Sezon obecnie blogowym elaboratom
bynajmniej nie sprzyja, jeszcze nie zaczęłam się egzaminować, a już od co
najmniej miesiąca mam ciągłe poczucie stanu podwyższonego ryzyka. Dlatego
zamiast opróżniać nagromadzony zasób słów i tematów (a są takie co czekają
jeszcze od czasów fazy koncepcyjnej MAAA) – opróżniam nagromadzony na dysku
zasób wizualny. A przynajmniej fragmentarycznie.
Zresztą – wątek okładek płytowych
swego czasu zdążył już tutaj mignąć i było jasne, że prędko powróci.
Na wszystkie prezentowane tu
graficzne cuda i koszmarki natknęłam się w ramach wyłącznie muzycznych
poszukiwań, czasami miało to miejsce kilka lat temu, czasami – w ubiegłych
tygodniach. W każdym razie nigdy nie podjęłam próby przeczesywania monstrualnie
wielkiego materiału okładkowego pod kątem łowienia średniowieczności. Dlatego
te kilka sztuk, które dzisiaj prezentuję jako zbiór, stanowi istny groch z
kapustą, ale może to właśnie przyczynia się do uchwycenia – jak to mówią –
‘szerokiego spectrum problemu’.
Oczywiście nie muszę dodawać, że
celowo nie uwzględniłam gagatków w rodzaju sceny neo-medieval i okolicznej, ani
tych rewirów okładki „metalowej”, gdzie stosuje się z upodobaniem gotycką
czcionkę i inne tego rodzaju chwyty. Im bardziej to średniowiecze (albo wczesne
nowożytniaki) przypadkowe (czyt. wizualnie samodzielne) – tym lepiej. Chociaż
przypadkowość zachodząca na linii muzyka zawarta na płycie – okładka płyty jest
zazwyczaj złudna.
Raz, dwa, trzy – do dzieła.
Po pierwsze – mistrz printów (co już wielokrotnie tu
podkreślano), ale i okładek także (vide Aion Dead Can Dance), miłościwie nam panujący Hieronim Bosch ma konkurencję.
Fleet Foxes, Fleet Foxes (2008)
Pieter Bruegel, Przysłowia holenderskie, 1559, Staatliche Museen, Berlin
To Pieter Brueghel St., proszę państwa.
Pearls Before Swine, Balaklava (1968)
Black Sabbath, Greatest Hits (1986)
O okładkach Trylogii
husyckiej Sapkowskiego przypominam w tym miejscu mimochodem.
Szerzą się te Bruegle obficie. Do znudzenia? Z dzisiejszej
perspektywy może już tak. Nic bardziej nęcącego, niż podzielić się tymi smaczkami
wszechogarniającego zniszczenia albo i szaleństwa, albo i po prostu rozbieganej ludzkiej ciżby, dużo łapiącego oko szczegółu... Biorąc pod uwagę jak
niedaleko pada tu jabłko od jabłoni, a Bruegel od Boscha – trzeba chyba
traktować boschyzmy i breuglizmy łącznie. Szerszy trend i jaki trwały. Okładka
płyty Pearls Before Swine to przecież dopiero pamiętny rok ów 1968, zatem
pradzieje trendu. Swoją drogą – wiedzieliście, że w latach szkolnych Jim
Morrison popełnił był obszerną pracę na temat nie kogo innego, jak Boscha?
Bodajże dowodził w niej powiązań malarza z adamitami (źródło, w którym to swego
czasu wyczytałam nijak tego nie precyzowało). No cóż…
Wracając do pradziejów. Jeśli chodzi o czeluście lat 60-tych
i 70-tych minionego stulecia, order za wierność sztuce interesujących nas tu
wieków bezapelacyjnie przyznałabym Pearls Before Swine właśnie. Popatrzcie
tylko (naturalnie jest i Bosch):
Pearls Before Swine, One Nation Underground (1967)
Pearls Before Swine, These Things Too (1969)
Pearls Before Swine, The Use of Ashes (1970)
Później pojawili się prerafaelici, Waterhouse we
wspominkowym box-ie w 2002 r. (Jewels
Were the Stars), a znacznie wcześniej Millais. Biorąc pod uwagę stopień
średniowiecznego miłośnictwa zakorzenionego w Bractwie Prerafaelitów i wśród
jego kontynuatorów – pozwalam sobie okaz z Ofelią
tutaj włączyć.
Pearls Before Swine, ... beautiful lies you could live in (1971)
A jakby komuś jednak jeszcze Boscha było mało, chociaż nie
wierzę, to proponuję jeszcze wczesnych Deep Purple, z niebezpiecznie
nieodległego czasu w stosunku do One
Nation Underground. Niczego nie sugeruję.
Deep Purple, Deep Purple (1969)
Z podobnych lat pochodzą jeszcze rozliczne michałki.
Nigdy nie przestanie mnie bawić grupa Elizabeth i to oto
arcydzieło:
Elizabeth, Elizabeth (1968)
Oj, ktoś tu lubił florentczyków. Jest i Botticelli, jest
Ghirlandaio… I te „portrety profilowe” członków grupy, w jednym, grzecznym
szeregu! No, panowie, profile profilami, ale trochę jednak wam zbrakło do
dumnych oblicz przedstawicieli italskich szlacheckich rodów. Że już o cezarach
nie wspomnę.
Ach ta stylizacja, przerzucanie pomostów
przeszłość-przyszłość…
King Crimson, Lizard (1970)
No tak, to Lizard
King Crimson. Okładka rodem ze skryptorium. Trudno znaleźć słowo, które w pełni
oddaje mój stosunek do tejże okładki. Chyba po prostu ona mnie cieszy.
Dla miłośników klimatów bardzo wczesnych – wiek VI, fibula w
kształcie orła i The Growing Concern.
The Growing Concern, The Growing Concern (1968)
fibula w kształcie orła, VI w. n.e., Walters Art Museum
Można się też po prostu sfotografować pod zabytkiem.
Przypomnijmy Donovana…
Donovan, Wear Your Love Like Heaven (1966)
… i przedstawmy The Goundhogs. Historyzujących tu na całego,
w dwie różne strony.
The Groundhogs, Blues Obituary (1969)
Niektórych do inspiracji czasem minionym skłaniać może…
własna nazwa.
Renaissance, Novella (1977)
No a na koniec, coś czasowo nam bliższego, co bardzo przypadło
mi do gustu – Hala Strana, granie psychodelizująco-bałkanizujące i upodobanie
do dawnej kartografii.
Gdybym miała ugotować obiad
wykorzystując do tego kilka swoich ulubionych składników, w normalnych
warunkach kulinarnych pasujących do siebie jak wół do karety (typu: wiórki
kokosowe i oliwki), wyszłoby z tego pewnie obrzydlistwo nieprawdopodobne i
trudne w ogóle do objęcia rozumem. Z łączeniem rzeczy ulubionych, a
stanowiących część zupełnie odrębnych par kaloszy, bywa na szczęście nieco
łatwiej. Może nie zawsze w przypadku ubioru… Ale weźmy to, co kryje się pod
dość zwodniczym pojęciem zainteresowania
(wobec braku w języku polskim terminu ulubieństwa).
Rzucam więc kilkoma, a że rzucanie dokonuje się na blogu – zaczynam od
średniowiecza. Teraz Święta Trójca, Reczy Podstawowe, żeby nie powiedzieć –
Rzeczy Ostateczne. Muzyka, film, sztuka. Garść mniejszych worków, na
doprawienie – późne lata 60-te, wraz z zazwyczaj się za nimi ciągnącym młodszym
braciszkiem w postaci Zarania Następnej Dekady. Okładki płytowe. I to, czego
(zauważyliście już) nigdy zabraknąć nie może. Przyodziewek. Łączenie wyżej
wymienionych komponentów w pary czy tercety nie przedstawia rzecz jasna
większych trudności, jest proste jak bułka z masłem. Przypadków, w których jestem
w stanie połączyć je wszystkie
wychwyciłam na razie niewiele. Dziś nieco o jednym z nich.
Wszystko to daje się w miarę
sensownie pozbierać (trochę bardziej na zasadzie jakiejś fikuśnej mapy myśli
niż ciągu przyczynowo-skutkowego) jeśli za punkt wyjścia obierzemy twórczość
tego oto pana:
Donovan, Wear Your Love Like Heaven (czyli 1/2 albumu A Gift From a Flower to a Garden), okładka 1966, fot. Karl Ferris
Donovan (właść. Donovan Leitch),
Szkot rodowity, rocznik bardzo dobry, bo 1946. Jak to się nieładnie, bo z obca,
mówi – singer-songwriter zazwyczaj folkowy, w
amerykańskim rozumieniu terminu, to jest jako ‘barda z gitarą’. Bywało, że
nazywany ‘szkockim Bobem Dylanem’, ze szkodą chyba dla obydwu i dla większej
klarowności odbioru, wyłączywszy (ewentualnie) bardzo wczesny etap twórczości
– nie należy się tym określeniem zbytnio przejmować. Debiutancki longplay w
1965 (What's Bin Did and What's Bin Hid aka Catch the Wind) i
od razu duży sukces, zwłaszcza w Brytanii. Do końca lat 60-tych pozycja na
rynku stabilna.
Może przez
tą Szkocję, a może po prostu dlatego, że od folku (w jakiej byśmy ‘odmianie’ go
nie ujmowali, byleby pozostawał - mniej lub bardziej – ukorzeniony w tradycjach
Mamy Europy) do średniowiecza zawsze jakoś podejrzanie blisko – dość rzec, że
mediewistyczne oko nawet nie musi specjalnie brać Donovana pod lupę, żeby
nagle, ku błogości swojej wrażliwej na uroki kilkusetletnich zamczysk etc.
duszyczki, znaleźć to tu, to tam jakiś ciekawy okruszek.
Zaczęło się
dość tradycyjnie, bo od klimatów arturiańskich. Sunshine Superman z 1966 roku, poza tym, że zawierał jeden z
największych hitów w całej donovanowej karierze (utwór tytułowy mianowicie),
poza tym, że chcąc nie chcąc ustawił swego autora(wcześniej w znikomym przecież
stopniu undergroundowego) w awangardzie, jeśli wziąć pod uwagę próby (o różnym
przecież stopniu powodzenia) dodania psychodelicznego posmaku do tego, co się
już wcześniej grało, poza tym, że w pamiętnym The Trip (nomen omen) Donovan dowodził, że charakterystyczne
jąkanie jak-gdyby-pod-wpływem-pewnych-popularnych-substancji nie skończyło się na
My Generation The Who, poza tym, że w
ogóle jest to bardzo dobra płyta i że bardzo pięknie pobrzmiewa tam sitar, tak
więc – poza tym wszystkim – naszemu Szkotowi zachciało się pośpiewać o Ginewrze
pijącej trunki pochodzące z winnic Karola Wielkiego… Tak. (Guinevere of the royal court of Arthur / Draped in white velvet, silk
and lace / The rustle of her gown on the marble staircase / Sparkles on
fingers, slender and pale […]Maroon-coloured wine from the vineyards of
Charlemagne / Is sipped by the queen's lip and so gentle / Indigo eyes in the
flickering candlelight / Such is the silence over royal Camelot) Bardzo to klimatyczne, bardzo
przestrzenne, bardzo powietrzne.
Rok później Donovan porwał się na
stworzenie opus magnum, bo chyba tak
już na wstępnie zwykły się jawić wydawnictwa podwójne (ale od jawienia się do
prawdy jeszcze droga daleka). Niby ‘piękna miska jeść nie daje’, ale A Gift From a Flower to a Garden tak czy
owak interesuje mnie przede wszystkim ze względu na opakowanie. Po pierwsze był
to jeden z pierwszych box-setów, okładka
naprawdę zaczęła przypominać tym samym księgę,
zwłaszcza że ze środka wysypywał się zestaw karteluszek z tekstami utworów (nie
był to więc booklet w tradycyjnym rozumieniu). Ale przede wszystkim – artwork
jako taki, nazwijmy to – sesja okładkowa,
za którą stał sam Karl Ferris, szumnie (ale nie bezpodstawnie) nazywany ‘ojcem
psychodelicznej fotografii’, nadworny artysta Hendrixa, który poza tym
popełniał jeszcze prawdziwe eksplozje koloru dla takich tuzów ówczesnej sceny
jak Cream czy The Hollies, pomagając – zwłaszcza w przypadku tych ostatnich –
dosłownie podkoloryzować ich nowy, doraźny (modniejszy?) i właściwie dość
jednorazowy, psychodeliczny wizerunek. Tym, co powinno nas tutaj szczególnie
interesować, jest plener (odsyłam do fotografii powyżej). Bodiam Castle, proszę państwa. Hrabstwo Sussex,
rocznik 1385.
Bodiam Castle, źródło: wikipedia.
Z sesji do A Gift From a Flower to a Garden.
Na jednych sędziwych murach się nie skończyło...
Czujecie w tym wszystkim jakiś
minimalnie zbyt wielki ładunek ładności i sentymentu? To dobry kierunek.
Na początku nowej dekady
przychodzi zamówienie na soundtrack. Od Bardzo Znanego Reżysera. Film, o którym
mowa, powinien tutaj błysnąć właściwie jako główny bohater tego posta, jako
punkt dojścia, ale i punkt wyjścia, biorąc pod uwagę, że w jakiejś kompletnie
odmiennej czasoprzestrzeni, gdzieś-kiedyś po raz pierwszy zetknęłam się
donovanową twórczością. Nie odwrotnie. Nie było też zresztą tak, że po
obejrzeniu (i odsłuchaniu) rzeczonego filmu jęłam namiętnie wsłuchiwać się w Słonecznego Supermana i jego krewnych. O
nie, najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Donovan przez pewien dłuższy
czas funkcjonował w mojej głowie właśnie tylko i wyłącznie jako autor
rzeczonego zestawu piosenek ‘pod film’.
Treść filmu była następująca i
dla tych, którzy jeszcze nie domyślają się o czym mowa, powinna zabrzmieć
znajomo, i to na dwóch płaszczyznach:
Pewien młody człowiek wyrusza
wraz z przyjaciółmi na wojnę. Taka siła wyższa i wymogi chwili. Z wojny owej
wraca rzecz jasna w złym stanie ciała i jeszcze gorszym stanie ducha, ba, z
duchem kompletnie strzaskanym i pogruchotanym. W zmordowanym wspomnieniami
wojennego terroru umyśle zaczynają się powoli rodzić myśli bardzo konkretne i
klarowne, ale tak nieprzystające do rzeczywistości, że na początku trudno to
nawet wyrazić słowami. Kiedy się jednak znajdują, jedno z nich staje się
słowem-kluczem. Wolność.
Zainspirowanym widokiem ptaków za oknem nasz młodzieniec postanawia być wolny,
wolny totalnie i za wszelką cenę. Chce znaleźć
swoją duszę. Dalszy przebieg zdarzeń
jest do przewidzenia – odrzuca ojcowiznę, odrzuca wszelkie dobra materialne,
koniec końców odrzuca także rodzinę i cóż – wyprowadza
się za miasto. Przy okazji inicjuje coś na kształt działalności
charytatywnej. Ostatecznie nic nie posiadający biedacy okazują się przecież być
bardziej wolni od skrępowanych żądzą
bogactwa, dobrze prosperujących mieszczuchów. Jest przy tym wszystkim jeszcze
element biegania po polach, bliskości natury. Ostatecznie taki model życia, w
myśl zasady wolność i pokój staje się
podejrzanie nęcący dla młodych mieszkańców rodzinnej mieściny głównego
bohatera, którzy przyłączają się do niego coraz większą gromadą. W mieście
starsze pokolenie wpada w popłoch (‘Powiedziano
nam, że śmietanka naszej młodzieży zaraziła się kontaktem z tą ekscentryczną
społecznością.’) Podjęte ostatecznie kroki będą drastycznie i skończy się
na ofiarach. Tak działa władza. Ale wbrew niej, nowa idea będzie się szerzyć… i
szerzyć… i szerzyć.
Był rok 1972 kiedy film wszedł na
ekrany, ale równie dobrze mógłby powstać kilka lat wcześniej. Zresztą – sam
koncept też nie urodził się przecież z dnia na dzień.
Rzecz jasna główny bohater nie
wraca z Wietnamu. Rzecz jasna w tym wszystkim tkwi jeszcze wątek religijny,
który celowo powyżej pominęłam, biorąc jednak pod uwagę fakt, że i w filmie
jest on momentami wręcz marginesowy, że więcej jest mówienia o wolności niż o
wierze. Cóż, poznajcie hipisów z San Damiano. Pod przewodnictwem znanego wam
skądinąd św. Franciszka. A raczej postaci, dla której stanowi on mglisty
pierwowzór.
Brother Sun, Sister Moon Franco Zeffirellego to jeden z takich
filmów, o których nie do końca wiem co myśleć. To, że z biografią prawdziwego
Franciszka z Asyżu ma tyle wspólnego, co Donovan Leitch z Jasonem Donovanem nie
jest samo w sobie wadą. To, że działania bohaterów przyjmują formę nieomal
kontrkulturowego manifestu – też. Odbieram to jako signum temporis. Jest przy tym stale obecny ów wyżej wspomniany
element ‘zeświecczenia’ historii Franciszka – mówi się więcej o ubóstwie
Chrystusa niż o Bogu jako takim. To pomaga odjąć trochę ciężaru gatunkowego i
uniknąć charakterystycznej dla filmów o świętych nachalnej retoryki. Cóż, może
to po prostu nie jest film o świętym.
Pod względem estetyki i nastroju
pozostaje w bliskiej konotacji z najbardziej chyba reprezentatywnym dziełem
Zeffirellego. Mowa oczywiście o Romeo i
Julii. Cóż, Brat słońce, siostra
księżyc to film nakręcony pastelami, dosłownie (ujawnia się to zwłaszcza w
scenach w plenerze) i w przenośni. Momentami wkrada się taki sentyment, taka
czułostkowość, że czuję się jakbym oglądała zbiór XIX-wiecznych religijnych
oleodruków, tylko trochę ładniej (o, to stosowne słowo) wyglądających. Z
drugiej strony – niewyobrażalnie kiczowaty obrazek wodospadu (piękny dzień,
pełne słońce, śliczna dziewczyna) jest momentalnie (i kapitalnie) przełamany
widokiem zastępu trędowatych, wyłaniającego się zza przysłowiowego winkla. Wywołanie
wrażenia naiwności samo w sobie jest pewnie zabiegiem celowym. Ale zajączki i
sarenki hasające wśród maków (całe pola maków!)… Hm.
Tymczasem zdarzają się momenty
tak wizualnie wyśmienite, że naprawdę pobłażliwy uśmieszek znika mi z twarzy.
Weźmy scenę rozmowy z matką, zakomponowaną jak jakieś XV-wieczne Zwiastowanie –
zwracam uwagę na ten wazon z irysem, irysem (!!!) tak kojarzącym się z mieczem,
z bólem matki, ten miecz boleści z
proroctwa Symeona, ech, cała ta ukryta, późnośredniowieczna symbolika.
Rewelacja.
Niektóre ujęcia krajobrazu. Ach ta Umbria i jej doliny, które
wyglądają jak scena teatralna. Wreszcie fakt, że Asyż zagrało San Gimignano - fantastycznie,
z tymi swoimi niebosiężnymi wieżami, wpisujące się w powiastkę o wolności.
Bazylika św. Piotra, w której Innocenty III wygląda jak wielkie jajko Fabergé –
poznajecie mozaikę z katedry w Monreale?
I w tym wszystkim – kostiumy. O
mój Boże, jakżesz ja się kiedyś musiałam oburzać, widząc co się tam wyprawia.
Trudno projektując stroje pofolgować sobie w przypadku przyodziewku braci z San
Damiano, ale już elita Asyżu, świta papieska – to pole do popisu. Zgodność
względem pierwowzorów, tak jak w przypadku zgodności biografii – jest mglista.
Pomysły są karkołomne, niesamowicie efektowne, czasami aż w zabawny sposób. 1209 – Odyseja kosmiczna.
W Asyżu nosimy się na bogato.
Może czasem
właśnie o to chodzi. Nie czerpać pełnymi garściami, tylko podskubywać. Tworzyć
coś nowego, nie muzealnego. A co można powiedzieć o tych, którzy w owych
fantastycznych tworach paradują? Cóż, Graham Faulkner, odtwórca głównej roli,
specjalnie się później nie nagrał i pewnie już do końca pozostanie „tym od św.
Franciszka”. W jego grze też wyczuwalny jest ten trochę pretensjonalny posmak,
chcę myśleć, że momentami zbyt duży pierwiastek – przepraszam za wyrażenie –
szczęśliwego, bożego ‘idioty’ (szaleńcem widzi Franciszka Asyż i szaleńcem
przedstawia się go widzowi) był całkowicie pod kontrolą i zamierzony. Mnie
najbardziej w pamięć zapadli filmowi rodzice przyszłego świętego, czyli Lee
Montague i Valentina Cortese jako Pietro i Pica di Bernardone – soczyści, z
krwi i kości i tacy, że ich postaci nie sposób potępiać. Każdy film posiada
swoje humorystyczne zaplecze w postaci historyjek – kto miał kogo zagrać a nie
zagrał (i dlaczego). Nie inaczej tutaj. Do roli Franciszka rozpatrywano takie
kandydatury jak Caetano Veloso (!) czy Al Pacino (!!!). Zeffirelli podobno
wyznał w swojej autobiografii, że w filmie hurtem zagrać mieli panowie z The
Beatles, ‘w głównych rolach’. Czy miało to oznaczać czworo przyjaciół
Franciszka, czy może któryś z członków Fab Four miał osobiście oblec się w
szaty świętego? Ciekawe który… Pewnie niekoniecznie Ringo.
No a soundtrack? Jak cały film –
oscylujący między przesłodzeniem a naprawdę świetnymi momentami. Co ciekawe –
na potrzeby włoskiej wersji filmu powstał… osobny. A z oficjalnego wydawnictwa
w jakiś przedziwny sposób wypadły utwory Donovana. W związku z zagmatwaną
kwestią praw autorskich ukazały się samodzielnie dopiero w 2004 (!) roku,
nagrane na nowo, w wersji całkowicie akustycznej. To potwierdza moje własne
obserwacje – w przypadku większości utworów ich potencjał został zabity przez
aranżacje – orkiestrę i chóry. Dlatego dla mnie absolutnie najlepszym momentem
soundtracku, na którym tak naprawdę mógłby się właściwie zaczynać i kończyć,
pozostaje chyba najmniej zauważany utwór, który w przeciwieństwie do innych nie
zrobił samodzielnej kariery jako normalnie, regularnie funkcjonująca piosenka
religijna. Utwór, który otwiera film. Słuchajcie.
Stwierdzenie, że w 1968 „się
działo” trzeba by pewnie postawić w jednym rzędzie ze zdaniami typu „Słowacki
wielkim poetą był”. Ale co tu się krygować - abstrahując już od tego co się
wydarzyło na gruncie politycznym, porzucając czołgi w Czechosłowacji i tak
dalej, pozostając przy samej tylko kulturze, trzeba to jednak przyznać. Się
działo. Z perspektywy czasu – oczki się świecą. Kubrick zabierał zdumioną
ludzkość w Odyseję kosmiczną,
Polański kazał zaciążyć Rosemary, The Doors na trzecim krążku czekali na
słońce, debiutowali Fleetwood Mac i Creedence Clearwater Revival, panowie z
Cream odjeżdżali na Wheels of Fire każdy
w swoją stronę. Świeżo uformowani The New Yardbirds pojechali w trasę po
Skandynawii i wkrótce zmienili nazwę na Led Zeppelin. Tyle nowości, to po cóż
było obracać się wstecz, powiedzmy – w stronę średniowiecza.
14 kwietnia 1969 rozdano Oscary
za rok ubiegły. Statuetkę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej wręczała Ingrid
Bergman, pięknie i szczerze zdumiona, kiedy po tradycyjnym odczytaniu nazwisk
nominowanych zajrzała wreszcie do koperty i zakrzyknęła: "zwycięzcą… mamy remis!". Tylko jedna z laureatek była obecna na sali. Oscara za Zabawną dziewczynę Barbra Streisand
otrzymała do rąk własnych bez pośredników. Dla drugiej, nieobecnej zwyciężczyni
była to już trzecia w karierze nagroda Akademii. Ostatecznie miała powiększyć
stan posiadania do czterech statuetek, co do dziś stanowi rekord. Nominacji
doczekała się dwunastu. Nagrodę, którą w imieniu Katherine Hepburn (rocznik
1907) odebrał reżyser Anthony Harvey, aktorka otrzymała za rolę Eleonory
Akwitańskiej (rocznik 1122).
Film nosił tytuł "Lew w zimie" i był adaptacją sztuki
Jamesa Goldmana, która zadebiutowała na Broadwayu w marcu 1966 roku. Akademia
uhonorowała obraz jeszcze dwoma Oscarami i kilkoma nominacjami, podobnie rzecz
miała się w przypadku Złotych Globów i nagród BAFTA. Film, swego czasu
nagradzany na prawo i lewo, później chyba się trochę przykurzył, zwłaszcza
jeśli wziąć pod uwagę kino historyczne i kostiumowe. Powiedzmy sobie szczerze –
ilu z nas, poproszonych o wymienienie na gorąco kilku filmów „średniowiecznych”,
wspomni akurat o Lwie w zimie Harvey’a?
Jeśli więc w tym momencie ktoś
zastanawia się, dlaczego u zarania swojej blogerskiej działalności postanawiam
rozpisywać się akurat o tym obrazie – spieszę z odpowiedzią, prostą i
oczywistą. Jest to jak do tej pory mój absolutnie ulubiony film z akcją
osadzoną w średniowieczu i jeden z ulubionych filmów w ogóle. W swojej
kategorii jest dla mnie absolutnym must
see. Pewnie mogłabym się na ten temat rozwodzić godzinami, wypada jednak
ograniczyć się do najważniejszych spraw.
Treść. Jest Boże Narodzenie 1183,
król Anglii Henryk II urządza rodzinny zjazd, bynajmniej nie w celu wymiany
świątecznych uścisków, ale by uregulować kwestię dziedziczenia tronu. Jak to
śpiewali Die Toten Hosen w swoim hiciorze o dziesięciu małych myśliwych: neun kleine Jägermeister wollten gerne
erben, damit es was zu erben gab, mußte einer sterben, czyli – tłumacząc
niedosłownie – żeby myśliwi mieli co odziedziczyć, ktoś musi umrzeć. Tu nikomu
do umierania się na razie nie spieszy, ale jasnym jest, że trzech łasych na
schedę synów to o trzech za dużo. Ryszard, później ochrzczony Lwie Serce, zdradza już najbardziej
znamienne cechy swojego charakteru: powalczyć sobie lubi, oj, lubi, mieczem czy
słowem – nie ważne, dość, że robi to dość bezpardonowo i z pewnością nie
odpuści. Jego rację wspiera fakt starszeństwa oraz matka, królowa Eleonora, swego
czasu najlepsza partia w Europie, od lat więziona przez Henryka w odosobnieniu
i teraz na moment wypuszczona na wolność, czy raczej – spuszczona z łańcucha.
Łatwo się domyślić, że Henrykowi nie jest łatwo z małżonką dyskutować, tym
bardziej, że przy okazji wychodzą wszystkie dawne nieporozumienia i żale. Często
chodzi o sprawy dużo bardziej osobiste i delikatne, niż fakt wywoływania w
przeszłości przez Eleonorę wojen domowych przeciwko mężowi, z pewnymi zresztą
sukcesami. Sytuacji nie poprawia fakt, że aktualną wybranką serca starzejącego
się Henia jest dawna wychowanka Eleonory, młoda Alais, swatana Ryszardowi
siostra króla Francji Filipa II (później szerzej znanego jako Filip August),
który na świąteczny zjazd również przybywa, celem dopilnowania matrymonialnych
przyrzeczeń i ugrania kilku kart na przyszłość. Uf… Tymczasem jest jeszcze Jan,
na razie faktycznie Bez Ziemi, choć
jeszcze bez przydomka, najmłodsza latorośl królewskiej pary, młodzik o bardzo
małym rozumku i właściwie bez zalet, mimo to faworyzowany przez ojca i jego
kandydat na króla, ku rozpaczy wszystkich naokoło. Średnim synem, Gotfrydem,
księciem Bretanii, nikt właściwie się nie przejmuje, i błąd, bo ten na kogo nie
zwraca się uwagi ma zwykle najszersze pole działania, tym bardziej, że młodzian
ów w największym stopniu przejął po matce spryt i przebiegłość, w konkurencji
intryg osiągając wysokie noty. Henryk ma pełne prawo, by to Boże Narodzenie
znienawidzić. Dlatego pamiętajcie, jeśli będziecie w przyszłości narzekać, że
nie znosicie tego typu rodzinnych zjazdów, pomyślcie – on miał gorzej.
Ostatecznie - przecież u was w domu nie mówi się: to kogo teraz wieszamy – ostrokrzew czy siebie nawzajem?
Malkontenci marudzą, że film jest
przegadany. To zarzut stawiany większości adaptacji sztuk teatralnych, więc
chyba nie ma sensu się nad nim rozwodzić. Faktem jest jednak, że to dialog jest
siłą napędową opowieści, bohaterowie właściwie nie robią niczego innego, jak
tylko mówią. Ale za to jak! Niektórych może zmęczyć, że oto każda z postaci
(nawet półgłówek Jan, choć pewnie nieświadomie) zostaje wykreowana na mistrza
ciętej riposty, w moim odczuciu słucha się jednak tych wszystkich gier słownych
i skojarzeniowych po prostu wybornie. Dialog iskrzy się ironią i humorem jak
śnieg na słońcu, chociaż w miejscu rodzinnego zjazdu – Chinon, akurat nie
śnieżyło. Nawet niewiarygodnie dobre dialogi można jednak zepsuć. Można też je
dopełnić świetnym aktorstwem, i tak dzieje się tutaj. Katherine Hepburn
istotnie jest najlepszą Eleonorą jaką sobie można wyobrazić, fenomenalne jest
to, w jaki sposób wciela się w kobietę,
która właściwie sama również gra - osobę silniejszą niż jest rzeczywistości,
kompletnie niezłomną, prawie nonszalancko podchodzącą do tematu własnej niewoli
i innych tragedii, która jednak w pewnych momentach po prostu pęka, starając
się wtedy rozpaczliwie zatuszować własną słabość. Hepburn występuje jednak
przede wszystkim w duecie z Peterem O’Toole: królem Henrykiem raz rubasznym,
raz całkowicie złamanym, dość, że zagranym świetnie. Nie przeszkadza nawet to,
że w stosunku do granej przez siebie postaci O’Toole był o kilkanaście lat za
młody. To zresztą jego drugie wcielenie w rolę Henryka II, w 1964 był jeszcze Becket (z tytułową rolą Richarda
Burtona), też jeden z absolutnych klasyków gatunku i film, do którego Lew w zimie w zasadzie stanowi pendant, mimo wszelkich różnic
realizacyjnych (Lew przy Beckecie jawi się prawie skromnie) i w
rozłożeniu akcentów. Do tego drugiego filmu na pewno jeszcze kiedyś wrócimy. Co
się jeszcze tyczy obsady Lwa – są również
ciekawostki z cyklu „jacy oni kiedyś byli młodzi”. Przede wszystkim –
świeżynki: Anthony Hopkins (jako Ryszard) w swoim filmowym debiucie (nie taki
już gołowąs, bo wówczas 31-letni) czy również debiutujący na wielkim ekranie
Timothy Dalton (Filip), młodziusieńki aż miło. No ale są jeszcze John Castle
(Gotfryd) - który co prawda mignął u Antonioniego w Powiększeniu, w większości jednak coś tam aktorzył w telewizji i chyba
dopiero przy Lwie dostał szansę, żeby
się wykazać, oraz absolutnie wspaniały Nigel Terry (późniejszy pamiętny
Caravaggio w filmie Jarmana) jako Jan, u którego wyszły na wierzch hektolitry
talentu komediowego. Aha, dla niego to też był kinowy debiut.
Wszyscy oni wrzuceni zostali w
oprawę skuteczną, bo nie nachalną, a pewnie, że czasem nie grzeszącą
historyczną akuratnością, podobnie jak cały film (choć większość konkurencji Lew i tak bije pod tym względem na
głowę), ale kto by się przejmował, tym bardziej, że cieszy oko dyskusyjny urok
zamku użytkowanego raz od wielkiego dzwonu, a więc dość grajdołkowatego, czy
takie drobne mrugnięcia okiem do widza jak… szachy, którymi grają Gotfryd z
Filipem, co najmniej wzorowane na słynnych Lewis Chessmen, jeśli nie ich
dokładna kopia.
W szachach jak w życiu. Filip z Gotfrydem grają, Jan stara się cokolwiek zrozumieć.
Na wstępie dostajemy potężną porcję romańskich rzeźbionych
wsporników, nie tyle w roli tła dla napisów, co czynnika wyrabiającego
specyficzny klimat, dookoła których kamera dosłownie skakała, kręcąc je z
całkowicie różnych stron, z pełnym ukazaniem wszelkich rzeźbiarskich niuansów.
Miód. W tle dzieje się John Barry, bo już trudno to inaczej nazwać. Muzykę
świetnie nawet nie tyle skomponował, co wkomponował. Klikajcie w linki dla wstępnego rozeznania.
Wady jakieś na pewno są, ale
jakoś ich nie pamiętam.
Jeśli rozpatrywać Lwa pod względem tego, jaki pokazuje
obraz średniowiecza, najciekawsze jest chyba to, że odnosi się wrażenie, jakby
o to ukazywanie w ogóle tu nie chodziło. Tu nie ma chwytów w rodzaju „o,
patrzcie, jak to się wtedy żyło!”, to nie jakiś „czaso-skansen”, co się chyba
dość często zdarza. Rzecz nie w tym, że akcja robi wrażenie „ponadczasowej”
(chociaż dialogi niekiedy zawierają słownictwo celowo pasujące do realiów
średniowiecznych jak kask do parasola). Średniowieczność jest tu po prostu
niepokomplikowana i pozbawiona nadmiaru ozdobników, powtórzę określenie –
prosta i skuteczna. Bardziej skupiono się na stworzeniu iluzji zajrzenia za
kulisy – właściwie nawet w pielesze – władzy, iluzji jeśli nawet nie zawsze przekonującej,
to na pewno efektownej. Tak, w luźnym tłumaczeniu, Eleonora mówi w pewnym
momencie do synów: to my jesteśmy źródłem
wojny – nie moce historii, nie czasy, nie sprawiedliwość, nie jej brak, nie
religie, nie idee, nie formy rządu, ani nic innego – to my jesteśmy mordercami,
to my płodzimy wojny. Nosimy je jak syfilis w martwych ciałach (…) Czyż na
miłość boską - nie możemy kochać się choć trochę? To tak zaczyna się pokój!
Dla obeznanych z oscylującym
wokół średniowiecza filmem historycznym a Lwa
dotychczas nie znających – pozycja obowiązkowa do nadrobienia. Dla
pozostałych – dobry punkt do startu. I pamiętajcie informować
niewtajemniczonych, że nie, nie jest to świąteczna wersja Króla Lwa (;
PS. W 2003 roku Lew w zimie doczekał się nowej, telewizyjnej wersji. Moim zdaniem - nie umywającej się do starej. Główne role zagrali Glenn Close i Patrick Stewart. Było na bogato, z wyraźną chęcią odcięcia się od poprzednika i przełamania wrażenia teatralności. Ale o tym może już innym razem....