Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 2: skoki poniżej poprzeczki.



Ilość powstających w ostatnim czasie telewizyjnych produkcji oscylujących wokół średniowiecza (lub czasów niewiele późniejszych) coraz bardziej mnie zdumiewa. Naprawdę. Nie przejadły się. Niby kina kostiumowego zawsze było sporo, ale w dobie serialowej ekspansji staje się to jednak bardziej widoczne. Najbardziej prężny zdaje się być (jak zwykle) wiek XIX: wystarczyło popatrzeć chociażby na same tylko nominacje do tegorocznych Oscarów, z trójcą "Lincolnem", "Nędznikami" i "Anną Kareniną" w menu. Ale nie jeden dziewiętnasty ma się dobrze.

Dlaczego ostatnio wyciągnęłam temat "Gry o tron"? Och, oczywiście, że jestem fanką i baczną obserwatorką tego, co się w Westeros dzieje (tego, co za Wąskim Morzem i daleko na Wschodzie trochę mniejszą...), gorliwą zarówno czytelniczką jak i widzem, fanką chyba dość zagorzałą, o wysoce jednoznacznych sympatiach i antypatiach. W kontekście tematów poruszanych na MAAA wspominam o tym jednak ze względu na pewien paradoks. "Gra o tron", jako serialowy hit absolutny, wydaje się najlepiej i najskuteczniej wypełniać zapotrzebowanie na.... seriale historyczne/kostiumowe w klimacie średniowiecznym. Mimo, że teoretycznie nie jest to przecież klasyczny kostium, a fantastyka. Kto jest jednak spragniony facetów w zbrojach i wszelkich okoliczności towarzyszących - ten znajdzie tam pełnię zadowolenia. Jaka to komfortowa sytuacja - wszystko to, co najbardziej lubimy w serialach historycznych podane tak, że nie trzeba martwić się o historyczną poprawność (najwyżej o zgodność serialu i książki). Bo poprawności nie ma i być nie może.

Dialog z życia wzięty, zasłyszany w czasie oglądania pierwszego odcinka pierwszego sezonu "GoT":
- A właściwie to w jakim czasie rozgrywa się akcja?
- Ale że jak, że w jakim czasie?
- No który oni tam tak plus minus mają rok?
- 298 od Podboju Aegona.
- [cisza] ... No ale który to jest mniej więcej wiek?

Wyrzuć smoki i Innych, a oszukasz każdego, kto z historii miał w szkole dwóje.

Odnoszę wrażenie, że jakkolwiek nie-historyczna, "Gra o Tron" w kategorii filmowo/serialowej wyznacza obecnie pewne standardy właśnie dla kina spod znaku historii i kostiumu (sic). I są to standardy wysokie. Dzisiaj więc o tym, co w mych prywatnych rankingach znalazło się zdecydowanie poniżej poprzeczki.


Widzicie ten podpis "Mroczne oblicze średniowiecza"? Ręce opadają / źródło: filmweb

Ostatnio rozanielałam się nad "Filarami Ziemi", (luźną) ekranizacją prozy Kena Folleta. Można było się spodziewać, że ich książkowa kontynuacja, "Świat bez końca", również doczeka się wersji na małym ekranie. Zapętlona w oglądanie po raz kolejny "Filarów", jakoś o tej możliwości nie pomyślałam.

O tym, że "Świat bezkońca" ekranizacji się doczekał, dowiedziałam się w sposób chyba dość mało adekwatny bo... z niemieckiej prasy modowej (sic!). Jakiś czas później na imdb zamajaczył trailer. Rzuciłam się na niego z impetem dzikiego, rozpędzonego bawołu. Nasyciwszy oczy i uszy wydawało mi się, że będzie dobrze, nawet jeśli serial (mini-serial, żeby być precyzyjnym) nie osiągnąłby poziomu "Filarów", czyli prze-czystej rozrywki. Niecierpliwie zatem oczekiwałam. Po doczekaniu się, całość doświadczenia pod tytułem "Świat bez końca" mogłabym podsumować jednym, zamykającym sprawę stwierdzeniem: w czasie rozbitego na kilka podejść oglądania, równie niecierpliwie oczekiwałam zakończenia tej przygody, jak pierwej czekałam na emisję. Inaczej mówiąc: wypatrywałam końca "Świata bez końca".

Co poszło nie tak? Pod względem produkcji poziom nie odbiega od tego, który reprezentują "Filary". Scenografia w porównaniu z szacownym poprzednikiem jest wręcz bogatsza. Miasteczko Kingsbridge, w którym w przypadku obu tytułów rozgrywa się większa część akcji, przez niecałe dwieście lat, jakie dzieli realia "Filarów" od realiów "Świata", zdążyło się naprawdę poważnie rozwinąć. Mamy już wszak pełnię XIV stulecia (co nie oznacza wcale, że na ekranie nie mogą się pojawić rarytasy np. w postaci nastawy ołtarzowej młodszej o bity wiek - przymknijmy jednak oczy na takie detale). W Kingsbridge zmieniło się właściwie wszystko, poza problemami mieszkańców. Uderzające jest to, jak wiele kluczowych momentów fabuły, mniejszych i większych intryg, ba, nawet postaci samych w sobie ma swoje ewidentne odpowiedniki w "Filarach". Czasami ma się wrażenie, jakby drugi raz oglądało się tą samą historię. Tym razem jednak z wyczuwalnym, nieświeżym posmakiem. Wiadomo, że kotlet odgrzewany nie smakuje tak samo dobrze, jak kotlet świeży. Przy tym wszystkim dodać należy, że jeśli chodzi o stosunek serialu do literackiego pierwowzoru, mówić tu można najwyżej o ogólnej inspiracji. Kto pod tym względem jest purystą, ten będzie niepocieszony. Nie zmienia to jednak faktu, że w takim czy innym wydaniu, "Świat bez końca" pozostaje dzieckiem Kena Folleta - wersji filmowej przysłużył się on jako scenarzysta. Powtarzalność pewnie by dało się jakoś przełknąć, gdyby nie poważniejsze zbrodnie. Motywy pokrewne "Filarom" (och, nie tylko im), typu: konfliktowo usposobieni duchowni, kochali-się-ale-nie-mogli-być-razem, miał/-a-talent-ale-nie-mógł/-a-"pracować-w-zawodzie", mąż-brutal czy niesnaski na wysokich szczeblach władzy zostały tu podlane sosem, którego nie da się chyba inaczej określić, niż kuriozalny. Wymiar zbrodniczości, głupoty, chciwości itp. itd., wszystkich możliwych złych cech (dobrych zresztą też) spowijających poszczególne postaci jest spotęgowany niekiedy do irracjonalnych rozmiarów. Trudno jest kochać/nienawidzić postaci, które są tak mało realistyczne, że przez to aż papierowe. Trudno jest się wciągnąć, wgryźć w ich historię. Kiepsko poprowadzone postaci może jeszcze, chociaż częściowo, uratować wysoki poziom aktorski. Cóż, określeniem, które w tym przypadku nasuwa mi się jako pierwsze, jest brak charyzmy. Od porównań z "Filarami" uciec się nie da, powiedzmy więc raz a porządnie: tam niemal wszystkich bohaterów odmalowano wyraziście i soczyście. Spoglądam smętnie na listę aktorów zatrudnionych przy "Świecie bez końca" i staram się wskazać jakieś jasne punkty w morzu nijakości. Widzę więc dwa nazwiska, i to nazwiska sprawdzone. Miranda Richardson jako Matka Cecilia i Cynthia Nixon jako demoniczna ciotka Petranilla. Demoniczna do poziomu śmieszności, ale dzięki Nixon awansująca na miejsce naczelnego, najbardziej wyrazistego czarnego charakteru całej tej opowieści. Plus Nora von Waldstätten jako Gwenda. Przykuwająca uwagę. Dobór odtwórców ról dwóch postaci dookoła których cyrkluje fabuła, to w moim odczuciu klęska. Charlotte Riley jako Caris i Tom Weston-Jones jako Merthin niczym nie imponują. Kreacje strasznie wyblakłe. Główny zły duchowny, czyli Godwyn, grany przez Ruperta Evansa, niewiele lepszy. Bezbarwność odtwórców głównych ról w najlepszym razie sprawia, że widz zasypia. W gorszym - po prostu się irytuje.

A w tym wszystkim jeszcze wielka polityka. "Świat bez końca", podobnie jak "Filary ziemi", opowiada się wyraźnie za pewnymi... hm... teoriami. Jako fabuły w zasadniczej części całkowicie fikcyjne, nie stanowią przy tym rzecz jasna głosów w dyskusji, nie mniej jednak... "Filary", kiedy nie koncentrowały się na Kingsbridge i okolicy, podejmowały temat zatonięcia w 1120 roku Białego Statku (niewtajemniczonym przypominamy, że w katastrofie tej zginął jedyny męski potomek króla Anglii Henryka I, Wilhelm), a z wynikłego w efekcie tego niefartu konfliktu o angielski tron (świetnie odmalowani w serialu król Stefan i cesarzowa Matylda, a przy okazji do wglądu dzieciństwo syna tejże, czyli przyszłego Henryka II, który na MAAA również przy okazji filmowej już gościł) czyniły jeden z ważniejszych i ciekawszych elementów fabuły. W "Świecie bez końca" mamy Edwarda III (w tej roli Blake Ritson - oglądając go ma się wrażenie, że za wszelką cenę chciał zrobić coś z niczego i jeśli nie przeskoczyć, to chociaż obejść scenariusz). Bardzo nie-kanonicznego. To jest ten moment, w którym nawet moja wyrozumiałość przechodzi kryzys. Edward, sam w sobie dobry materiał filmowy, został tu, że tak to ujmę, odwrócony podszewką do góry. Zaręczam, nie tak chcielibyście mieć podane na ekranie przedbiegi Wojny Stuletniej. Nie wdając się w tragizm szczegółów napomknę tylko o tym, że nasz drogi, dorosły Edward (w sensie: post-Mortimerowski) tkwi niemal całkowicie pod maminym pantoflem i wydaje się, że nie umie podejmować samodzielnych decyzji. Ale, ale! Gdzież to opowiedzenie się za określonym teoriami? "Świat bez końca" próbuje rozprawić się z jedną z bardziej spektakularnych historii w rodzaju: "zabili go, a przeżył". Chodzi rzecz jasna o ojca wyżej wspomnianego monarchy, o Edwarda II, jak wiadomo odsuniętego od władzy przez małżonkę, Izabelę Francuską i jej lubego, Rogera Mortimera (historia świetnie znana miłośnikom "Królów Przeklętych" Druona). Odsuniętego i... No właśnie. Co z tym Edwardem II? Zmarł w więzieniu? Naturalnie? Zamordowany? Przeżył? Uwolniony? Uciekł? Dokąd? Jak długo w takim razie żył? Sprawa ostatnio jest już jak najbardziej poważnie roztrząsana - zaciekawionym polecam książkę Iana Mortimera (nomen omen), dość pretensjonalnie zatytułowaną The Perfect King: The Life of Edward III, Father of the English Nation, którą czyta się naprawdę bardzo dobrze. Rzecz napisana w bardzo wyważony sposób (co przy rozważaniu tego rodzaju sensacyjnych problemów jest wysoce wskazane), z kilkoma naprawdę interesującymi spostrzeżeniami. Oglądając "Świat bez końca", nawet biorąc pod uwagę fakt, że to tylko serial, fikcją szyty, widząc, jak sobie z wątkiem Edwarda II, żywego lub nie, (nie)poradzono, a raczej - jak go rozwikłano, zakończono i spuentowano, chyba nie da się nie roześmiać albo chociaż nie uśmiechnąć się z przekąsem. Ałć. To się nazywa zmarnowany potencjał! Niezależnie przecież od tego, którą ze związanych ze zniknięciem starszego Edwarda teorii uznamy za prawdziwą lub prawdopodobną, przyznać możemy, że jest to jeden z tych tematów, które kręcą się same. Istny samograj. Ale najwyraźniej śliski.

To jednak jeszcze nic. "Świat bez końca" pozostaje dla mnie po prostu serialem nudnym, w większości źle zagranym, momentami (w negatywny sposób) powalającym zakrętami fabuły, ale w tym wszystkim ciągle przyjemnym wizualnie. Jakiś czas po tym, jak skończyła się moja przygoda z tą produkcją, zabrałam się za coś, na temat czego przez bite kilka tygodni nie mogłam sobie wyrobić zdania i co po prostu wprowadzało mnie w totalną, bezdenną dezorientację.
 

A tu dla odmiany "Historia nieokiełznanego geniuszu". Czego nie można powiedzieć o twórcach serialu. / źródło: filmweb

Starałam nastawić się dobrze. To znaczy - dostosować oczekiwania. Obniżyć oczekiwania. Bo doprawdy, czego można było oczekiwać po serialu zatytułowanym "Demony da Vinci"? Machnęłam ręką na tego Leonarda, chociaż kręcenie czegokolwiek o da Vincim (raczej: luźno inspirowanego da Vincim) wydało mi się po pierwsze pretensjonalne, po drugie - spóźnione o kilka lat. Ja wiem, że taka postać, jak boski Leo zawsze będzie mieć wzięcie, jednak mam wrażenie, że jego gwiazda już trochę przygasa, obok takich zjawisk jak templariusze i ich sekrety, Całun Turyński i jego tajemnice niezbadane, katarzy i ich problemy z brakiem akceptacji, oraz wszystkie innego tego typu sprawy, które wypłynęły i zrobiły zawrotne kariery mniej więcej w tym czasie, kiedy Dan Brown zarabiał najwięcej. Niewątpliwie wydarzyła się tu pewna krzywda, trend jednak wydaje się już powoli wysychać, zatem pozwolę sobie nie drążyć tematu. Wybaczyłam tego Leo. Wybaczyłam już na starcie wszystkie konsekwencje wynikające z tego, że nie będzie to da Vinci biograficzny, tylko popkulturalny. Czyli na pewno będzie mowa o wielkich sekretach ludzkości. Które tylko Leo potrafi odkryć. Na to też byłam gotowa. Byłam gotowa na dowolne manipulacje faktami, na groteskową Florencję czasów Wawrzyńca Wspaniałego. Nie, to nie jest ironia. Naprawdę, chciałam się po prostu dobrze bawić. Odmóżdżyć. I odrobić kronikarski obowiązek, ale o tym cicho. W czasie mężnego przedzierania się przez pierwsze odcinki wybaczałam nawet kompletne, scenograficzne idiotyzmy (bo już nawet nie michałki), z których szezlong obity futrem zebry, stojący na poczesnym miejscu w Palazzo Medici, wcale nie był najśmieszniejszy czy dość niefortunne kostiumy. W Internecie w tym czasie gotowało się od wrzasków oburzonych na "niepoprawność historyczną". Ależ to mnie denerwowało. Dajcie spokój! To serial przygodowy przecież. Oglądałam dalej. Po którymś z odcinków (chyba trzecim albo czwartym) poczułam nawet, że jestem lekko zaciekawiona. W końcu jednak poszczególne odcinki zaczęły... no jak to określić? Nijak miały się do siebie nawzajem. Nie kleiły się. Jeden chyba miał być nakręcony w konwencji kostiumowego thrillera. Jeden silił się (niedobrze) niemal na dramat psychologiczny. Wampiry w modzie, więc był odcinek wampiryczny. Jakiś inny - typowo sensacyjny. Czynnik spajający? To, że wszystko w gruncie rzeczy przypominało grę komputerową, gdzie każdy następny poziom pozostaje w bardzo luźnej zależności od poprzedniego. Nie chodzi nawet o to, że trailery poszczególnych odcinków były na youtubie zawalone komentarzami typu "Where is Ezio?!". Początkowo akcja toczy się mniej więcej tak: rubaszny, zawadiacki i trochę szalony Leonardo musi (mając do dyspozycji swój mózg, swoje wynalazki i dwóch kumpli) zrobić to i to. W tym celu należy znaleźć to i tamto. Żeby znaleźć to i tamto, należy a) porozmawiać z takim a śmakim b) pójść tam a siam c) skontruować tamto a siamto. Żeby skontruować tamto a siamto należy zdobyć owamto i tamto. I tak dalej. Jakbyście grali w przygodówkę. I to taką z przełomu tysiącleci. Trudno w takich okolicznościach fabuły wyrobić sobie sympatie i antypatie. Przygrywa dobra muzyka. Ale wizualnie miszmasz. Z jednej strony zabawa ze slow motion, wizualizacje myśli (sposobu myślenia?) naszego Leo, z drugiej wyjątkowo koszmarne panoramy. I najpoważniejszy zarzut, którego już wybaczyć nie dałam rady, bo niby jak. Niezależnie od tego, że raz czy dwa poczułam się nieco wciągnięta, stwierdzić muszę, że "Demony da Vinci" są po prostu nudne. Przewidywalne do bólu. Do tego niezborne. Ach, no i na każdym kroku nachalnie widać oszczędności. Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Cały czas zastanawiałam się - do kogo ten serial jest właściwie skierowany? Do łaknących przygód i tajemnic 13-latków? Może dziesięć lat temu... Nie wiem, czy ten wyjątkowo płaski poziom intrygi jest w stanie wciągnąć kogoś, kto wiek nastoletni ma już za sobą. Często przy próbie ustalenia targetu przydatne okazuje się prześledzenie obsady pod kątem "skąd my ich znamy". Jakiego typu widz kojarzy te twarze. Nie wiem, jakie to może mieć w tej chwili znaczenie (pewnie żadne), ale trochę rozbawił mnie fakt, na który zwrócono uwagę bodaj na jakimś forum, że trójka odtwórców głównych ról męskich, czyli Tom Riley jako da Vinci, Elliot Cowan jako Lorenzo Medici i - och, znów go spotykamy - Blake Ritson jako "główny zły", czyli Girolamo Riario, to aktorzy bardzo dobrze znani... miłośniczkom Jane Austen (dwaj pierwsi swego czasu osobliwie wsławili się w najbardziej idiotycznej, około-austenowskiej produkcji, czyli "Lost in Austen", trzeci z panów ma w CV bardziej klasyczne ekranizacje jej prozy). Dodajmy do tego fakt, że w pilocie miga przez chwilę sam Hugh Bonneville... Ostatecznie - gwiazd w obsadzie nie było (co zresztą zarzutem nie jest). Odpowiedzią na pytanie "na kogo chciano przyciągnąć" brzmi li i jedynie: "na Leonarda".

Niewysokich lotów te "Demony". Ale może nie mam racji. Widziałam wiele wysokich ocen tej produkcji. Będę pluć sobie w brodę i przyznawać się do błędu? Mówi się o tym, że dla stacji Starz wyprodukowanie przygód Leonarda i jego kolegów (oraz jednej koleżanki) miało stanowić pewien rodzaj kontynuacji bardzo koniec końców popularnego "Spartakusa", który ponoć po umiarkowanie dobrym sezonie pierwszym wzbił się na wyżyny w swych kolejnych odsłonach. Ponoć. Nie mam zdania, bo... odpadłam po kilku odcinkach owego sezonu pierwszego. Optymiści wieszczą jednak, że w przypadku "Demonów da Vinci" sytuacja się powtórzy. Drugi sezon obejrzę zatem. Z ciekawości poprawy. I tego, w jakich konwencjach tym razem utrzymane będą poszczególne odcinki. Bo zaręczam - nie dla fabuły.

Jeśli chodzi o "Demony", to jednak ostatecznie rzecz biorąc: przeżyć, przeżyłam. O porażce można mówić wtedy, kiedy człowiek nie jest w stanie nawet dokończyć pierwszego odcinka. Choćby stanął na uszach. Mało jest filmów kostiumowych, których nie byłam w stanie zmęczyć do końca. Nawet jeśli są fatalne, cierpliwie oglądam, czerpiąc z tej ich fatalności jakąś perwersyjną przyjemność. Nie mogłam przebić się przez taki rarytas jak "Niebezpieczna piękność" aka "Uczciwa kurtyzana", gdzie już sam tytuł zwala mnie z nóg, a fabuła śmieszy, tumani, przestrasza. Suma summarum: to chyba najbardziej irytujący film "renesansowy" (ekhe, ekhe) jaki widziałam. I najgorszy kostiumowy występ Rufusa Sewell'a. Chyba. Mniejsza o to. Drugim zaszczytnym tytułem jest ostatnia "Anna Karenina", która mimo napakowania aktorską śmietanką i fikuśnymi konceptami mającymi chyba na celu odświeżyć wizerunek trochę już ramotowatych ekranizacji rosyjskiej klasyki, jest dla mnie tak pretensjonalna, że aż niestrawna. Ostatnio do tego grona zacnych niewiast, do "Piękności" i do "Anny", dołączyła ich średniowieczna koleżanka, "The White Queen". 


"TAKING YOU". Please, no, not me! / źrodło: filmweb

Wojna Dwóch Róż (fabuła startuje w 1464 roku), "polityka widziana z kobiecej perspektywy" (czyli jak? cóż, może powinnam obejrzeć, to się dowiem) no i proza Philippy Gregory jako podstawa. W obsadzie w większości twarze jeszcze nieopatrzone, plus zasłużony już dla kina kostiumowego James Frain i David Oakes, który najwyraźniej (po "Filarach" i "Rodzinie Borgiów") płynnie przeskakuje między tego rodzaju serialami i ugruntowuje się jako kolejny "etatowiec". 

Z pierwszego odcinka obejrzałam jakieś 3/4. Nie dałam rady. Wiem, nie powinnam w takim razie w ogóle o tym pisać. Oczy wybałuszyłam, nie podobało mi się nic. Niech to wystarczy. Kiedyś może jeszcze podejmę to wyzwanie. Może ktoś mnie przekona?

Dla porządku trzeba jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym półroczu debiutowali również "Wikingowie". Na razie nie widziałam, opinie są bardzo dobre. Koniecznie do nadrobienia.

środa, 6 lutego 2013

Nieboszczyk pod parkingiem: nowa/stara twarz monarchy i jego wielki come-back


Pamiętacie to jeszcze?

 
 
Kto w przeciągu ostatnich dwóch dni w miarę wnikliwie przyglądał się temu, co prezentują serwisy informacyjne, ten już zapewne wie o co (a raczej o kogo) chodzi. W domu mym rodzinnym wiadomości ogląda się kilka razy dziennie, na różnych kanałach, w przerwach przełączając się na TVN24. Zaatakowana z każdej strony tym doniosłym wydarzeniem, które mnie zresztą szczerze wzruszyło, postanowiłam za pośrednictwem swojego skromnego bloga włączyć się w medialną burzę, która przetoczyła się z hukiem gromu przez Brytanię, a i u nas widać było pojedyncze błyskawice.

Poznajcie Ryszarda.

 
Ryszard III zrekonstruowany. Podoba się?
 
Wiem oczywiście, że wszyscy Rysia z Trójką znacie i teoretycznie ponownie poznawać nie musicie. Cóż, świat też znał, ale dopiero teraz poznał niejako… hm… Osobiście.


Pochówek w Leicester
 
Pogłoska o tym, że go znaleźli, gruchnęła już jakiś czas temu. Trzeba było jednak czekać na potwierdzenie. No i mamy. Po przebadaniu typowanych na ryszardowe szczątków, zespół specjalistów stwierdził, że „ponad wszelką wątpliwość” są to resztki ziemskiej powłoki wielkiego przegranego Wojny Dwóch Róż, krótko panującego (1483-1485), pokonanego przez Henryka VII Tudora i przez stulecia borykającego się z wytworzonym przez politycznych oponentów czarnym PR-em angielskiego monarchy, znanego szerzej jako Ryszard III, którym w czasach jeszcze nie tak bardzo odległych straszono niegrzeczne dzieci. Ponownie odsyłam do niezastąpionej w tym momencie piosenki z Horrible Histories.

 
Wygląda na to, że po kilku stuleciach wylewania nań pomyj, które XX wiek zaczął jako-tako zdejmować, Rysio może teraz liczyć na swoje pięć (a może i więcej) minut sławy i na wizerunkowy powrót do normalności.

Szczery uśmiech Ryszarda
 
Rzeczony szkielet znaleziono we wrześniu 2012 w Leicester na... parkingu samochodowym. Właściwie pod nim. Średnio sympatycznie, już słyszę ten pogardliwy śmieszek Henryka VII… Wcześniej na tym miejscu znajdował się kościół franciszkanów. Celem porównania DNA znalezionego nieboszczyka pobrano materiał genetyczny od pana Michaela Ibsena, Kanadyjczyka mieszkającego w Londynie, który jest – uwaga – pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra („pra” 17 razy) wnukiem matki Ryszarda. Pokrewieństwo obu panów potwierdziło się. Współczesnego nam krewniaka okrytego niesławą władcy namierzył autor książki The Last Days of Richard III, dr John Ashdown-Hill, któremu zawdzięcza się również wyśledzenie miejsca pochówku Ryszarda. Przy okazji upublicznienia wyników badań DNA dr Ashdown-Hill stwierdził zresztą, że i bez nich można było mieć niemal stuprocentową pewność co do tożsamości nieboszczyka, wszystko bowiem pasowało: „płeć, właściwy wiek, właściwa epoka, właściwa warstwa społeczna, znaleziony we właściwym miejscu, lewe ramię niżej niż prawe, ślady okrutnej, gwałtownej śmierci, ślady brutalnego traktowania już po niej” no i oczywiście – podobieństwo fizyczne względem zachowanego materiału ikonograficznego (choć też przyczernionego nieżyczliwą propagandą), co stało się wyraźnie widoczne po dokonaniu rekonstrukcji twarzy. Tak miał zatem wyglądać Ryszard, lat 33, przed bitwą pod Bosworth. Wolimy nie wiedzieć, jak wyglądał po niej.




 
Oczki głęboko osadzone i solidna szczęka.
 
pośmiertny portret Ryszarda, ok. 1520?, Society of Anitquaries

wizerunek z National Portrait Gallery, koniec XVw.?
 

(Szczególnie zainteresowanym tematem proponuję przejrzeć zasoby multimediów, które prezentuje Uniwersytet w Leicester. Miłego oglądania.)

Przeglądanie krążących po Internecie komentarzy odnośnie ujawnionego wyglądu Ryszarda to prawdziwa rozkosz. Pada mnóstwo słów pochlebnych, jakby wszyscy nagle chcieli mu wynagrodzić ten czas uchodzenia za monstrum (no chyba tylko w wymiarze "zbrodniczych czynów" bo nie wyglądu - zawsze mam ochotę krzyczeć – hola, hola! przecież nawet na tych „monstrualnych”, pośmiernych i przesadzonych portretach wygląda normalnie, tyle że staro i niezbyt urodziwie), padają też mniej chwalebne. Mnie najbardziej urzekło porównanie do lorda Farquaada.
 
 

 
Złośliwcy.
To pewnie przez fryzurę.

 
Jak już jesteśmy przy temacie podobieństwa, nie wypada nie wspomnieć o wizerunku Ryszarda, który (przynajmniej mnie) pierwszy pojawia się w głowie, gdy tylko myśl jakoś w tę stronę zakręci.

 
To spojrzenie!

Sir Laurence Olivier w 1955, czyli klasyczna ekranizacja Ryszarda III Szekspira.

Uwielbiam ten plakat. Po prostu uwielbiam.

Nie pora teraz, by rozwodzić się nad filmowymi wersjami Ryszarda szekspirowskiego, chociaż poza Olivierem grały go takie znamienitości jak Ian McKellen (sir Ian McKellen) – bądź co bądź w okolicznościach wykorzenienia średniowiecza i zamienienia go na lata 30-te XX wieku (zresztą w duchu historical fiction). Krótki przegląd Ryszardów filmowych i scenicznych można zobaczyć tutaj.

Ten nos!


Ta prezencja!


Z Claire Bloom jako Lady Anne

Sir Laurence, który zresztą jako Ryszard nie tylko zagrał ale i się wyreżyserował, jest w tym przypadku totalną Chodzącą Wyrazistością. Pal sześć, że wzmacniającą ryszardowe stereotypy. Sztuka ma swoje prawa, sztuka nie równa się historii.

 
Chyba jednak nie poczułabym potrzeby zasygnalizowania triumfalnego powrotu Ryszarda na usta wszystkich, gdyby nie wczorajsze wydarzenie, gdzie owi „wszyscy” faktycznie mi się objawili, jako… klienci-konkurenci na Amazonie. Ci, którzy robią zakupy na jego brytyjskiej platformie, wiedzą zapewne, że aby zasłużyć na darmową wysyłkę do Polski należy uzbierać zakupy za co najmniej 25 funtów. Znają pewnie ten ból, kiedy się okazuje, że wszystko, czego się akurat potrzebuje, zamyka się w cenie 20 czy 19 funtów, a te pozostałe 5-6 (lub co gorsza – jeszcze mniej) nie bardzo wiadomo na co wydać. Wrzuciwszy wczoraj do koszyka dwie książki, które notabene będą się pewnie nadawały do zaanonsowania tutaj, postanowiłam – z wyżej wyjaśnionych względów – zaopatrzyć się w jakiś dodatkowy, tani łup. Grzebanie w kategorii ‘książki – historia’ już na wstępie dało mi trochę do myślenia, kiedy na wysokich pozycjach w rankingu sprzedaży zaczęło mi majaczyć kilka tytułów mających na okładce pewną znajomą buźkę. Jeśli sprzedaż książek o Ryszardzie III nagle wzrasta o kilkadziesiąt lub kilkaset procent, to wiedz, że coś się dzieje. Pomyślałam sobie, że może włączę się do mainstreamu i też sobie taką pamiątkę z okazji odnalezienia królewskich szczątków sprawię. O święta naiwności! Wczoraj wszystkie, absolutnie wszystkie normalnie dostępne, wydane w ostatnich latach pozycje o Ryszardzie były wyprzedane z magazynu. Podobnie jak książki o Wojnie Dwóch Róż. Trzeba czekać na dostawę z wydawnictwa. Na otarcie łez można się było załapać na świeżutką jeszcze biografię Henryka VII. Bardzo wychwalną i bardzo nagradzaną, więc się skusiłam, chociaż i tu Amazon straszył mnie, że na stanie mają tylko kilka ostatnich sztuk. Jednak jeszcze nie zniknął z półek. Cóż, Heniu, i kto się teraz śmieje?

 
Żeby nie był gołosłowną i oddać imponujące bogactwo ryszardzianej literatury ostatnich lat – oto, co (między innymi!) czytelnik ma do wyboru:

Forpoczta zamieszania: John Ashdown-Hill, The Last Days of Richard III - dla tych, co lubią zaczynać od końca

Anette Carson, Richard III. The Maligned King

David Baldwin, Richard III

Peter Hammond, Richard III and the Bosworth Campaing - dla zorientowanych militarnie

Peter A. Hancock, Richard III and the Murder in the Tower - dla detektywów

Charles Ross, Richard III  - dla fanów prostych okładek

Josephine Wilkinson, Richard: the Young King to Be - dla młodych duchem

Alison Weir, The Princes in the Tower - dla tych, których w ryszardowej aferze najbardziej interesuje los tych dwojga malców

Portret rodzinny, ale z Ryszardem III na okładce: Derek Wilson, The Plantagenets
 
Tych, którzy nie lubią czekać na dostawę z wydawnictwa ani na kuriera wiozącego cenne paczuszki z Anglii, odsyłam na niezawodne Allegro, gdzie jeszcze ciągle dostępny jest Paul Murray Kendall i pamiętne wydanie w serii „Biografie Sławnych Ludzi"...
 
Paul Murray Kendall, Ryszard III - klasyk serii "marmurkowej"
 
...że już nie wspomnę o (nomen omen) „Diabelskim pomiocie” Georga Bidwella, którego na aukcjach również zatrzęsienie. Jak widać – Polak aż tak się nie przejął, bo i monarcha cudzy.
 
Diabelski Pomiot Bidwella - wydanie z 1981 r...

... i kieszonkowa edycja z 2005.
 
Oby więcej takich powrotów po latach! Bohaterowi dzisiejszego posta życzymy owocnego "after ages". Na początku 2014 roku ma ponoć zostać z pompą pochowany w katedrze w Leicester. A ja już czekam na serial pod tytułem „Ryszard III: prawdziwa historia”. Lub coś w tym rodzaju.

czwartek, 3 stycznia 2013

Krucjatowy gulasz - dobra książka, zły film, wyborne płaszcze. Na zimę.


Przypomnijmy to pamiętne zdanie, które swego czasu rzekł był Jacques Le Goff: jedynym owocem, jaki chrześcijanom na trwałe przyniosły wyprawy krzyżowe, była morela.

Morele bardzo lubię.

Ach, te krucjaty. Temat rzeka i po dziś dzień istna światopoglądowa woda na młyn. Ale nie miejsce tu, by patrzeć na nie okiem uczonym i okiem trzeźwym. Spójrzmy więc okiem przymrużonym.

Śmiem twierdzić, że bez moreli jakoś by tam dało radę przeżyć. Ale doprawdy nie wiem, co by bez krucjat poczęła zbiorowa wyobraźnia. Strata niepowetowana! Przykład pierwszy z brzegu. Gdyby lwie serce pewnego Ryszarda nie kazało mu opuścić rządzonego przezeń królestwa i wyjechać hen, za morze, bić Saracena, nie wyruszyłby za nim i kwiat angielskiej młodzieży, a wśród tego kwiatu – pewien facet, któremu później nasadziliśmy na głowę zielony kapelutek, którego najlepszym wcieleniem after ages był Errol Flynn, z którego Disney zrobił lisa i który firmuje swoim pseudonimem moją ulubioną grę komputerową, nieznośnie nieskomplikowaną i okropnie już starą. Ów facet, gdyby nie pojechał, nie miałby oczywiście problemów typu „zabrali mi ojcowiznę”, gdyby nie pojechał inicjator przedsięwzięcia – żaden bezziemny Jan nie panoszyłby się na tronie, może szeryf z Nottingham wcale nie byłby taką szychą, nikt by nie zabierał bogatym i nie oddawał biednym, a my nie mielibyśmy do kogo i do czego porównywać naszego Janosika, który wszelako wcale nie jest taki znowu nasz.

Wyobrażacie sobie brak Robin Hooda? Pół dzieciństwa się w niego bawiłam. Oglądanie Kevina Costnera w rajtach było jednym z pierwszych w moim życiu zderzeń z kinem kostiumowym, może nawet pierwszym, chyba że to był Mel Gibson z twarzą umazaną na niebiesko…

Takie truizmy można by mnożyć. Autorzy powiastek opartych na fikuśnych teoriach spiskowych orbitujących wokół Graala nie mieliby za co płacić rachunków. Bez templariuszy? Ich brak byłby niemal tak dotkliwy, jak brak Legendy Sherwood. Nie ma białych płaszczy, nie ma ich procesu, nie ma klątwy rzuconej ze stosu. Nie ma więc np. Królów Przeklętych - Maurice Druon nie pisze swojej sagi, nie mam czego czytać wieczorem. A byli jeszcze ci z czarnym krzyżem… Nie ma Grunwaldu, Matejko nie maluje jedynego polskiego obrazu, który prawdopodobnie potrafi rozpoznać nawet statystyczny czterolatek, Sienkiewicz nie pisze, omija nas zegarek na ręce Jagiełły i słupy telegraficzne za grunwaldzkim polem w przesławnej ekranizacji henrykowej prozy… Apokalipsa! Panie Jacques, morela morelą, ale co krucjaty przyniosły kulturze (a już popularnej zwłaszcza), nie tylko chrześcijanom, to już sprawa doprawdy poważniejsza!

Biorąc pod uwagę to, jak szeroko interesujący nas dziś temat rozlał się po wytworach współczesnej nam kultury – ograniczam się do podrzucenia kilku luźno ze sobą związanych drobiazgów, z którymi mniej lub bardziej niedawno dane mi się było zetknąć.


Docelowo nie planowałam pisać tutaj o książkach, z racji tego, że zbyt rzadko mam czas solidnie do nich przysiąść (nie licząc oczywiście różnych zgrabnych pozycji z wyrazem „epitafium” w tytule), dzisiaj jednak wiem, że takich przyrzeczeń nie dotrzymam. Czas się bowiem znalazł.

Poszłam jakiś czas temu – a, nie będę się krygować – do tak zwanej „taniej książki” i wyszłam trzymając pod pachą literaturą podróżniczą. Nie zgadlibyście, że skusiła mnie okładka… W każdym razie – na pewno nie słowo „tajemnica” w tytule. Powiało Danem Brownem (właśnie – Kodu Leonarda bez krucjatowego dna też próżno by było szukać we wszechświecie), na szczęście był to powiew nie mający nic wspólnego z zakupioną przeze mnie pozycją.

źródło: cartablanca.pl


Oto i Tajemnica Prezbitera Nicholasa Jubbera. Opis wydawcy brzmi tak oto: W XII w. w Europie Zachodniej pojawił się list adresowany do cesarza Bizancjum. Autor epistoły – Prezbiter Jan, „najwyższy władca” – opisywał swoje wspaniałe chrześcijańskie królestwo, które utożsamiono z rajem. Papież Aleksander III, zaintrygowany mityczną krainą, napisał list do Jana. Posłańcem uczynił swojego medyka – Mistrza Filipa. Choć nikt tak naprawdę nie wiedział, gdzie znajdowało się królestwo tajemniczego monarchy ani czy w ogóle istniało, Mistrz Filip nie dał się zniechęcić. Wyruszył z Wenecji i… ślad po nim zaginął. Kilkaset lat później Nicholas Jubber znajduje kopię listu Aleksandra III, a potem – zafascynowany średniowieczną historią – postanawia dokończyć misję Mistrza Filipa i po ponad ośmiuset latach dostarczyć papieski list do adresata. Zaczyna swą podróż w Wenecji, a kończy w Etiopii. Po drodze w zabawny, oryginalny, a czasami nawet ekscentryczny sposób opisuje obyczaje, ludzi, zagmatwaną historię miejsc, jakie odwiedza, oraz próbuje zrozumieć sens dawnej legendy.

Dodajmy, że Janowe królestwo nie tylko intrygowało swoim bogactwem i egzotycznością. Z punktu widzenia krucjat potężny, chrześcijański władca na wschodzie to przecież znakomity, potencjalny sojusznik zajmujący wybitnie pożądaną strategicznie pozycję – za plecami wroga.

Wątek Prezbitera aka Księdza Jana był dla mnie nęcący chociażby z samego wspomnienia po Baudolinie Umberto Eco, gdzie również poszukuje się jego królestwa i gdzie mamy na tacy – tak, tak, - i III, i IV wyprawę krzyżową. Kto Baudolina nie czytał, niech czym prędzej nadrabia – mnie swego czasu dostarczył nawet większej uciechy niż Imię róży. Może to i herezja. A do herezji jeszcze dzisiaj wrócimy.

W książce Jubbera wątków krucjatowych jest pełno. Dość rzec, że stałym elementem książki jest zestawianie ze sobą realiów XII-wiecznych i współczesnych, porównania tego, jak dane miejsca wyglądały (mogły wyglądać?) w czasach Mistrza Filipa, jak wyglądają teraz. Jakie problemy nękały współczesnych mieszkańców odwiedzanych przez autora miejsc, jakie nękają teraz. W istocie okazują się być niezwykle do siebie podobne. A że droga wiedzie między innymi przez tereny dawnego Lewantu… Mamy więc całkiem przyzwoity reportaż z prawie-współczesnego (prawie, bo podróż Jubbera miała miejsce w 2001 roku) Bliskiego Wschodu i nie tylko, przeplatany historycznymi obrazkami. Twierdze krzyżowców zwiedzamy podwójnie, a współcześni przywódcy co chwila na jakieś płaszczyźnie stają obok lub naprzeciw Saladyna. Brzmi to wszystko dość sucho, ale w gruncie rzeczy czyta się świetnie – poczucie humoru aż kapie, czasem może za bardzo, na szczęście zwykle zatrzymuje się w momentach, gdzie opisywane wydarzenia nie pozwalają już na galopadę dowcipu. Dużo tu oczywiście religii. Jak w XII w., tak i teraz – jedno z podłoży konfliktu. I jedynym, co mi tak naprawdę przeszkadzało w czasie lektury, była przebijająca niekiedy, specyficzna optyka autora, który zwłaszcza na najbardziej dla Europejczyka zadziwiające praktyki religijne wydaje się patrzyć jakby z lekką wyższością reprezentanta „bardziej cywilizowanego świata”. Tak czy siak – polecam. Bardzo spodobał mi się sam pomysł dosłownej wędrówki śladami żyjącego osiemset lat wcześniej człowieka, kontrastowanie obu światów w konkretnych miejscach jako kolejny sposób na wskrzeszanie i odkurzanie średniowiecza. Na końcu autor zresztą dochodzi do wniosku, że oba światy jawią już mu się jako tak samo realne i dotykalne. I to jest fantastyczne. „Wieki średnie po wiekach” zdają się rozpływać.


O filmach staram się tu pisać dobrze, wybierając filmy dobre. Czas jednak najwyższy trochę popuścić krytykanctwo z łańcucha. Na film „krucjatowy”, przed którym klęknę z dziobem otwartym – jeszcze czekam (chyba, że przez wątek powrotu do domu z wiadomej wyprawy włączymy do kategorii filmów „krucjatowych” Siódmą pieczęć Bergmana), choć na pewno nie wszystkie okazy tej kategorii już widziałam. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że nie jest to wątek w kinematografii najszczęśliwszy. Przypomina mi się taka oto wypowiedź koleżanki sprzed miesiąca:

N: I oglądałam taki stary film, chyba z lat 60-tych albo 70-tych, no i ci krzyżowcy tam wpadają do haremu i krzyczą na całego „dziewice! dziewice!”.
Nie udało się ustalić cóż to był za film. Przypuszczam, że było to coś starszego niż lata 60-te.

Klasykiem ostatnich lat jest oczywiście Królestwo Niebieskie w którym pod każdym niemal względem zrobiono coś nie tak, wyjąwszy może ewentualnie muzykę. Nie czas rozwodzić się nad historyczną poprawnością, bo nie o tym chcę pisać, stare to już dzieje, dość, że po Internecie krążą całe listy „potknięć”. Czasami potknięć o głazy. Można sobie poczytać. Dla mnie to kino nadęte, prawie agresywne w swoim dążeniu do „epickości”, mimo że momentami spektakularne wizualnie (pomijając to irytujące „zaniebieszczenie” obrazu, zwłaszcza na początku filmu), no i co tu kryć – pomimo obsady z cyklu „grają wszyscy” w moim odczuciu po prostu nie najlepiej zagrane i nie jest tego w stanie uratować migający przez moment na ekranie Liam Neeson, ani Jeremy Irons w nie najszczęśliwszej formie, ani grający z zakrytą twarzą Edward Norton (chociaż i tak później najlepiej pamięta się właśnie jego trędowatego Baldwina IV). Fanki Orlando Blooma są pewnie jednak w miarę ukontentowane. Ale fakt faktem, naprawdę, z ręką na sercu to mówię, uwielbiam jedną scenę, w której okazuje się, do czego były zdolne wielkie krzyże procesyjne, w sensie – jakich doznań estetycznych mogły dostarczyć. Ten krzyż pod Kerak, wyłaniający się przed armią z pustynnego tła i nagle rozbłyskujący na słońcu…

Ostatecznie jest to Ridley Scott, a jemu z punktu widzenia propagowania średniowieczności należy wiele wybaczać, zwłaszcza w ostatnich latach, po Robin Hoodzie (średnio udanym, ale cennym jako przełamanie konwencji), ale przede wszystkim po zajęciu się produkcją (do spółki z bratem, Tonym) ekranizacji „machin” Kena Folleta - Filarów ziemi i Świata bez końca, o których niebawem, obszerniej i w przypadku pierwszego – niemal wyłącznie z aplauzem.

W tym roku bracia nazwiskiem Scott wyprodukowali poza Światem bez końca pewnego średniowiecznego, dwuczęściowego michałka, który niedawno pokazywał (i chyba nadal pokazuje) Canal +.

Pamiętacie jak około dziesięć lat temu na rynku wprost zaroiło się od powieści z Graalem i/lub templariuszami i/lub heretykami różnych odmian i/lub całunem turyńskim i/lub innymi „pilnie strzeżonymi sekretami chrześcijaństwa” w tle? Książki Dana Browna były tylko szczytem góry lodowej. W 2005 roku światło dzienne ujrzał Labirynt Kate Mosse (nie mylić z Kate Moss).

Książki nie czytałam, a ekranizacja, o której mowa, okazała się rzeczą słabą w sposób prawie rozkoszny, a na pewno zabawny. Po co w ogóle o tym piszę? Bo bądź co bądź – mamy krucjatę! Żeby nie zanudzić się podbijaniem, traceniem i odbijaniem Jerozolimy przypominam, że mamy jeszcze inne dokumentnie spożytkowane przez popkulturę oblicza i kierunki krucjat. Wszak wziąć w obrotny można katarów aka albigensów, na tle przepięknych Pirenejów! Pamiętacie słynne „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich?” legata papieskiego Arnauda Amaury? Toż to o nich przecie. (Notabene – podobno owe słowa w ogóle nie padły – ot, pamięć narodów płata figle.)

Po pierwsze tego, kim albigensi byli ani tego, czym się różnili od pozostałych chrześcijan z filmu się nie dowiecie. Po drugie – jest to jeden z tych obrazków, którego jednym z celów jest uświadomienie widzom, że archeolog / historyk / historyk sztuki (niepotrzebne skreślić, tu zostawiamy archeologa) to najniebezpieczniejszy zawód świata. Zawsze będzie czyhać na was jakieś tajne stowarzyszenie, lubujące się w rytualnych morderstwach, porwaniach, rozjeżdżaniach oponentów dobrymi samochodami etc.. Strach kończyć studia. Po trzecie – jest to opowiastka dziewczyńska, nie mylić z feministyczną. Wszyscy główni bohaterowie są płci pięknej. Największe zaszczyty i największe klęski spadają na panie. Panowie to tylko niewydarzone kukiełki w tle, którymi szargają wichry historii bądź własnej niegodziwości… brr… Panie są tam jednak równie tekturowe i jednowymiarowe jak panowie. Jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry – czytaj – poświęca wszystko dla innych, złości prawie nie zna... Jeśli ktoś jest zły, to jest zły – czytaj -  morduje wszystkich dookoła niczym nakręcona machina i prowadzi się jak rasowa nierządnica. O Boże, jakież to zabawne. I co ten Graal robi i robił z ludźmi, teraz i wtedy! A mamy tutaj sytuację niemal jak z Tajemnicy Prezbitera – równoległą narrację z XIII i XXI wieku. W tle uliczki i mury Carcasonne, co akurat jest zaletą, z kategorii krajoznawczych, ale jednak. Plus John Hurt i Jessica Brown Findlay, znana miłośnikom „kostiumów” z Downton Abbey.

Nie zalecam, chyba, że w ramach ciekawostki. Czy raczej – ciekawości. Sama celem wyrobienia sobie zdania staram się nie gardzić żadnym kinem obleczonym w kostium… No, tylko czasem swojego czasu żałuję. Ale tylko czasem.

Tym, co mnie chyba najbardziej w owym nowiusieńkim i jeszcze pachnącym produkcją obrazie rozbawiło jest… dedykacja. Czyjego nazwiska spodziewacie się, kiedy na końcu bądź na początku filmu pada sakramentalne „pamięci…”?. No ja się nie spodziewałam honorów dla kogoś, kto od ośmiuset lat nie żyje. Nie w filmie z cyklu "lekkie, miłe, kryminalne". Marna ci to pociecha dla Rajmunda Rogera Trencavela, który, jak to w dedykacji owej określono „zginął śmiercią męczeńską” w obronie wolności religii (dodajmy – w wieku lat 24), dostać w prezencie od potomnych owe dzieło. Nieomal zaszczyt. Fanów Harry’ego Pottera spieszę poinformować, że owego przyjaciela katarów, pana na Carcassone zagrał w filmie Tom Felton, dla odmiany w roli chłopięcia krystalicznie dobrego.

Cóż, pokazują się tu różne formy tego, jak się średniowiecze dzisiaj miewa. Jak widać – przynajmniej hrabia Trencavel miewa się wybornie.


Obiecałam tekstylia. I obiecałam płaszcze na zimę.

Bez większych wstępów, bo dobry płaszcz broni się sam. Powiem tylko, że jest to absolutnie jedna z moich ulubionych realizacji „średniowieczności” we współczesnej modzie, mimo, że kompletnie nie do noszenia, ale nie o to chodzi. Wizja spójna, konkretna i na długo zapadająca w pamięć, świeże spojrzenie na inspiracje z kategorii bojowego rynsztunku, trochę heraldyki i jej czystych barw. Jak to często bywa – efekt bardziej futurystyczny niż muzealny. Panowie Viktor&Rolf to konstruktorzy znakomici. Jakkolwiek inspiracje sięgają jednak stuleci nieco późniejszych niż „klasyka krucjat” wieków XI-XIII, były one często wymieniane w recenzjach i opisach kolekcji, stąd pomysł zamieszczenia jej tutaj.

Więc na koniec tego krucjatowego gulaszu – kolekcja Viktor&Rolf Autumn/Winter 2011/2011. W stosownym wyborze.


Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 2; źródło: vogue.it

Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 3; źródło: vogue.it

Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 10; źródło: vogue.it

Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 14; źródło: vogue.it

Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 17; źródło: vogue.it

Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 38; źródło: vogue.it


Viktor&Rolf AW 2011/2012, look 40; źródło: vogue.it