Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2013

Wielogłos historyczno-modowy: od Chanel po... Modę Polską



Sprawdziłam. O damskim przyodziewku pisałam ostatni raz już na tyle dawno temu, że mogę spokojnie do tego jakże sympatycznego zagadnienia wrócić, bez narażania się na bycie posądzoną o faworyzowanie jednego tematu i zamienianie się nieomal w blogerkę modową. Z całym szacunkiem dla blogerek modowych.

No cóż, wyznanie to ani nikogo pewnie nie zaskoczy, ani też nie będzie specjalnie wstydliwe, trzeba to jednak powiedzieć - tak zwany "temat tekstylny" jest jednym z najbliższych mojemu sercu i strasznie się pilnuję, żeby nie zaczął tu dominować, jestem bądź co bądź zwolenniczką równowagi w przyrodzie. Dlatego zamiast kilku odrębnych notek proponuję jedną, spójnością może nie grzeszącą, ale za to prezentującą co ciekawsze znaleziska z ostatnich paru miesięcy, a wpisujące się w temat odprysków średniowiecza/wczesnej n. zaistniałych na szatach, które do noszenia (rzadziej) bądź oglądania (częściej) proponują swojej klienteli współcześni projektanci.

Poprzednim razem, przy okazji pisania o "mozaikowej" kolekcji Dolce&Gabbana, wyraziłam chęć zobaczenia na niwie współczesnej mody jakiś soczystych, konkretnych, twórczych i ogólnie rzecz biorąc - szczękę luzujących i oczy wybałuszających inspiracji renesansowych, zwanych poufale renesansizmami. Zdębiałam, kiedy następnego dnia po opublikowaniu wspomnianego posta, niczym z machnięcia czarodziejskiej różdżki (albo Zaczarowanego Ołówka) wyskoczyła mi na ekranie kolekcja RTW Alexander McQueen na jesień/zimę 2013-14. Mniej wtajemniczonych uczulam, że jak zwykle określenie "ready-to-wear" jest w przypadku tego domu mody ewidentnie mylące. Are you ready (nawet jeśli nie koniecznie "to wear")? 


Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 1; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 4; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 3; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 5; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 7; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 8; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Mam wrażenie, że w tych projektach stojąca obecnie za mcqueenowymi sterami Sarah Burton najbardziej zbliżyła się do modowego historyzmu w wydaniu jej świetnego poprzednika, nieodżałowanego Alexandra. Można gdybać, że sam McQueen identyczne inspiracje pewnie potraktowałby w sposób - no, nie bójmy się tego słowa - nieco bardziej mroczny, ciemny, gęsty i ciężki, w rozumieniu ciężaru gatunkowego wywoływanych przez kolejne sylwetki skojarzeń. Dawność (w tym przypadku trudna nawet do jednoznacznego uchwycenia i nazwania - mamy tu klimaty elżbietańskie, ale i trochę rosyjskiego baletu serwowanego z jajkami Fabergé, a w samym kształtowaniu sylwetki nawet nieco lat 40-tych czy 80-tych, tym razem ubiegłego stulecia) w rękach Burton rozciąga się jednak w podobną stronę jak u McQueena, ach, i jest to strona przeze mnie wyjątkowo ukochana, o czym pewnie już kiedyś mówiłam. To ten moment, w którym historyzm staje się nagle futurystyczny. Przeszłość wydaje się być równie obca i odległa jak przyszłość, obie więc świetnie ze sobą współgrają i może właśnie dlatego projekty z metką Alexander McQueen tak często wyglądają jak stroje niewiast z innej planety.

Nie zawsze jest jednak tak pięknie. Dla zwolenników prostszych rozwiązań McQueen naszykował coś innego. Witrażowe printy. 


Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Och, na brodę Merlina, skąd my to znamy? Na MAAA pojawiły się już w przypadku kolekcji Carven. Zieją również po ulicach. Zainteresowanym melduję, że opatrzoną nadrukiem w witraże koszulę miałam ostatnio w ręku we wrocławskim TK Maxx-ie, za bardzo zresztą przyzwoitą sumę. Nie kupiłam, nie moja to bajka: obnosić się z późnym średniowieczem na piersi, ale rzecz była niezgorzej skrojona, polecam. Nadal jestem zdania, że potencjał witraży jako abstrakcyjnego wzoru zdobiącego kawałek odzieży jest fenomenalny, ale trochę mnie serce boli, że u McQueena robi się coś, co robią teraz wszyscy. Cyfrowe printy oparte na "dziełach sztuki dawnej". E.

Zostawmy nadruki, wróćmy do krawiectwa. Przed renesansizmami spod ręki Sarah Burton pojawiła się jeszcze Szkocja Stuartów w wykonaniu samego Karla Lagerfelda. To, w czym paradowano na pokazie Chanel - Pre AW 2013-14 w założeniu miało być hołdem dla Szkocji w ogóle. Historię uwzględniono. W bardziej muzealnym, momentami wręcz zastanawiająco rekonstrukcyjnym wydaniu niż u McQueena, nie mniej jednak - bardzo spektakularnym. Z niesamowitą dbałością o detal, zróżnicowanie materiałów, ich faktur... Naprawdę piękna rzecz. Po Lagerfeldzie nie spodziewałam się takiego historycznego pędu. Być może to było jednorazowe, być może chciał pokazać, że jak chce, to i w ten sposób potrafi. Oj, potrafi. 

Chanel - PRE Autumn 2013; look 11; źródło: vogue.co.uk
Chanel - PRE Autumn 2013; look 29; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 41; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 45; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 61; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 69; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 70; źródło: vogue.co.uk


Tego rodzaju "wizje całościowe", jak u McQueena czy Chanel to poważna sprawa i ciągle jeszcze coś, co pozostaje w mniejszości. Mniej totalne podejście do historii nie musi jednak kończyć się na printach. Cóż, ciągle nie obumarła jeszcze Ona, przyjaciółka wszystkich projektantów którym nagle zachce się sięgnąć po ociupinkę (ale tylko ociupinkę) "średniowiecza". Zbroja ma się dobrze.

Można robić pancerzowate płaszcze z materiału, jak kiedyś Viktor&Rolf, i wyjść z orężnego niebezpieczeństwa obronną ręką. Można też po prostu opakować modelki żelastwem. Efekty są na pierwszy rzut oka nęcące. Przy drugim spojrzeniu mnie to zwykle bawi. No dobra. Czasem bawi mnie już przy pierwszym.

Oto promo na lato 2013, prezentujące prace pań tworzących pod szyldem Sisters of the Black Moon. Edytorial zatytułowano Dawn of Fortitude. Zdjęcia Dagny Piasecki. 

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sistersoftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

I akurat to zdjęcie mi się podoba. / Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com


Widzę tu straszną przejażdżkę po kliszach. Kobieta-wojowniczka, mrocznie-powiewne, czarne jak smoła przyodziewki, buciory ciężkie, ruina w tle... Hm.

Wytrawni zawodnicy radzą sobie z tematem lepiej. 2013 to bez wątpienia rok wspominania modowej spuścizny punku. Na fali wznieconej przez wystawę w nowojorskim Met Museum Punk: Chaos To Couture powstała kooperacja internetowego potentata Moda Operandi z dwunastoma wiodącymi markami (w tym Dolce&Gabbana czy Balmain). Mikro-kolekcja miała rzecz jasna "uchwycić ducha punkowego" i poddać go reinterpretacji. Jest więc czarno, czarno-biało lub czarno-srebrno, trochę ćwieczaście, bardzo smakowicie i aż portfel swędzi, aż tu nagle Ricardo Tisci i propozycja Givenchy...

Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk

Cóż powiedzieć? Rzecz wygląda kuriozalnie. Ale mówcie co chcecie. Kaptur kolczy w kontekście wystawy poświęconej modowemu dziedzictwu punkowemu. Kaptur kolczy z fantastycznie skrojonym czarnym garniturem. Świeże. Mrugnięcie okiem.

I jeszcze trochę żelastwa od Givenchy.


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


To wszystko za miedzą. A co u nas, na polskim podwórku? Nie jestem w stanie wyrazić tego, ile radochy sprawiło mi ujrzenie w lipcowo-sierpniowym numerze polskiej edycji Harper's Bazaar tego oto zdjęcia:

Moda Polska, suknia "średniowieczna"; fot. Stanisław Bobrowiec Boniecki, Harper's Bazaar Polska, nr 05-06 2013

Ów twór, opisany jako "suknia średniowieczna" to najprawdziwszy okaz sprzed ponad 20-lat, spod ręki (a w przypadku tego egzemplarza - także z piwnicznych zbiorów) nie kogo innego, jak samego Jerzego Antkowiaka dla Mody Polskiej. Pseudo-średniowieczna sukienka rodem z PRL-u cieszy jakoś tak zupełnie inaczej. Mam nadzieję natykać się na takie rzeczy częściej.

A już na sam koniec, nie mogę się powstrzymać, żeby jeszcze nie wkleić jakże buńczucznej, uśredniowiecznionej PJ Harvey, jak zawsze jedynej w swoim rodzaju.


Owocnego kompletowania garderoby na zimniejszą część roku!

czwartek, 15 sierpnia 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 2: skoki poniżej poprzeczki.



Ilość powstających w ostatnim czasie telewizyjnych produkcji oscylujących wokół średniowiecza (lub czasów niewiele późniejszych) coraz bardziej mnie zdumiewa. Naprawdę. Nie przejadły się. Niby kina kostiumowego zawsze było sporo, ale w dobie serialowej ekspansji staje się to jednak bardziej widoczne. Najbardziej prężny zdaje się być (jak zwykle) wiek XIX: wystarczyło popatrzeć chociażby na same tylko nominacje do tegorocznych Oscarów, z trójcą "Lincolnem", "Nędznikami" i "Anną Kareniną" w menu. Ale nie jeden dziewiętnasty ma się dobrze.

Dlaczego ostatnio wyciągnęłam temat "Gry o tron"? Och, oczywiście, że jestem fanką i baczną obserwatorką tego, co się w Westeros dzieje (tego, co za Wąskim Morzem i daleko na Wschodzie trochę mniejszą...), gorliwą zarówno czytelniczką jak i widzem, fanką chyba dość zagorzałą, o wysoce jednoznacznych sympatiach i antypatiach. W kontekście tematów poruszanych na MAAA wspominam o tym jednak ze względu na pewien paradoks. "Gra o tron", jako serialowy hit absolutny, wydaje się najlepiej i najskuteczniej wypełniać zapotrzebowanie na.... seriale historyczne/kostiumowe w klimacie średniowiecznym. Mimo, że teoretycznie nie jest to przecież klasyczny kostium, a fantastyka. Kto jest jednak spragniony facetów w zbrojach i wszelkich okoliczności towarzyszących - ten znajdzie tam pełnię zadowolenia. Jaka to komfortowa sytuacja - wszystko to, co najbardziej lubimy w serialach historycznych podane tak, że nie trzeba martwić się o historyczną poprawność (najwyżej o zgodność serialu i książki). Bo poprawności nie ma i być nie może.

Dialog z życia wzięty, zasłyszany w czasie oglądania pierwszego odcinka pierwszego sezonu "GoT":
- A właściwie to w jakim czasie rozgrywa się akcja?
- Ale że jak, że w jakim czasie?
- No który oni tam tak plus minus mają rok?
- 298 od Podboju Aegona.
- [cisza] ... No ale który to jest mniej więcej wiek?

Wyrzuć smoki i Innych, a oszukasz każdego, kto z historii miał w szkole dwóje.

Odnoszę wrażenie, że jakkolwiek nie-historyczna, "Gra o Tron" w kategorii filmowo/serialowej wyznacza obecnie pewne standardy właśnie dla kina spod znaku historii i kostiumu (sic). I są to standardy wysokie. Dzisiaj więc o tym, co w mych prywatnych rankingach znalazło się zdecydowanie poniżej poprzeczki.


Widzicie ten podpis "Mroczne oblicze średniowiecza"? Ręce opadają / źródło: filmweb

Ostatnio rozanielałam się nad "Filarami Ziemi", (luźną) ekranizacją prozy Kena Folleta. Można było się spodziewać, że ich książkowa kontynuacja, "Świat bez końca", również doczeka się wersji na małym ekranie. Zapętlona w oglądanie po raz kolejny "Filarów", jakoś o tej możliwości nie pomyślałam.

O tym, że "Świat bezkońca" ekranizacji się doczekał, dowiedziałam się w sposób chyba dość mało adekwatny bo... z niemieckiej prasy modowej (sic!). Jakiś czas później na imdb zamajaczył trailer. Rzuciłam się na niego z impetem dzikiego, rozpędzonego bawołu. Nasyciwszy oczy i uszy wydawało mi się, że będzie dobrze, nawet jeśli serial (mini-serial, żeby być precyzyjnym) nie osiągnąłby poziomu "Filarów", czyli prze-czystej rozrywki. Niecierpliwie zatem oczekiwałam. Po doczekaniu się, całość doświadczenia pod tytułem "Świat bez końca" mogłabym podsumować jednym, zamykającym sprawę stwierdzeniem: w czasie rozbitego na kilka podejść oglądania, równie niecierpliwie oczekiwałam zakończenia tej przygody, jak pierwej czekałam na emisję. Inaczej mówiąc: wypatrywałam końca "Świata bez końca".

Co poszło nie tak? Pod względem produkcji poziom nie odbiega od tego, który reprezentują "Filary". Scenografia w porównaniu z szacownym poprzednikiem jest wręcz bogatsza. Miasteczko Kingsbridge, w którym w przypadku obu tytułów rozgrywa się większa część akcji, przez niecałe dwieście lat, jakie dzieli realia "Filarów" od realiów "Świata", zdążyło się naprawdę poważnie rozwinąć. Mamy już wszak pełnię XIV stulecia (co nie oznacza wcale, że na ekranie nie mogą się pojawić rarytasy np. w postaci nastawy ołtarzowej młodszej o bity wiek - przymknijmy jednak oczy na takie detale). W Kingsbridge zmieniło się właściwie wszystko, poza problemami mieszkańców. Uderzające jest to, jak wiele kluczowych momentów fabuły, mniejszych i większych intryg, ba, nawet postaci samych w sobie ma swoje ewidentne odpowiedniki w "Filarach". Czasami ma się wrażenie, jakby drugi raz oglądało się tą samą historię. Tym razem jednak z wyczuwalnym, nieświeżym posmakiem. Wiadomo, że kotlet odgrzewany nie smakuje tak samo dobrze, jak kotlet świeży. Przy tym wszystkim dodać należy, że jeśli chodzi o stosunek serialu do literackiego pierwowzoru, mówić tu można najwyżej o ogólnej inspiracji. Kto pod tym względem jest purystą, ten będzie niepocieszony. Nie zmienia to jednak faktu, że w takim czy innym wydaniu, "Świat bez końca" pozostaje dzieckiem Kena Folleta - wersji filmowej przysłużył się on jako scenarzysta. Powtarzalność pewnie by dało się jakoś przełknąć, gdyby nie poważniejsze zbrodnie. Motywy pokrewne "Filarom" (och, nie tylko im), typu: konfliktowo usposobieni duchowni, kochali-się-ale-nie-mogli-być-razem, miał/-a-talent-ale-nie-mógł/-a-"pracować-w-zawodzie", mąż-brutal czy niesnaski na wysokich szczeblach władzy zostały tu podlane sosem, którego nie da się chyba inaczej określić, niż kuriozalny. Wymiar zbrodniczości, głupoty, chciwości itp. itd., wszystkich możliwych złych cech (dobrych zresztą też) spowijających poszczególne postaci jest spotęgowany niekiedy do irracjonalnych rozmiarów. Trudno jest kochać/nienawidzić postaci, które są tak mało realistyczne, że przez to aż papierowe. Trudno jest się wciągnąć, wgryźć w ich historię. Kiepsko poprowadzone postaci może jeszcze, chociaż częściowo, uratować wysoki poziom aktorski. Cóż, określeniem, które w tym przypadku nasuwa mi się jako pierwsze, jest brak charyzmy. Od porównań z "Filarami" uciec się nie da, powiedzmy więc raz a porządnie: tam niemal wszystkich bohaterów odmalowano wyraziście i soczyście. Spoglądam smętnie na listę aktorów zatrudnionych przy "Świecie bez końca" i staram się wskazać jakieś jasne punkty w morzu nijakości. Widzę więc dwa nazwiska, i to nazwiska sprawdzone. Miranda Richardson jako Matka Cecilia i Cynthia Nixon jako demoniczna ciotka Petranilla. Demoniczna do poziomu śmieszności, ale dzięki Nixon awansująca na miejsce naczelnego, najbardziej wyrazistego czarnego charakteru całej tej opowieści. Plus Nora von Waldstätten jako Gwenda. Przykuwająca uwagę. Dobór odtwórców ról dwóch postaci dookoła których cyrkluje fabuła, to w moim odczuciu klęska. Charlotte Riley jako Caris i Tom Weston-Jones jako Merthin niczym nie imponują. Kreacje strasznie wyblakłe. Główny zły duchowny, czyli Godwyn, grany przez Ruperta Evansa, niewiele lepszy. Bezbarwność odtwórców głównych ról w najlepszym razie sprawia, że widz zasypia. W gorszym - po prostu się irytuje.

A w tym wszystkim jeszcze wielka polityka. "Świat bez końca", podobnie jak "Filary ziemi", opowiada się wyraźnie za pewnymi... hm... teoriami. Jako fabuły w zasadniczej części całkowicie fikcyjne, nie stanowią przy tym rzecz jasna głosów w dyskusji, nie mniej jednak... "Filary", kiedy nie koncentrowały się na Kingsbridge i okolicy, podejmowały temat zatonięcia w 1120 roku Białego Statku (niewtajemniczonym przypominamy, że w katastrofie tej zginął jedyny męski potomek króla Anglii Henryka I, Wilhelm), a z wynikłego w efekcie tego niefartu konfliktu o angielski tron (świetnie odmalowani w serialu król Stefan i cesarzowa Matylda, a przy okazji do wglądu dzieciństwo syna tejże, czyli przyszłego Henryka II, który na MAAA również przy okazji filmowej już gościł) czyniły jeden z ważniejszych i ciekawszych elementów fabuły. W "Świecie bez końca" mamy Edwarda III (w tej roli Blake Ritson - oglądając go ma się wrażenie, że za wszelką cenę chciał zrobić coś z niczego i jeśli nie przeskoczyć, to chociaż obejść scenariusz). Bardzo nie-kanonicznego. To jest ten moment, w którym nawet moja wyrozumiałość przechodzi kryzys. Edward, sam w sobie dobry materiał filmowy, został tu, że tak to ujmę, odwrócony podszewką do góry. Zaręczam, nie tak chcielibyście mieć podane na ekranie przedbiegi Wojny Stuletniej. Nie wdając się w tragizm szczegółów napomknę tylko o tym, że nasz drogi, dorosły Edward (w sensie: post-Mortimerowski) tkwi niemal całkowicie pod maminym pantoflem i wydaje się, że nie umie podejmować samodzielnych decyzji. Ale, ale! Gdzież to opowiedzenie się za określonym teoriami? "Świat bez końca" próbuje rozprawić się z jedną z bardziej spektakularnych historii w rodzaju: "zabili go, a przeżył". Chodzi rzecz jasna o ojca wyżej wspomnianego monarchy, o Edwarda II, jak wiadomo odsuniętego od władzy przez małżonkę, Izabelę Francuską i jej lubego, Rogera Mortimera (historia świetnie znana miłośnikom "Królów Przeklętych" Druona). Odsuniętego i... No właśnie. Co z tym Edwardem II? Zmarł w więzieniu? Naturalnie? Zamordowany? Przeżył? Uwolniony? Uciekł? Dokąd? Jak długo w takim razie żył? Sprawa ostatnio jest już jak najbardziej poważnie roztrząsana - zaciekawionym polecam książkę Iana Mortimera (nomen omen), dość pretensjonalnie zatytułowaną The Perfect King: The Life of Edward III, Father of the English Nation, którą czyta się naprawdę bardzo dobrze. Rzecz napisana w bardzo wyważony sposób (co przy rozważaniu tego rodzaju sensacyjnych problemów jest wysoce wskazane), z kilkoma naprawdę interesującymi spostrzeżeniami. Oglądając "Świat bez końca", nawet biorąc pod uwagę fakt, że to tylko serial, fikcją szyty, widząc, jak sobie z wątkiem Edwarda II, żywego lub nie, (nie)poradzono, a raczej - jak go rozwikłano, zakończono i spuentowano, chyba nie da się nie roześmiać albo chociaż nie uśmiechnąć się z przekąsem. Ałć. To się nazywa zmarnowany potencjał! Niezależnie przecież od tego, którą ze związanych ze zniknięciem starszego Edwarda teorii uznamy za prawdziwą lub prawdopodobną, przyznać możemy, że jest to jeden z tych tematów, które kręcą się same. Istny samograj. Ale najwyraźniej śliski.

To jednak jeszcze nic. "Świat bez końca" pozostaje dla mnie po prostu serialem nudnym, w większości źle zagranym, momentami (w negatywny sposób) powalającym zakrętami fabuły, ale w tym wszystkim ciągle przyjemnym wizualnie. Jakiś czas po tym, jak skończyła się moja przygoda z tą produkcją, zabrałam się za coś, na temat czego przez bite kilka tygodni nie mogłam sobie wyrobić zdania i co po prostu wprowadzało mnie w totalną, bezdenną dezorientację.
 

A tu dla odmiany "Historia nieokiełznanego geniuszu". Czego nie można powiedzieć o twórcach serialu. / źródło: filmweb

Starałam nastawić się dobrze. To znaczy - dostosować oczekiwania. Obniżyć oczekiwania. Bo doprawdy, czego można było oczekiwać po serialu zatytułowanym "Demony da Vinci"? Machnęłam ręką na tego Leonarda, chociaż kręcenie czegokolwiek o da Vincim (raczej: luźno inspirowanego da Vincim) wydało mi się po pierwsze pretensjonalne, po drugie - spóźnione o kilka lat. Ja wiem, że taka postać, jak boski Leo zawsze będzie mieć wzięcie, jednak mam wrażenie, że jego gwiazda już trochę przygasa, obok takich zjawisk jak templariusze i ich sekrety, Całun Turyński i jego tajemnice niezbadane, katarzy i ich problemy z brakiem akceptacji, oraz wszystkie innego tego typu sprawy, które wypłynęły i zrobiły zawrotne kariery mniej więcej w tym czasie, kiedy Dan Brown zarabiał najwięcej. Niewątpliwie wydarzyła się tu pewna krzywda, trend jednak wydaje się już powoli wysychać, zatem pozwolę sobie nie drążyć tematu. Wybaczyłam tego Leo. Wybaczyłam już na starcie wszystkie konsekwencje wynikające z tego, że nie będzie to da Vinci biograficzny, tylko popkulturalny. Czyli na pewno będzie mowa o wielkich sekretach ludzkości. Które tylko Leo potrafi odkryć. Na to też byłam gotowa. Byłam gotowa na dowolne manipulacje faktami, na groteskową Florencję czasów Wawrzyńca Wspaniałego. Nie, to nie jest ironia. Naprawdę, chciałam się po prostu dobrze bawić. Odmóżdżyć. I odrobić kronikarski obowiązek, ale o tym cicho. W czasie mężnego przedzierania się przez pierwsze odcinki wybaczałam nawet kompletne, scenograficzne idiotyzmy (bo już nawet nie michałki), z których szezlong obity futrem zebry, stojący na poczesnym miejscu w Palazzo Medici, wcale nie był najśmieszniejszy czy dość niefortunne kostiumy. W Internecie w tym czasie gotowało się od wrzasków oburzonych na "niepoprawność historyczną". Ależ to mnie denerwowało. Dajcie spokój! To serial przygodowy przecież. Oglądałam dalej. Po którymś z odcinków (chyba trzecim albo czwartym) poczułam nawet, że jestem lekko zaciekawiona. W końcu jednak poszczególne odcinki zaczęły... no jak to określić? Nijak miały się do siebie nawzajem. Nie kleiły się. Jeden chyba miał być nakręcony w konwencji kostiumowego thrillera. Jeden silił się (niedobrze) niemal na dramat psychologiczny. Wampiry w modzie, więc był odcinek wampiryczny. Jakiś inny - typowo sensacyjny. Czynnik spajający? To, że wszystko w gruncie rzeczy przypominało grę komputerową, gdzie każdy następny poziom pozostaje w bardzo luźnej zależności od poprzedniego. Nie chodzi nawet o to, że trailery poszczególnych odcinków były na youtubie zawalone komentarzami typu "Where is Ezio?!". Początkowo akcja toczy się mniej więcej tak: rubaszny, zawadiacki i trochę szalony Leonardo musi (mając do dyspozycji swój mózg, swoje wynalazki i dwóch kumpli) zrobić to i to. W tym celu należy znaleźć to i tamto. Żeby znaleźć to i tamto, należy a) porozmawiać z takim a śmakim b) pójść tam a siam c) skontruować tamto a siamto. Żeby skontruować tamto a siamto należy zdobyć owamto i tamto. I tak dalej. Jakbyście grali w przygodówkę. I to taką z przełomu tysiącleci. Trudno w takich okolicznościach fabuły wyrobić sobie sympatie i antypatie. Przygrywa dobra muzyka. Ale wizualnie miszmasz. Z jednej strony zabawa ze slow motion, wizualizacje myśli (sposobu myślenia?) naszego Leo, z drugiej wyjątkowo koszmarne panoramy. I najpoważniejszy zarzut, którego już wybaczyć nie dałam rady, bo niby jak. Niezależnie od tego, że raz czy dwa poczułam się nieco wciągnięta, stwierdzić muszę, że "Demony da Vinci" są po prostu nudne. Przewidywalne do bólu. Do tego niezborne. Ach, no i na każdym kroku nachalnie widać oszczędności. Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Cały czas zastanawiałam się - do kogo ten serial jest właściwie skierowany? Do łaknących przygód i tajemnic 13-latków? Może dziesięć lat temu... Nie wiem, czy ten wyjątkowo płaski poziom intrygi jest w stanie wciągnąć kogoś, kto wiek nastoletni ma już za sobą. Często przy próbie ustalenia targetu przydatne okazuje się prześledzenie obsady pod kątem "skąd my ich znamy". Jakiego typu widz kojarzy te twarze. Nie wiem, jakie to może mieć w tej chwili znaczenie (pewnie żadne), ale trochę rozbawił mnie fakt, na który zwrócono uwagę bodaj na jakimś forum, że trójka odtwórców głównych ról męskich, czyli Tom Riley jako da Vinci, Elliot Cowan jako Lorenzo Medici i - och, znów go spotykamy - Blake Ritson jako "główny zły", czyli Girolamo Riario, to aktorzy bardzo dobrze znani... miłośniczkom Jane Austen (dwaj pierwsi swego czasu osobliwie wsławili się w najbardziej idiotycznej, około-austenowskiej produkcji, czyli "Lost in Austen", trzeci z panów ma w CV bardziej klasyczne ekranizacje jej prozy). Dodajmy do tego fakt, że w pilocie miga przez chwilę sam Hugh Bonneville... Ostatecznie - gwiazd w obsadzie nie było (co zresztą zarzutem nie jest). Odpowiedzią na pytanie "na kogo chciano przyciągnąć" brzmi li i jedynie: "na Leonarda".

Niewysokich lotów te "Demony". Ale może nie mam racji. Widziałam wiele wysokich ocen tej produkcji. Będę pluć sobie w brodę i przyznawać się do błędu? Mówi się o tym, że dla stacji Starz wyprodukowanie przygód Leonarda i jego kolegów (oraz jednej koleżanki) miało stanowić pewien rodzaj kontynuacji bardzo koniec końców popularnego "Spartakusa", który ponoć po umiarkowanie dobrym sezonie pierwszym wzbił się na wyżyny w swych kolejnych odsłonach. Ponoć. Nie mam zdania, bo... odpadłam po kilku odcinkach owego sezonu pierwszego. Optymiści wieszczą jednak, że w przypadku "Demonów da Vinci" sytuacja się powtórzy. Drugi sezon obejrzę zatem. Z ciekawości poprawy. I tego, w jakich konwencjach tym razem utrzymane będą poszczególne odcinki. Bo zaręczam - nie dla fabuły.

Jeśli chodzi o "Demony", to jednak ostatecznie rzecz biorąc: przeżyć, przeżyłam. O porażce można mówić wtedy, kiedy człowiek nie jest w stanie nawet dokończyć pierwszego odcinka. Choćby stanął na uszach. Mało jest filmów kostiumowych, których nie byłam w stanie zmęczyć do końca. Nawet jeśli są fatalne, cierpliwie oglądam, czerpiąc z tej ich fatalności jakąś perwersyjną przyjemność. Nie mogłam przebić się przez taki rarytas jak "Niebezpieczna piękność" aka "Uczciwa kurtyzana", gdzie już sam tytuł zwala mnie z nóg, a fabuła śmieszy, tumani, przestrasza. Suma summarum: to chyba najbardziej irytujący film "renesansowy" (ekhe, ekhe) jaki widziałam. I najgorszy kostiumowy występ Rufusa Sewell'a. Chyba. Mniejsza o to. Drugim zaszczytnym tytułem jest ostatnia "Anna Karenina", która mimo napakowania aktorską śmietanką i fikuśnymi konceptami mającymi chyba na celu odświeżyć wizerunek trochę już ramotowatych ekranizacji rosyjskiej klasyki, jest dla mnie tak pretensjonalna, że aż niestrawna. Ostatnio do tego grona zacnych niewiast, do "Piękności" i do "Anny", dołączyła ich średniowieczna koleżanka, "The White Queen". 


"TAKING YOU". Please, no, not me! / źrodło: filmweb

Wojna Dwóch Róż (fabuła startuje w 1464 roku), "polityka widziana z kobiecej perspektywy" (czyli jak? cóż, może powinnam obejrzeć, to się dowiem) no i proza Philippy Gregory jako podstawa. W obsadzie w większości twarze jeszcze nieopatrzone, plus zasłużony już dla kina kostiumowego James Frain i David Oakes, który najwyraźniej (po "Filarach" i "Rodzinie Borgiów") płynnie przeskakuje między tego rodzaju serialami i ugruntowuje się jako kolejny "etatowiec". 

Z pierwszego odcinka obejrzałam jakieś 3/4. Nie dałam rady. Wiem, nie powinnam w takim razie w ogóle o tym pisać. Oczy wybałuszyłam, nie podobało mi się nic. Niech to wystarczy. Kiedyś może jeszcze podejmę to wyzwanie. Może ktoś mnie przekona?

Dla porządku trzeba jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym półroczu debiutowali również "Wikingowie". Na razie nie widziałam, opinie są bardzo dobre. Koniecznie do nadrobienia.

środa, 31 lipca 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 1: chwalebna Trójca.



O karygodnej przerwie w pisaniu nie ma co gadać. Nadmiar obowiązków, jak się można domyślić. MAAA powraca jednak i mam nadzieję, że podobnych turbulencji w najbliższych miesiącach już nie doświadczy. Dzięki za motywację, dzięki za zaglądanie, dzięki za wszelakie polubienia - zawsze mnie to zaskakuje, że wpadają tu nie tylko osoby będące moimi znajomymi "z reala" - tych mogę przynajmniej posądzać o to, że nabijając licznik po prostu chcą, żeby było mi miło. Obecność "nowych twarzy", jest, nie powiem, wysoce motywująca.

Jak się w odległej przeszłości słowo rzekło - tym razem rzecz o serialach. Czyli, przywołując końcówkę poprzedniego posta, o tym, co sprawia, że młodzież zarzuca pisanie licencjatów, magisterek i doktoratów, co powoduje, że dzieci w kołyskach nie mogą dowołać się swoich matek i że do niektórych znajomych nie idzie się dodzwonić w weekendy w okolicach godziny 20:00, pomimo tego, że siedzą w domu. O pocieszycielach i wspomożycielach znoju dnia codziennego. Wyznam - wieczorami, kiedy mogłam tu ewentualnie coś napisać - oglądałam. Macie (nie jedynych, ale zawsze) winowajców.

Zdarzyło mi się przywoływać tu filmy mniej znane, więc tym razem bez wyrzutów pozwalam sobie odnieść się do czegoś, co dla odmiany znają wszyscy lub prawie wszyscy. Z cyklu: ja także się wypowiem! I pochwalę. Następnym razem (mam nadzieję, że już na dniach) polecą nagany. Domyślam się, że następny raz brzmi bardziej zachęcająco. Nie mniej jednak...

W świecie serialowym żałoba. I nie, wcale nie chodzi tu o przesławne Red Wedding (wszak płakała tu ta część społeczeństwa, którą określa się jako "ci-którzy-nie-czytali"; "ci-którzy-czytali" wiedzą zresztą doskonale, że wesela to w Westeros najbardziej niepewne i najgroźniejsze imprezy). Zgon, który mam na myśli, był jednak nie mniej nieoczekiwany, niż zgony fundowane nam przez George'a R.R. Martina (czemu w ogóle wywlekam tu kwestię "Gry o Tron"/"ASoIAF" - o tym następnym razem). Miały być cztery sezony, proszę państwa. Czwarty zgładzono, embrionem (bo jeszcze nie dziecięciem) będąwszy. Wiecie już, o czym mowa? Ależ tak. Zabrano nam "Rodzinę Borgiów".

Nie sądziłam, że będę ich opłakiwać.

Kiedy w 2011 roku wchodziło "The Borgias", sytuacja rysowała się dość kuriozalnie. Prawie jednocześnie wystartował inny serial o tej jakże zacnej i sympatycznej rodzince, który wydawało się, że umarł już po pierwszym sezonie (okazało się, że pozornie: tej wiosny , nagle i raczej po cichu, zmartwychwstał), i który już w czasie emisji pozostawał w cieniu swojego ewidentnie lepiej sytuowanego (co uwidoczniło się nie tylko w doborze obsady) krewniaka. W Polsce zresztą rzecz wyemitowano pod dość zabawnym tytułem "Prawdziwa historia roduBorgiów". Wszak jakoś trzeba było odróżnić coś nazwanego po prostu "The Borgias", od czegoś nazwanego po prostu "Borgia"... Komunikat kierowany do polskiego widza był zatem jednoznaczny: może i nie mamy Ironsa w roli papy Aleksandra, ale to my dzierżymy prawdę. Koniec końców jedne i drugie "Borgie" leżały chyba w podobnej bliskości (lub odległości) od prawdy, czymkolwiek owa prawda (przecież nieuchwytna) by w istocie była. "Borgia" (aka "Prawdziwa historia" - tak na marginesie, pamiętacie dzieło kabaretu Limo - "Balcerowicz: prawdziwa historia"? Jakoś tak mi się zawsze kojarzyło...), a właściwie pierwszy tego serialu sezon (drugiego jeszcze nie nadrobiłam) ostatecznie tkwi mi w pamięci jako wizualnie dość przyjemne widowicho, momentami rozbijające się o mielizny drewnianego dialogu, z mocnym akcentem miscastingowym (vide zwłaszcza Mark Ryder jako Cezar B.). Kłami w czasie projekcji nie kłapałam, ale łez zachwytu też nie wylałam. Dublowanie klimatów borgiowskich owym roku 2011 otworzyło mi jednak przysłowiowy nóż w kieszeni. No bo ileż można. Tkwiła mi jeszcze w pamięci przygoda z pewnymi hiszpańskimi Borgiami (Lluís Homar jako Aleksander VI proszę państwa!), której nie wspominam dobrze (tak po prawdzie - wspominam ją źle), miała ona jednak miejsce na tyle dawno temu, że pozwolę sobie nie drążyć tematu. Dość, że już samo to wspomnienie w kontekście kolejnych bordżyzmów mających zawitać na ekranie mojego telewizora napawało pewnym niepokojem. Kilka lat wcześniej cieszyłabym się jak dzika. Gdzieś tam w wieku lat trzynastu czy czternastu przeczytałam sobie "Rodzinę Borgiów" Puzo (zresztą - zanim jeszcze sięgnęłam po "Ojca Chrzestnego") i był to jeden z tych "rozbiegów do renesansu" (upraszczając), których przedziwne i zmodyfikowane genetycznie owoce zbieram po dziś dzień. U Puzo po raz pierwszy objawiły mi się jako persony z krwi i kości takie tuzy jak Machiavelli (który wcześniej jawił mi się mgliście jako ktoś, kim się dzieci straszyło), najważniejsza bodaj postać mojego środkowego nastolectwa (miałam nawet taką fazę, że kiedy coś tam sobie wypiłam w pewnym momencie wpadałam w monologi spod znaku "Machiavelli zawsze miał rację"). Rozumiecie zatem. Smęty-sentymenty. I wówczas nadszedł ten Jeremy Irons z całym dobrodziejstwem inwentarza. 


Pierwszy sezon. Wszyscy tacy młodzi i wszyscy tacy żywi... / źródło: filmweb.pl

Pierwszy sezon za pierwszym podejściem przyjęłam raczej chłodno. Jakoś nie mogłam się wciągnąć. Czy to kwestia tego, że "wszyscy razem już tyle przeżyliśmy..." (czułam się trochę tak, jakbym dwudziesty raz oglądała wideo z pierwszego wesela Lukrecji, na którym sama się bawiłam i potem cierpiałam z przejedzenia - lub coś w tym stylu), czy pewnej rozlewności, momentami wręcz spokoju narracji (wiem, że wielu się nie zgodzi)... Sezon drugi (w moim odczuciu najlepszy) oglądałam już z wypiekami. Trzeci rozpoczęto z wysokiego C, balansując wręcz na pograniczu estetyki kina akcji zmiksowanej z teledyskiem - nie miałam pojęcia, że obśmiewane slow motion może w taki sposób zafunkcjonować w kinie kostiumowym, tu dałam się totalnie zaskoczyć. Im bliżej ostatniego odcinka (moim zdaniem nieznośnie i jak to się mówi - trochę "bez pomyślunku" zakończonego), tym całość zdawała się coraz bardziej rozchodzić twórcom w palcach. Ale, ale. Czas na pean. Mimo tego, że w owym 2011 trochę mnie wynudziło. Matko Boska, jaka to była solidna produkcja. Wizualnie - nie twierdzę, że miała tam miejsce historyczna hiperpoprawność (były takie rodzynki jak pseudorokokowe lustro w Neapolu albo podejrzanie nowoczesne - biorąc pod uwagę czas akcji rzecz jasna - portreciki u Gonzagów), ale jakiś rzucających się w oczy kicksów było na tyle mało, a całość tak ciesząca oko, że naprawdę zasługuję na wysoką pochwałę. Jakość, jakość! Słuchając dialogów człowiek nie wierci się z zażenowania. Co w przypadku kostiumów zdarza mi się często. Są takie finezje scenariuszowe... Jak rozwiązać moment bratobójstwa, żeby mimo jego ciężaru gatunkowego i nocnej (więc banalnej) scenerii nie wyszło ani zbyt łzawo, ani zbyt krwawo? Kurcze, można. Świetnie toto wyprodukowane, świetnie zagrane. Co za soczystość drugiego planu. Nawet nie ma sensu wszystkiego i wszystkich wymieniać. Mrugnięcia okiem dla fanów ówczesnej artylerii - te wszystkie "próby techniczne" u Francuzów - ślinka leci, jakkolwiek okropnie to w takim kontekście brzmi. Już sama czołówka była świetna. Wystąpiły w niej nawet dwa czy trzy Cranachy. A co. Ale to już wszystko sami wiecie, bo pewnie w większości oglądaliście.

Ostatecznie uważam, że w związku z brakiem kontynuacji widzom szkoda stała się wielka. Szkoda paru zmarnowanych potencjałów (bo niedokończonych), np. mój ukochany wątek neapolitański (momentami mocno niekanoniczny, ale co tam! Co tam!), gdzie każdy ważniak okazuje się być psychopatą. W różnym stopniu. Od trucia pokojowych piesków po istną tortur finezję. Co za miasto, ten Neapol.

Przy okazji płakania nad borgiowskimi marami nie da się nie myśleć o ich (żywych lub też już martwych) kuzynach ze średniowiecznego i wczesnonowożytnego (błagam, wymyślcie mi jakiś skrót tego słowa) poletka. Jak się borgiowskiej fantazji Neila Jordana jeszcze nie widziało, to należy spiesznie nadrabiać, a jak się widziało, to co? 

Promo czwartego sezonu "The Tudors". Co jak co, ale akurat materiały promocyjne pozostawiały w przypadku tego serialu trochę do życzenia... / źródło: wikipedia

To wtedy zawsze można wrócić do poprzednika, obliczonego na ten sam target. Kierunek północ i "TheTudors". U mnie w domu znani jako "Heniek". "Heniek" dokonał rzeczy karkołomnej, bowiem walnie przyczynił się do przemiany niżej podpisanej: z jakiegoś koszmarnego ortodoksa, któremu każdy ahistoryczny odprysk w łonie kina kostiumowego jawił się jako zbrodnia niesłychana, w... No cóż. No w to coś, co prezentuję tutaj, kiedy o filmach pisuję. Temat "wierności historii" (aka prawdzie, he he) powraca tu jak bumerang. Raz jeszcze. Do czego służyć ma mi serial kostiumowy/historyczny? Do zdobycia/pogłębienia wiedzy? Nie. Wieczorem, kiedy padam na twarz, nie miewam już na to ochoty. Do "wsiąknięcia w klimat"? Jak najbardziej. Żeby "klimat" zaistniał, pewna poprawność realiów istotnie musi być zachowana. Pewna. Im większa, tym lepiej, ale tak czy owak, najważniejsze dla mnie pozostają dwie inne rzeczy: czy owe kostiumowe dzieło lub dziełko broni się po prostu i zwyczajnie jako dobry kawałek kina. I czy dostarcza mi porządnej, niekłamanej, czystej rozrywki. Od serialu nie oczekuję, że mi życie wywalił do góry nogami. Żebym doznała światopoglądowego wstrząsu (chociaż "Tudorowie" jak widać niechcący zdołali wywrzeć wpływ na zmianę poglądów). Wstrząs trudno rozpisać na dziesięć odcinków. No, może się mylę. Ale co z tym "Heńkiem"? Pamiętacie, co się działo, kiedy wchodził na ekrany? Pamiętacie, kiedy zewsząd spozirał na nas Jonathan Rhys Meyers? Który jako odtwórca głównej roli aż zdawał się krzyczeć "JESTEM NIEKANONICZNY"? Kostiumy. Fakt, że były mocno zmodernizowane i w wielu przypadkach stały bardzo daleko od muzealnych eksponatów, tłumaczono podobnie, jak takie a nie inne obsadzenie roli Henryka VIII, jak-wiadomo-rudego, jak-wiadomo-(później)-grubego. Kostiumy miały być atrakcyjne dla współczesnego oka, tak jak ich pierwowzory były atrakcyjne dla ludzi współczesnych Henrykowi. Trudno wmówić współczesnej kobiecie, zwłaszcza tej, która z XVI-wiekiem ma do czynienia raz od wielkiego dzwonu, że facet, z którego sylwetki ubranie robi odwrócony trójkąt (ramioniska, jakich nie powstydziłby się ludzik Michelin'a), to największe na dworze ciacho (albo jedno z największych ciach). Podobnie z naszym głównym bohaterem. Młody Henryk uchodził za przystojniaka? No to zróbmy przystojniaka. Wedle współczesnych, naszych, XXI-wiecznych kanonów. "Heniek" zatem gwałcił historię na prawo i lewo. W scenariuszu. W kostiumach. W doborze obsady (chociaż np. taki Jeremy Northam był Tomaszem More'm istnym i wskrzeszonym). W scenografii trochę mniej. I co? I oglądało się to świetnie. Cztery sezony młócone pod rząd zleciały jak z bicza strzelił. Choć to też była przecież historia, którą w zasadniczych zarysach (acz "Dynasta Tudorów" potrafiła zamieszać nawet w kwestiach zasadniczych) wszyscy doskonale znamy.

Słódźmy dalej. Ani Borgiowie, ani Tudorowie w wydaniach serialowych nie są jednak moimi prywatnymi zwycięzcami w swojej kategorii. Najwięcej niekłamanej rozrywki dostarczyła mi inna produkcja.

 
Plakat straszny. Niech nie zniechęca! / źródło: filmweb.pl

Jaki jest miernik "serialu skutecznego"? Tak bardzo-bardzo skutecznego w rozrywaniu? Dla mnie probierzem jest to, czy po obejrzeniu zaczyna on żyć własnym życiem. Nie chodzi o żadne tam fandomy, tylko o prozę życia. W mojej rodzinie "Filary Ziemi" to już chyba istotnie rzecz kultowa. "Mamo, no nie zdzierżę więcej tej nauki łaciny" - "Nie martw się, Jack też musiał, a nie chciał". Funkcjonuje określenie "zrobić happening jak Filip pod kopalnią". Albo "bać się czegoś, jak William piekła". Ostatecznie można rzec "ale z niego brat Remigiusz" i każdy wie o co chodzi. I wszystko, absolutnie wszystko związane z budowaniem, remontowaniem i innymi weekendowymi czynnościami musi prędzej czy później wywołać imię Toma Budowniczego. Można też "zarosnąć jak Rysiek po krucjacie". Nic z tego bełkotu nie da się zrozumieć? Och, język hermetyczny. Myśleliście, że tylko bohaterowie "Pierwszej Miłości" mogą przenikać do codzienności szarego obywatela ("o, patrz, u nas Boże Narodzenie, i w Klanie też!")? BŁĄD.
"Filary" powiodą was oczywiście przez parę klisz. Będziecie się zastanawiać, czemu was w sumie tak bardzo ekscytuje: kto, z kim i po co, czy się zemści - czy się nie zemści, kim był jego ojciec etc. - pełen arsenał "Mody na sukces", nie da się ukryć, plus: dlaczego duchowni wysokiego szczebla zawsze są tacy nikczemni (ci średniowieczni najbardziej). Ależ banały, prawda? Więc naprawdę trudno uwierzyć, że "Filary", kiedy wyłączy się myślenie o "poprawności" (budowa katedry, która jest jedną z osi tej opowieści, to momentami ciężka próba dla zorientowanych historyczno-sztucznie) i o "ambitności", są w stanie rozerwać człowieka tak dokumentnie, że może je potem oglądać i dziesiąty raz, a ciągle będzie się rozrywał tak samo. Pod względem realizacji rzecz ta oko kusi. Zagrane wybornie. Grają zresztą kostiumowi "etatowcy" (to zagadnienie na osobną notkę), tak zasłużeni jak Rufus Sewell (który "żył" już chyba w każdej epoce, raz jako Agamemnon, raz jako Karol II angielski i jeszcze wiele innych postaci), nabierający rozpędu i kostiumowego doświadczenia (Hayley Atwell, a przede wszystkim Matthew Macfadyen i Eddie Redmayne), oraz ci w przedbiegach, o których można prorokować, że "na etacie" zostaną (David Oakes, czyli Juan z "Rodziny Borgiów", który nawet specjalnie nie musiał wychodzić w tej sytuacji z "Filarowej" roli). No i Ian McShane jako biskup Waleran, faworyt mój absolutny, Schwarzcharakter doskonały, którego sama już zblazowana mina "na zdegustowanego karpia" wywołuje mój szaleńczy i pełen entuzjazm. Produkowali (między innymi) Tony i Ridley Scott. O czym jak o czym, ale o kostiumówkach wiedzą wiele.
Na koniec rzecz wymowna. "Filary" są, jak zapewne wiecie, ekranizacją powieści Kena Folleta. Książkę zaczęłam czytać. Po obejrzeniu (mini)serialu, który - jak się okazuje - jest w większym stopniu inspirowany literackim pierwowzorem, niż ściśle na nim bazujący. Poczytałam trochę... i przestałam. Sama trochę się sobie dziwię, ale filmowe "Filary" wydały mi się na tyle kompletne, że chyba po raz pierwszy w życiu nie chciałam sobie zmieniać ani uzupełniać odbioru fabuły i klimatu poprzez dopełnienie ich książkowym poprzednikiem.

Najbardziej zaleca się "Filary" raczej niedzielnym miłośnikom średniowiecza, a już zwłaszcza totalnym debiutantom. Sama znam kilka osób, które złapały bakcyla i z takich opowiastek ruszyły w stronę "twardej" historii.

Zarówno w wersji papierowej jak i filmowej, "Filary ziemi" doczekały się kontynuacji. O tym następnym razem, w kolejnym poście serialowym, tym razem krytykanckim, bo poświęconym zmarnowanym szansom, zaprzepaszczonym potencjałom i temu, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze - a kreowanie średniowiecza na ekranie jednak jakiś pieniędzy wymaga.

środa, 6 lutego 2013

Nieboszczyk pod parkingiem: nowa/stara twarz monarchy i jego wielki come-back


Pamiętacie to jeszcze?

 
 
Kto w przeciągu ostatnich dwóch dni w miarę wnikliwie przyglądał się temu, co prezentują serwisy informacyjne, ten już zapewne wie o co (a raczej o kogo) chodzi. W domu mym rodzinnym wiadomości ogląda się kilka razy dziennie, na różnych kanałach, w przerwach przełączając się na TVN24. Zaatakowana z każdej strony tym doniosłym wydarzeniem, które mnie zresztą szczerze wzruszyło, postanowiłam za pośrednictwem swojego skromnego bloga włączyć się w medialną burzę, która przetoczyła się z hukiem gromu przez Brytanię, a i u nas widać było pojedyncze błyskawice.

Poznajcie Ryszarda.

 
Ryszard III zrekonstruowany. Podoba się?
 
Wiem oczywiście, że wszyscy Rysia z Trójką znacie i teoretycznie ponownie poznawać nie musicie. Cóż, świat też znał, ale dopiero teraz poznał niejako… hm… Osobiście.


Pochówek w Leicester
 
Pogłoska o tym, że go znaleźli, gruchnęła już jakiś czas temu. Trzeba było jednak czekać na potwierdzenie. No i mamy. Po przebadaniu typowanych na ryszardowe szczątków, zespół specjalistów stwierdził, że „ponad wszelką wątpliwość” są to resztki ziemskiej powłoki wielkiego przegranego Wojny Dwóch Róż, krótko panującego (1483-1485), pokonanego przez Henryka VII Tudora i przez stulecia borykającego się z wytworzonym przez politycznych oponentów czarnym PR-em angielskiego monarchy, znanego szerzej jako Ryszard III, którym w czasach jeszcze nie tak bardzo odległych straszono niegrzeczne dzieci. Ponownie odsyłam do niezastąpionej w tym momencie piosenki z Horrible Histories.

 
Wygląda na to, że po kilku stuleciach wylewania nań pomyj, które XX wiek zaczął jako-tako zdejmować, Rysio może teraz liczyć na swoje pięć (a może i więcej) minut sławy i na wizerunkowy powrót do normalności.

Szczery uśmiech Ryszarda
 
Rzeczony szkielet znaleziono we wrześniu 2012 w Leicester na... parkingu samochodowym. Właściwie pod nim. Średnio sympatycznie, już słyszę ten pogardliwy śmieszek Henryka VII… Wcześniej na tym miejscu znajdował się kościół franciszkanów. Celem porównania DNA znalezionego nieboszczyka pobrano materiał genetyczny od pana Michaela Ibsena, Kanadyjczyka mieszkającego w Londynie, który jest – uwaga – pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra („pra” 17 razy) wnukiem matki Ryszarda. Pokrewieństwo obu panów potwierdziło się. Współczesnego nam krewniaka okrytego niesławą władcy namierzył autor książki The Last Days of Richard III, dr John Ashdown-Hill, któremu zawdzięcza się również wyśledzenie miejsca pochówku Ryszarda. Przy okazji upublicznienia wyników badań DNA dr Ashdown-Hill stwierdził zresztą, że i bez nich można było mieć niemal stuprocentową pewność co do tożsamości nieboszczyka, wszystko bowiem pasowało: „płeć, właściwy wiek, właściwa epoka, właściwa warstwa społeczna, znaleziony we właściwym miejscu, lewe ramię niżej niż prawe, ślady okrutnej, gwałtownej śmierci, ślady brutalnego traktowania już po niej” no i oczywiście – podobieństwo fizyczne względem zachowanego materiału ikonograficznego (choć też przyczernionego nieżyczliwą propagandą), co stało się wyraźnie widoczne po dokonaniu rekonstrukcji twarzy. Tak miał zatem wyglądać Ryszard, lat 33, przed bitwą pod Bosworth. Wolimy nie wiedzieć, jak wyglądał po niej.




 
Oczki głęboko osadzone i solidna szczęka.
 
pośmiertny portret Ryszarda, ok. 1520?, Society of Anitquaries

wizerunek z National Portrait Gallery, koniec XVw.?
 

(Szczególnie zainteresowanym tematem proponuję przejrzeć zasoby multimediów, które prezentuje Uniwersytet w Leicester. Miłego oglądania.)

Przeglądanie krążących po Internecie komentarzy odnośnie ujawnionego wyglądu Ryszarda to prawdziwa rozkosz. Pada mnóstwo słów pochlebnych, jakby wszyscy nagle chcieli mu wynagrodzić ten czas uchodzenia za monstrum (no chyba tylko w wymiarze "zbrodniczych czynów" bo nie wyglądu - zawsze mam ochotę krzyczeć – hola, hola! przecież nawet na tych „monstrualnych”, pośmiernych i przesadzonych portretach wygląda normalnie, tyle że staro i niezbyt urodziwie), padają też mniej chwalebne. Mnie najbardziej urzekło porównanie do lorda Farquaada.
 
 

 
Złośliwcy.
To pewnie przez fryzurę.

 
Jak już jesteśmy przy temacie podobieństwa, nie wypada nie wspomnieć o wizerunku Ryszarda, który (przynajmniej mnie) pierwszy pojawia się w głowie, gdy tylko myśl jakoś w tę stronę zakręci.

 
To spojrzenie!

Sir Laurence Olivier w 1955, czyli klasyczna ekranizacja Ryszarda III Szekspira.

Uwielbiam ten plakat. Po prostu uwielbiam.

Nie pora teraz, by rozwodzić się nad filmowymi wersjami Ryszarda szekspirowskiego, chociaż poza Olivierem grały go takie znamienitości jak Ian McKellen (sir Ian McKellen) – bądź co bądź w okolicznościach wykorzenienia średniowiecza i zamienienia go na lata 30-te XX wieku (zresztą w duchu historical fiction). Krótki przegląd Ryszardów filmowych i scenicznych można zobaczyć tutaj.

Ten nos!


Ta prezencja!


Z Claire Bloom jako Lady Anne

Sir Laurence, który zresztą jako Ryszard nie tylko zagrał ale i się wyreżyserował, jest w tym przypadku totalną Chodzącą Wyrazistością. Pal sześć, że wzmacniającą ryszardowe stereotypy. Sztuka ma swoje prawa, sztuka nie równa się historii.

 
Chyba jednak nie poczułabym potrzeby zasygnalizowania triumfalnego powrotu Ryszarda na usta wszystkich, gdyby nie wczorajsze wydarzenie, gdzie owi „wszyscy” faktycznie mi się objawili, jako… klienci-konkurenci na Amazonie. Ci, którzy robią zakupy na jego brytyjskiej platformie, wiedzą zapewne, że aby zasłużyć na darmową wysyłkę do Polski należy uzbierać zakupy za co najmniej 25 funtów. Znają pewnie ten ból, kiedy się okazuje, że wszystko, czego się akurat potrzebuje, zamyka się w cenie 20 czy 19 funtów, a te pozostałe 5-6 (lub co gorsza – jeszcze mniej) nie bardzo wiadomo na co wydać. Wrzuciwszy wczoraj do koszyka dwie książki, które notabene będą się pewnie nadawały do zaanonsowania tutaj, postanowiłam – z wyżej wyjaśnionych względów – zaopatrzyć się w jakiś dodatkowy, tani łup. Grzebanie w kategorii ‘książki – historia’ już na wstępie dało mi trochę do myślenia, kiedy na wysokich pozycjach w rankingu sprzedaży zaczęło mi majaczyć kilka tytułów mających na okładce pewną znajomą buźkę. Jeśli sprzedaż książek o Ryszardzie III nagle wzrasta o kilkadziesiąt lub kilkaset procent, to wiedz, że coś się dzieje. Pomyślałam sobie, że może włączę się do mainstreamu i też sobie taką pamiątkę z okazji odnalezienia królewskich szczątków sprawię. O święta naiwności! Wczoraj wszystkie, absolutnie wszystkie normalnie dostępne, wydane w ostatnich latach pozycje o Ryszardzie były wyprzedane z magazynu. Podobnie jak książki o Wojnie Dwóch Róż. Trzeba czekać na dostawę z wydawnictwa. Na otarcie łez można się było załapać na świeżutką jeszcze biografię Henryka VII. Bardzo wychwalną i bardzo nagradzaną, więc się skusiłam, chociaż i tu Amazon straszył mnie, że na stanie mają tylko kilka ostatnich sztuk. Jednak jeszcze nie zniknął z półek. Cóż, Heniu, i kto się teraz śmieje?

 
Żeby nie był gołosłowną i oddać imponujące bogactwo ryszardzianej literatury ostatnich lat – oto, co (między innymi!) czytelnik ma do wyboru:

Forpoczta zamieszania: John Ashdown-Hill, The Last Days of Richard III - dla tych, co lubią zaczynać od końca

Anette Carson, Richard III. The Maligned King

David Baldwin, Richard III

Peter Hammond, Richard III and the Bosworth Campaing - dla zorientowanych militarnie

Peter A. Hancock, Richard III and the Murder in the Tower - dla detektywów

Charles Ross, Richard III  - dla fanów prostych okładek

Josephine Wilkinson, Richard: the Young King to Be - dla młodych duchem

Alison Weir, The Princes in the Tower - dla tych, których w ryszardowej aferze najbardziej interesuje los tych dwojga malców

Portret rodzinny, ale z Ryszardem III na okładce: Derek Wilson, The Plantagenets
 
Tych, którzy nie lubią czekać na dostawę z wydawnictwa ani na kuriera wiozącego cenne paczuszki z Anglii, odsyłam na niezawodne Allegro, gdzie jeszcze ciągle dostępny jest Paul Murray Kendall i pamiętne wydanie w serii „Biografie Sławnych Ludzi"...
 
Paul Murray Kendall, Ryszard III - klasyk serii "marmurkowej"
 
...że już nie wspomnę o (nomen omen) „Diabelskim pomiocie” Georga Bidwella, którego na aukcjach również zatrzęsienie. Jak widać – Polak aż tak się nie przejął, bo i monarcha cudzy.
 
Diabelski Pomiot Bidwella - wydanie z 1981 r...

... i kieszonkowa edycja z 2005.
 
Oby więcej takich powrotów po latach! Bohaterowi dzisiejszego posta życzymy owocnego "after ages". Na początku 2014 roku ma ponoć zostać z pompą pochowany w katedrze w Leicester. A ja już czekam na serial pod tytułem „Ryszard III: prawdziwa historia”. Lub coś w tym rodzaju.