczęściej się powtarzająca: Dziewczyna pędzla Petrusa Christusa, ok. 1470.
 
Po tym wszystkim jednak, po bliższym zaznajomieniu się z autorką (życiorys i więcej prac na jej stronie, polecam zajrzeć również tutaj), tym bardziej chce się wrócić do pierwowzorów, do tych prac „ojców chrzestnych”, gdzie jest ciemno i dziwno – w sam raz na listopad. Tak przy okazji tego, że planeta, na której stałam sześć lat temu niespodziewanie sama mnie znowu znalazła, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Uważajcie na marzenia z okresu środkowego nastolectwa – mogą się zacząć spełniać kiedy zdążycie mieć już pięćset następnych!
Lucas Cranach St., Judyta, ok. 1530

Niklaus Manuel Deutsch, Sąd Parysa, 1517-1518


Niklaus Manuel Deutsch, Alegoria śmierci, b.d.

Hans Baldung Grien, Sabat, 1510

Niklaus Manuel Deutsch, Ścięcie św. Jana Chrzciciela, 1515-1516

Hans Baldung Grien, Ewa, wąż i śmierć, 1510-1512

Albrecht Dürer, Wiedźmy, 1497
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz