Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2015

Edam z Radameru cz.2: do czego cesarz Maksymilian miał Nosa

No to jestem. Ostatnimi czasy wszechświat robił wszystko, żeby tylko odciągnąć mnie od blogowania. Poświęciłam się walce z rekrutacją na studia doktoranckie (z sukcesem), powrotom do psychodelii i zagadnień okładkowych (też z sukcesem - chyba) oraz licznym próbom sprzedaży jakiegoś obrazu w galerii, w której pracuję (daremnie - zważywszy na to, nie można mnie jednak nazwać Kobietą Sukcesu).

Sama notka, którą niniejszym kładę przed Wasze oczy, powstała już parę tygodni temu (to tylko upiorne wybieranie i wklejanie zdjęć zabiera mi potem tak dużo cennego czasu) - zamieszczam ją tu w niezmienionej formie.



Dzisiaj, w ramach cyklu "Edam z Radameru" (o idei: tutaj) atrakcje zapewnia (i piwo stawia) Maksymilian I Habsburg (1459-1519), z łaski Bożej uświęcony cesarz rzymski, zwany niżej Maksem. Miłej zabawy.

***********************************************************************************



Najbardziej znany portret Maksa: autorstwa Dürera, powstały w roku 1519 - roku śmierci cesarza; Kunsthistorisches Museum Wien
Nasz romans zaczął się nie wiadomo kiedy. 

Są romanse różne; wszyscy je miewamy. Miłości muzyczne, filmowe, sportowe... Jestem skłonna twierdzić, że na każdym poletku naszych zainteresowań uprawiamy odrębne, nie zawsze znowu tak ciche, romanse. 

Jeśli chodzi o historię (i historię sztuki), mogę powiedzieć o sobie jedno: jestem niewierna. Niekoniecznie kochliwa, ale niewierna jak cholera. Ale lubię wracać. Jako ta Lassie. Dlatego niektóre romanse utrzymują się naprawdę długo. To takie zresztą bardziej przyjaźnie niż miłostki. Albo małżeństwa o wysokim stopniu zużycia. W każdym razie, po wielu emocjonujących rejsach w nieznane, po niezbadanych wodach innych epok, innych państw, innych społeczeństw pełnych innych, na swój sposób wspaniałych, mężczyzn i kobiet, dobrze czasem wrócić na stary fotel przed kominkiem (ależ zrobiło się ckliwie), popatrzyć z sympatią na tego, który okupuje mebel naprzeciwko, i stwierdzić: o, stary, nic a nic się przez ten czas nie zmieniłeś.


Dürerowy Maks, wersja rysunkowa, 1518.

Początki romansu zwykle bywają dość wyraźnie uchwytne. "Zaczęło się, kiedy sięgnęłam po książkę taką a taką...". "Ujął mnie tym, jak postąpił w sytuacji takiej a takiej". "Uwielbiam to, że nie znosił małych dzieci, ale kochał kocięta!". Tymczasem ja i Maks - nie wiem, naprawdę nie wiem od kiedy to trwa. Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że musiało się to zacząć jakieś sześć... może siedem lat temu. A może wcześniej? I dlaczego właściwie, dlaczego?

... i jeszcze wersja graficzna; 1518.

Bo nie było tak, że czytając o nim, szczęka mi oklapła (jak to miało miejsce z arcyboskim Machiavellim w gimnazjum). 
Nie ujął mnie cyrkową wręcz brawurą i iście fantazyjną impertynencją (to Jean Lannes, jeden z napoleońskich marszałków). 
Nie przyśnił mi się, jako wyjątkowe ciacho (to Henryk Probus - mówię wam, dziewczyny - też byście się pośliniły). 
Nie wzruszył życiorysem godnym naprawdę dobrej powieści (to Antoine-Jean Gros, jeden z tych, do których wracam jak bumerang).
Udana zrzynka z powyższych, czyli Maks pośmiertny, wersja Lucasa van Leyden; 1520.

No i - rzec prozaiczna - nie powalił aparycją. 
Bądźmy szczerzy - wam też zdarza się na widok dawnych (i to czasem naprawdę dawnych) portretów pomyśleć "ale laska" albo "no ten to przystojny"... 

O co więc chodzi? 
Może trzeba by sprawę ująć tak: dałam się złapać w sidła maksowej charyzmy, która została solidnie podpompowana pięćset lat temu, i najwyraźniej nadal nie straciła wiele na sile swego oddziaływania. 

Bądźmy sprawiedliwi i dodajmy, że nie zrobiono tu czegoś z niczego i że istotnie było co podpompowywać.

Ani młody, ani piękny: Maks wg Joosa van Cleve, 1508 rok - prawdopodobnie powstały w oparciu o wcześniejszy wzierunek, kiedy portretowany faktycznie był jeszcze młody.

Nie znam jego życiorysu na wyrywki. Nie mam na to czasu. Lubię go, ale często jest to lubienie "pomimo" niż "za coś". Acz rozwala mnie to, w jaki sposób potrafił łączyć megalomanię z poczuciem humoru na swój własny temat. Pokazywać pazury, kiedy wszyscy najmniej się tego spodziewali. Jego dziwactwa, które współczesnych doprowadzały do szału (weźmy takich angielskich posłów, których przemowy w czasie audiencji były notorycznie przerywane przez maksowe żartobliwe uwagi na temat gości, kierowane do jego urzędasów - oczywiście po niemiecku; Angole nie rozumieli, dlaczego wszyscy się śmieją, ale wiedzieli, że śmieją się z nich). To, że jego zalety i słabości można stale zamieniać miejscami, w zależności od punktu widzenia. Czy częste zmienianie zdania to zaleta czy wada? Może i czyniła współpracę z Maksem (zwłaszcza na szczeblu międzynarodowym) istnym horrorem, ale czy przez bycie totalnie nieprzewidywalnym nie zwiększał swoich notowań jako Gracz Z Którym Należy Się Liczyć? Nie znoszę tego, w jaki sposób totalnie zmarginalizował swoją żonę numer dwa. Ale wzrusza mnie to, jak długo bolał po śmierci żony numer jeden.

Z małżonką nr 1, Marią Burgundzką; ilustracja (autorstwa Hansa Burgkmaira) z Weisskunig - jednego z dzieł własnych Maksa, ok. 1514-1516.

 Wkurzają jego przechwałki w "autobiografiach". I wiele innych spraw, ale przecież miało być...

Czyżby apetyt nadmiernie dopisywał, mój drogi? Maks utyty; malował Bernhard Strigel, b.d.

... o portretach. 

Wszyscy piszą, że Maks był brzydki, w najlepszym razie charakterystyczny albo specyficzny. Że to ten nos. Dajcie spokój, to nie tylko wina nosa. Spójrzcie na podbródek. Jednak, śmiem twierdzić, miłościwie nam panujący cesarz Maksymilian Pierwszy nie był brzydki tak po prostu. On był brzydki brzydotą majestatyczną. Taką, z którą należy obnosić się co najmniej tak samo, a nawet i bardziej, jak z nadzwyczajną urodą. I wiecie co jest najlepsze? 

Że Maks dokładnie to właśnie robił.

W zbroi czy w cywilu - najsłynniejszy nos epoki widać tak czy siak; Hans Burgkmair, 1508.
Nie wiem, czy to on sam, czy ktoś z jego otoczenia pierwszy zauważył, że na takiej facjacie można zbić nieprzeciętny kapitał. Profil, którego się nie zapomina. Rzymski! Orli nos! Szybko połapano się w cesarskich skojarzeniach, jeszcze lata przed tym, zanim nominalne, maksowe cesarzowanie doszło w ogóle do skutku. Charakterystyczne nosisko zaczęło pojawiać się wszędzie. Na drukach okolicznościowych. W książkach - szczególnie tych autorstwa samego głównego zainteresowanego. Na malarskich portretach. I ich kopiach. I kopiach tych kopii.

Seryjne Maksy Bernharda Strigla (lub jemu przypisywane) z lat 1496-1508. Znajdź dziesięć szczegółów...
Na medalach. Maksy rozpełzły się po świecie niemieckojęzycznym. Gdyby główny zainteresowany pożył dłużej i gdyby nie horrendalnie popularni: Erazm (o którym wcześniej) i Luter (o którym później), można by go uznać za najpopularniejszą gębę epoki. 

Patrzcie i uczcie się wszyscy - tak się zamienia wady w zalety. Coś, w czym ten facet z orlim nochalem był naprawdę świetny.

O piękności! Wielki Łuk Triumfalny Maksa, a zarazem triumf nowego medium - druku; Dürer, Altdorfer, Kölderer i inni, 1515.

Tak Wielki Łuk wygląda w przybliżeniu. Wypatrywanie szczegółów zapewnia rozrywkę na godziny, żeby nie powiedzieć - na dni całe.

Zresztą - pod wieloma względami można go uznać za ojca nowożytnej propagandy wizualnej. Udało mu się wywołać w północnej Europie modę na rzeczy takie jak pochody i łuki triumfalne, znane co prawda w Italii, ale dopiero przez zabójczy mariaż osoby panującego z jego artystami (Dürer, Altdorfer - żeby wymienić najważniejszych) podniesione do rangi elementów niemal obligatoryjnych w obrazowej otoczce każdego panującego.

Fragment jednej z wersji Pochodu Triumfalnego (tu akurat wersja Dürera) - Wielki Wóz cesarza Maksa.

Jeśli macie wątpliwości co do tego, czy bohater dzisiejszego posta faktycznie brał czynny udział w projektowaniu swojego - nie bójmy się tego wyrażenia - wizerunku medialnego, spieszę donieść, że miał on w zwyczaju nadzorować wydania swoich dzieł i innych prac tworzonych ku jego chwale i zadowoleniu - zachowane są m.in. przykłady miniatur wykreślonych zamaszyście ręką własną pana Maksymiliana. Do kwestii swoich podobizn miewał stosunek dość luźny: ironizował, że powinien zatrudniać każdego, nawet najmarniejszego malarzynę, jeśli tylko potrafi on namalować - no zgadnijcie co? Wielkie, orle nosisko.

Tak, to jest jedna z tych osób już dawno w proch obróconych, z którymi naprawdę chciałabym porozmawiać.
Nasz romans zaczął się nie wiadomo kiedy, ale nie sądzę, żebym miała się kiedykolwiek nim znudzić, never ever.

(Na koniec, w kontekście moich obecnych badań, mały bonus: dwa wiersze Hansa Sachsa, szesnastowiecznego niemieckiego poety o cudownym poczuciu humoru - opowieść o Maksie i alchemiku, oraz o Maksie i mistrzu czarnej magii.)

niedziela, 26 lipca 2015

Edam z Radameru cz. 1: wiele twarzy jednego Erazma

Kiedyś, w efekcie śmichów-chichów (Ewelino, pozdrawiam) jakie wynikły w czasie pewnych zajęć na uczelni, powiłam na szybko takie oto graficzne dziecię: 



Dawno, dawno temu, wspominałam wam może o tym, że uwielbiam portrety. Często moja znajomość z takim czy innym, nieżyjącym od setek lat człowiekiem, zaczynała się właśnie od wymiany spojrzeń. Zaintrygowana wykrojem powieki, kształtem brody, sposobem wygięcia kołnierzyka albo nadspodziewaną pulchnością policzków, starałam się dowiedzieć więcej. 

Przypatrywanie się obcym twarzom (choć niektóre z nich stawały się z biegiem czasu bliskie i znajome) jest w ogóle zajęciem dość zabawnym i wesołym. Bawić może wiele - sztucznie napuszona poza, idiotyczny lok nad czołem, podobieństwo do sąsiada albo znanego aktora... Jedno jest niezmienne - wszystkie te wizerunki zdecydowanie wpływają na sposób, w jaki dzisiaj postrzegamy (nie tylko w sensie wizualnym) daną postać. Truizm. Ale niektórzy tylko w ten sposób mają szansę zaistnieć w tym całym after ages. Bo kiedyś zamówili sobie portret, i ten portret jakimś cudem przetrwał. 

Były jednak twarze wszechobecne i to od nich chciałabym zacząć coś, co mam nadzieję stanie się na poły żartobliwym cyklem postów poświęconych portretom osobistości "mojego" okresu, czyli ogólnie rzecz biorąc, XV i XVI wieku. Na pierwszy ogień idzie Erazm z Rotterdamu, którego portrety wydają się czasem stanowić wręcz osobny gatunek. Przede wszystkim jednak wszechobecność własnej twarzy w ówczesnych "mediach" (grafika ulotna i książkowa) stanowiła nie lada problem dla samego portretowanego.

Ach, Erazm. Stara znajomość, w pewnym momencie nawet całkiem zażyła - poświęciłam mu cały, bity rozdział mojego Eposu (znanego gdzie indziej jako praca magisterska), mimo tego mój stosunek do tej przesławnej postaci zawsze pozostaje lekko podszyty ironią, na co pewnie już nic nie poradzę. Owszem, bywa, że mu przyklaskuję i że trzymamy sztamę (np. kiedy opowiada się za reformą, ale nie za reformacją), bywa, że czytając o jego życiowych niepowodzeniach stwierdzam - ot, nic co ludzkie nie jest nam obce (casus mocno dwuznacznych, "romansowych" listów Erazma do kolegi z czasów klasztornych,różnie interpretowanych, ale mimo tych interpretacji ciągle równie mocno dwuznacznych). Bywa też tak (często), że po prostu ręce mi opadają i jakoś nie mogę traktować tego pana do końca serio. Pomijam kwestie typu "bo wielkim myślicielem był" - jeśli siedzę w jakimś okresie odpowiednio długo, zaczynam sobie wyrabiać kompletnie subiektywne, czasami wręcz arbitralne opinie odnośnie wielu różnych ludzi epoki; stają się oni czymś bliższym, niż tylko kilkoma suchymi datami znaczącymi narodziny i zgony. Sympatie i antypatie. Czasem nie podoba mi się czyjś wyraz twarzy na portretach. Czasem razi mnie stosunek do męża lub żony. Sposób załatwiania interesów. Czasem lubię za coś, czasem pomimo czegoś. Często - bez wyraźnych powodów. Mam prawo, nie sądzę, żebym kogokolwiek w ten sposób krzywdziła (zresztą - sami też tak robicie, prawda?). Jednych tak zwyczajnie i po ludzku lubię, innych nie. Erazma ani lubię, ani nie lubię - istnieje też taka możliwość.  W jego przypadku mam ochotę po prostu gromko zakrzyknąć, choć to nic nie zmieni, bo krzyk nie poniesie się pięćset lat wstecz: chłopie - ogarnij się!

Wtedy, kiedy odkładane przez lata pieniądze w głupi sposób traci na kontroli celnej, opuszczając Anglię. Kiedy w młodości tak się maże przed tym kolegą od listów, Servatiusem. Kiedy w niektórych pismach tak się kryguje, po stokroć tłumaczy i mruga oczkiem - że niby on tak, ale z drugiej strony tak... Wtedy, kiedy bywa przewrażliwiony. Wtedy, kiedy kwituje jeden z prezentów od naszego wrocławskiego biskupa, Jana Turzona - futrzaną czapę - komentarzem: ech, niemodne (widać we Wrocławiu się nie znali). Kiedy tak strasznie przejmuje się opiniami innych. Kiedy podejrzewam go o narcyzm. Kiedy tak bardzo przejmuje się swoim wyglądem - co skłania mnie to napisania tej notki.

Zawsze wtedy, coś we mnie krzyczy - Erazm, do licha, ogarnijże się!

Kwestia wyglądu Erazma (zwanego pieszczotliwie Erkiem) interesuje mnie bardzo, bo jako historyka sztuki interesują mnie jego portrety, zwłaszcza w aspekcie - nazwijmy to - proto-celebryctwa. Erazm był jedną z pierwszych osób, których wizerunki trafiły pod strzechy w ilościach naprawdę masowych - wszystko rzecz jasna dzięki popularyzacji druku. Można było mieć Erazma nad łóżkiem. Mógł spoglądać na ciebie, kiedy męczyłeś się nad jakimś łacińskim przekładem. Ciągle tam wisiał, tam, w jadalni, w której popisywałeś się przed współbiesiadnikami znajomością Adagiów. Jego czujne oko szpiegowało cię, kiedy połykałeś jego bestsellery, sprawdzało, czy i w jaki sposób śmiejesz się czytając Pochwałę głupoty.

Co na to sam główny zainteresowany?

Jak pisał Huizinga, w swojej sędziwej już (1924), klasycznej biografii Erazma, do dzisiaj pozostającej często punktem wyjścia różnych erazmiańskich studiów i wycieczek badawczych,

wstydzenie się samego siebie jest przyczyną, dla której nie lubi [on] własnej twarzy i powodem, dla którego - według własnej jego opowieści - jedynie z trudem daje się namówić przyjaciołom na namalowanie swojego portretu. (...) To głębokie poczucie niezadowolenia podsuwa mu też słowa przypisu do własnego portretu: "Lepszy obraz ukażą wam jego pisma"

Oh, dear. Co pozostaje nam zrobić? Sprawdzić, czy rzeczywiście było aż tak źle. Zgromadziłam trochę różnych Erazmów (w żaden sposób nie wyczerpujących tematu) i myślę sobie, że faktycznie. Było. Niejednokrotnie. 

Quentin Massys (Metsys), Erazm z Rotterdamu, 1517; źródło: wga.hu

Tu Erazm wczesny, z 1517 roku. Prezent dla Thomasa More'a, stanowił część dyptyku (po drugiej stronie widniał inny przyjaciel Erazma, Peter Gilles). Mamy tu do czynienia głównie z bardzo, bardzo wyrazistą kością policzkową. Prawie Mads Mikkelsen. Prawie. 


Quentin Massys (Metsys), medal z wizerunkiem Erazma, 1516; źródło: wga.hu

Słynny medal projektu Massysa. Do kompletu biret + mega-kość policzkowa dochodzi jeszcze długi nos. Tu jeszcze całkiem zgrabny, ale poczekajcie...

nieznany artysta flamandzki, medal z wizerunkiem Erazma, 1531; źródło: wga.hu

Tadam! Medal niewątpliwie wzorowany na projekcie Massysa. Z nosem Erazma stało się coś niedobrego. Bardzo niedobrego. 

Albrecht Dürer, Erazm z Rotterdamu, 1520; źródło: wga.hu

A to już Dürer. Chcę mu, podobnie jak w wielu innych przypadkach, ufać. Mamy Erazma w trzech-czwartych, zupełnie wyględnego, choć z solidną, kwadratową szczęką, czego nie widzieliśmy u Massysa. 

Hans Holbein Mł., Portret Erazma z Rotterdamu, 1523; źródło: wga.hu

Szczęka powraca u Holbeina. To chyba mój ulubiony Erazm - ze wzrokiem nieco nieobecnym, ciepłym, "budyniowym" uśmiechem... 

Hans Holbein Młodszy, Portret Erazma z Rotterdamu, 1523; źródło: wga.hu

Kolejny Holbein i tym razem powrót nosa. Erazm poważny, Erazm skupiony. Erazm, jakiego najchętniej wklejano by do podręczników. Erasmus Magnus. Powściągliwy, w pewien sposób surowy. Mam wrażenie, że ktoś chce nam tu zrobić kawał. 

Albrecht Dürer, Erazm z Rotterdamu, 1526; źródło: wga.hu

Dowód na to, że i największym zdarzają się potknięcia. Koszmarek, który zafundował Erazmowi Albrecht Dürer we własnej osobie. Co się stało z twarzą Erazma? Dlaczego przypomina poobijany kartofel z nasadzoną na niego pieczarką (sezon grillowy w pełni, mam skojarzenia szaszłykowe)? Albrechcie, why?! 

Hieronymus Hopfer, Erazm z Rotterdamu; źródło: wikimedia

Sama nie wiem, który gorszy. Jak widać - Erazm nie miał szczęścia do portretów graficznych, a to one były najszerzej rozpowszechniane. Tutaj - inspiracja medalem Messysa, ale jak przetworzona... Wielka, brutalna, chłopska kalafa. Nie mogę tego inaczej określić. 

Lucas Cranach St. (warsztat?), Erazm z Rotterdamu, lata 30-te XVI w.

Ponieważ no fun without Cranach - jest i on. Hm. Nos niebezpiecznie przypomina skocznię narciarską. Chomiczkowate policzki. Podbródek jakby się rozrósł. Do tego sucha, cranachowska kreska i Erazm upodobniony do gryzonia - gotowy. 

Zapytajmy więc sami siebie, drodzy współcześni, czy będąc człowiekiem zakompleksionym na punkcie własnego wyglądu, udałoby nam się nie podłamać, widząc takie cuda? 

Bohater następnego postu, który już teraz zapowiadam, wychodził z założenia, że o ile może, będzie swoje wizerunki kontrolował. Brał w rękę pędzel i przekreślał to, co mu się nie podobało, po czym odsyłał artyście. A że był posiadaczem najsłynniejszego nosa Europy przełomu XV i XVI wieku - miał o co się troszczyć. Nad zalewem gargameli jednak nie zapanował. Wiele z nich pokaże się tutaj - już wkrótce. 

Do zobaczenia.

sobota, 20 czerwca 2015

Święta Naomi, czyli Francesco Vezzoli i Madonny o znanych twarzach

Podobno dobra modelka musi być jednocześnie dobrą aktorką. W pewnym sensie wciela się w postać. Tak w trakcie sesji (ręka do góry, kto pomyślał w tym momencie o sesji egzaminacyjnej, a nie fotograficznej), jak i podczas pokazu, o spotach reklamowych już nie wspominając. 

U Francesco Vezzolego piękne panie (rekrutujące się z grona najbardziej prominentnych apostołek kanonu urody lat 90-tych) wcielają się - trochę siłą, bo zmanipulowane przez artystę - we włoskie Madonny przełomu XV i XVI wieku, tak po prostu. 

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF KIM ALEXIS AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com

Mariaż świata mody ze światem sacrum to oczywiście nic nowego. Sakralnie bywało i na wybiegach (my mieliśmy swojego Arkadiusa, świat swojego Gaultiera) i poza nimi; ogłaszano i "papieży mody" (aktualnie to ponoć Karl) i "męczenników" (w ostatnich latach McQueen), gorzej może ze "świętymi", bo świat mody sam przecież wie, że święty nie jest. Ach, ale to jest właśnie to połączenie najbardziej soczyste, które sama bardzo lubię. Święte i grzesznice! Dwa w jednym! Tak jakby skondensować Marię Magdalenę - nie dzieloną na "przed" i "po", na wszetecznicę (zastanawiam się, co brzmi bardziej pretensjonalnie: "wszetecznica" czy "dziwka"?) i pustelniczkę, tylko jedną, całą, świętą i potępioną na raz.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CHRISTIE BRINKLEY AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com


Nobliwa poprzedniczka: Madonna z dzieciątkiem Giovanniego Belliniego, 1460-64, Museo Correr, Wenecja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CINDY CRAWFORD AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER ANDREA MANTEGNA), 2010; źródło: artsy.net


Andrea Mantegna, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem, 1465-70, Staatliche Museen, Berlin; źródło: wga.hu

Jak te Madonny Vezzolego się uśmiechają... 
Jest w nich coś wulgarnego i naprawdę, to wiem w stu procentach - nie powiesiłabym ich sobie na ścianie. Mdli mnie już po kilku minutach patrzenia, ale przypuszczam, że nudności te uwzględnione były w przemyślnym planie artysty.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF NAOMI CAMPBELL AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER CIMA DA CONEGLIANO), 2010; źródło: artsy.net

Giovanni Cima da Conegliano, Madonna z dzieciątkiem, ok. 1504, Galleria degli Uffizi, Florencja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF TATJANA PATITZ AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER RAFFAELLO), 2010; źródło: artsy.net

Rafael, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Tempi), 1508, Alte Pinakothek, Monachium; źródło: wga.hu

Vezzoli (rocznik '71) lubi - jak to się mówi - zwodzić widza. I lubi też przebijać nadęty balonik z napisem "współczesne media". Zdarzało mu się kręcić trailery-fałszywki, zapowiadające filmy, które nigdy nie powstały i które nigdy powstać nie miały. Po swojemu interpretował galerię gwiazd z Walk of Fame, tworzył reklamy nieistniejących perfum (np. zapachu Greed, który - ehem - reklamowały m.in. Frida Kahlo czy Niki de Saint Phalle), plakaty zapowiadające nieistniejące filmów etc.. Na tym tle jego Madonny nie wydają się być czymś odosobnionym, choć może silniej zaznacza się w ich przypadku mariaż z kiczem, co doskonale łączy się z faktem, że to właśnie renesansowe, włoskie maryjki są jednymi z tych najczęściej reprodukowanych, których nadmiar wzbudza - no właśnie - mdłości. Patrzę na ramy, w które Vezzoli zakuł te swoje świętości i myślę sobie, że tak właśnie wygląda przesyt estetyką pop-sacro, że jest to - przepraszam za wyrażenie - bujny rzyg w kolorze złotym.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF WILHELMINA AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER LEONARDO), 2010; źródło: artsy.net

Leonardo da Vinci, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Litta), ok. 1490-91, Ermitaż, St. Petersburg; źródło: wga.hu

Jakie one piękne, jakie znajome, jakie nieznośne!


Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CLAUDIA SCHIFFER AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER BELLINI), 2010; źródło: artsy.net


wtorek, 5 maja 2015

Średniowieczny maj: rozkład jazdy dla Wrocławia i okolic.



Wiosna nadeszła pełną parą, aż chce się wychodzić na miasto! Abstrahując od innych wiosennych doświadczeń (typu: ogródki piwne) - już nie pamiętam kiedy miałam przed sobą miesiąc tak szczelnie napakowany około-średniowiecznymi atrakcjami. Do współuczestnictwa gorąco zachęcam. Wrocławiocentryzm trzeba niżej podpisanej po prostu wybaczyć.

Po kolei.



Na początek: Śląska rzeźba gotycka ze zbiorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, wystawa czynna do 28 maja.

Jak głosi notka na stronie MNWr: "Po raz pierwszy - po prawie 60-ciu latach - we Wrocławiu pokazane zostaną średniowieczne dzieła sztuki, które Kuria Arcybiskupia we Wrocławiu przekazała w darze Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu."

"Twarzą" wystawy została, widoczna na banerach, jedna z kwater retabulum Wielkiej Świętej Rodziny z kościoła Trzech Króli w Kliczkowie, powstałego w kręgu znanego i lubianego (choć nadal anonimowego) Mistrza Ołtarza z Gościszowic. 

źródło: mnwr.art.pl

Zapowiada się smakowicie. Relacja z wystawy - już wkrótce. 


źródło: wroclaw.pl

Nie wychodzimy z klimatów muzealniczych. Dalej, 16 maja, mamy Noc Muzeów. Gdzie warto pójść trochę pośredniowieczyć?

W Narodowym będzie można obejrzeć wyżej wspomnianą wystawę, a na dodatek, o godz. 19:30, posłuchać wykładu Michała Pieczki W majestacie gotyckiej rzeźby. Idealna okazja dla osób początkujących lub umiarkowanie zorientowanych w temacie, by uzupełnić swoją wiedzę: pokazane i omówione zostaną najpiękniejsze i najcenniejsze przykłady średniowiecznej rzeźby sakralnej: ołtarze, przedstawienia Chrystusa, świętych, Piety i Piękne Madonny.


Muzeum Architektury we Wrocławiu, źródło: ma.wroc.pl

Wcześniej warto podskoczyć do Muzeum Architektury, gdzie od 18:00 można zapoznawać się z historią budynku Muzeum (dla przypomnienia: dawnego, wzniesionego w XV wieku kościoła i klasztoru bernardynów) oraz życiem jego pierwszych mieszkańców. Mnisze jadło! Zioła! (Trunki?) Jeśli jesteście dzieciaci - zabierzcie swoje pociechy na organizowane w godzinach od 18:00 do 21:00 zajęcia plastyczne odbywające się pod hasłem Warsztat Iluminatora. Żałuję, że jestem za stara i w dodatku pozbawiona talentu manualnego
. Oczywiście w międzyczasie można zapoznać się z ekspozycją stałą, w której średniowieczności nie brak. Kto jeszcze nie widział szacownych resztek rzeźby architektonicznej z dawnego opactwa na Ołbinie - niech spieszy bez marudzenia.

Sala Wielka, ratusz wrocławski; źródło: muzeum.miejskie.wroclaw.pl
Ja jednak najbardziej napaliłam się na to, co dziać się będzie w Ratuszu. Trzeba się trochę zabawić. Muzeum Miejskie Wrocławia, oddział Muzeum Sztuki Mieszczańskiej (z siedzibą w Ratuszu właśnie) zaprasza na, cytuję: zabawę w przebieranie w historyczne stroje z różnych epok (!!!). Podobno można będzie zrobić się na księżniczkę (nuda), mieszczanina (no, ostatecznie) albo na rajcę (tak!). Jako że w ostatnim czasie stopień mojego osadzenia we klimatach Wrocławia 1-szej połowy szesnastego wieku zaczyna już osiągać masę krytyczną, chętnie powydurniam się w strojach "współczesnych" moim Trzem Wspaniałym Kanonikom, którymi się obecnie z tak wielkim oddaniem zajmuję... W każdym razie - koniecznie weźcie ze sobą aparaty fotograficzne. Tym bardziej, że w Ratuszu smakowitości jest więcej.

Na koniec trzeba wstąpić do Arsenału aka Muzeum Archeologicznego i Muzeum Militariów. Poza ekspozycją stałą (w tym: Śląsk średniowieczny) zobaczyć będzie można wystawę czasową Zaginione - ocalone. Szczecińska kolekcja starożytności pomorskich. Czeka na nas 217 obiektów, od epoki kamienia do średniowiecza. W tym słynny (nieśredniowieczny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć) bursztynowy misiek ze Słupska, zwany "Żelkiem". 

Jaki on piękny! Figurka niedźwiadka, bursztyn, młodsza epoka kamienia; źródło: muzeum.szczecin.pl
Jeśli nie zdążycie w Noc Muzeów - nic straconego, wystawa będzie czynna do 7 czerwca.

Co dalej? Dajmy oczom odpocząć i otwórzmy uszy.

źródło: okis.pl
Maj z Muzyką Dawną!

Gdzie i kiedy spłynie na nas trochę średniowiecza?
Ja wybieram się:
- 19 maja (wtorek) do Sali Wielkiej Ratusza, gdzie o godz. 19:00 program składający się z utworów średniowiecznych, renesansowych i Bacha zaprezentują uczniowie klasy harfy Państwowej Szkoły Muzycznej I i II Stopnia we Wrocławiu oraz Zespół Muzyki Dawnej „Tiboryus”
- 20 maja (środa) do kościoła św. Piotra i Pawła, gdzie - również o 19:00, również w zakresie średniowieczno-renesansowym (ale już bez Bacha) zabrzmi Zespół Wokalny Piu Mosso

Pełen program dostępny tutaj. Wstęp na wszystkie koncerty jest darmowy!



I wreszcie - konferencja MiŚ-a, czyli mówiąc oficjalnie: IV Interdyscyplinarne Spotkania Mediewistyczne organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Miłośników Średniowiecza Uniwersytetu Wrocławskiego, czyt. moje drogie, zacne koło "macierzyste", którego członkowie od kilku lat dzielnie znoszą moje nieustanne pojawianie-się-i-znikanie, o gadaniu o ciuchach już nawet nie wspominając. Program będzie dostępny lada dzień, w każdym razie (wiem, bom listę referatów już widziała) zapowiada się naprawdę świetnie. W każdym razie - rezerwujcie czas 21 i 22 maja. Tym razem nie zaistniała żadna kolizja terminów (dwie poprzednie edycje musiałam sobie niestety odpuścić), więc moja skromna osoba również będzie się prezentować - nie zgadniecie doprawdy, o czym Mer Niedzielna Mediewistka będzie tym razem odpowiadać...

A na koniec miesiąca - wybywam. W tradycyjnym, doborowym, polsko-niemieckim gronie znanym jako uczestnicy Seminarium Wrocław-Halle-Siegen. Jedziemy do Przesieki, krążyć będziemy po Karkonoszach i Górach Izerskich, a ja jak zwykle wypuszczać się będę na fotograficzne safari. 

Stay tuned!





poniedziałek, 11 listopada 2013

"Smyrnięcia historii": Nicola Samorì i jego malarskie roztapianie przeszłości


Na pewno kojarzycie ten moment. Zwłaszcza ci z was, którzy przeszłością zajmują się znacznie częściej, niż tylko od święta. Mnie dopada on często, mimo to za każdym razem skóra lekko mi cierpnie. Jest w tym coś delikatnie przerażającego. Biorę, powiedzmy, epitafium takie-a-takie (bo aktualnie nadal z epitafiami tańcuję i długo jeszcze tańcować będę), patrzę na podobiznę fundatora, raz grubego, raz chudego, blondyn, brunet, czasem posiwiały, zwykle z tonsurą (bo kanonicy), nosy proste, kluskowate, zakrzywione; no więc patrzę na te ręce złożone, na te oczy wpatrzone i nagle następuje ten moment, w którym pojawia się myśl tak oczywista, że aż mi wstyd, że w ogóle do mnie przyszła. Oczywista oczywistość sprawia, że przez sekundę jest mi jakoś tak dziwnie i niewygodnie.

Matko przenajświętsza, przecież oni istnieli naprawdę.

A więc wdeptujemy w cudze życia, wierząc w to, że są to naprawdę te życia faktycznie przeżyte, a nie tylko nasze niedoskonałe ich projekcje. Mam nagle poczucie, że gołymi rękami babram w jakiejś żywej, krwistej, pulsującej tkance. Wtedy myślę sobie jeszcze, że wszystko to odbywa się na zasadzie "coś za coś": owszem, ja się w was babram, moi drodzy-od-450-lat-nieżywi, ale i wy zabieracie mi pokaźną część żywota. Ha.

To te nagłe "smyrnięcia historii", kiedy przeszłość - tak bardzo, intensywnie przecież martwa i odległa - paradoksalnie wydaje się nagle niesamowicie żywa i prawdziwa, bo przecież, żeby być martwym, trzeba było być kiedyś żywym.

To odczucie nie jest w gruncie rzeczy nieprzyjemne, chociaż trąci rozkładem.

Skąd ten bełkot?
Takie sytuacje przypomniały mi się kiedy oglądałam (niestety, tylko wirtualnie) dzieła, które tworzy Nicola Samorì. Chciałoby się wtrącić tu jakiś banał w rodzaju "artysta podejmuje dialog z dziełami przeszłości". W znakomitej zresztą części są to dzieła malarzy XVII-wiecznych, więc miłośników tego okresu szczególnie mocno zachęcam do bliższego zapoznania się z twórczością Samoriego. Zdarza mu się jednak równie mocno okopać się na gruncie średniowieczno-renesansowym. Inspiracje są przy tym różnorodne, ze wskazaniem co prawda na Italię, zwłaszcza Północ, z Wenecją na czele, chociaż nie bez pewnych ucieczek za Alpy, do miast niemieckich, Nadrenii, ale i dalej na Południe, do Florencji czasów Bronzina. Ale nie tylko. Łowienie potencjalnych odniesień (czasami wręcz cytatów) stanowi w tym przypadku lwią część przyjemności. 
(Materiał porównawczy w wyborze subiektywnym.) 


Nicola Samorì, Pillow, 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Monk, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Vertice, 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, L'Abietto Venerabile, 2011; źródło: nicolasamori.com.

Antonello da Messina, Zwiastowanie, ok. 1476, Galleria Regionale della Sicilia, Palermo.

Antonello da Messina, Salvator Mundi, 1465, National Gallery, Londyn.

Nicola Samorì, Tavola per l'ospite, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Scomparsa in Dio (Apoteosi del Vago), 2011; źródło: nicolasamori.com

Rafael, Elisabetta Gonzaga, ok. 1503, Galleria degli Uffizi, Florencja.


Nicola Samorì, Kazimir, 2010; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, About Africans (gli occhi nel petto), 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Calice, 2013; źródło: nicolasamori.com




Giovanni Bellini, Pieta, 1455, Accademia Carrara, Bergamo

Nicola Samorì, L'Esitazione di Girolamo, 2012; źródło: nicolasamori.com
Leonardo da Vinci, Św. Hieronim, ok. 1480, Pinakoteka Watykańska




Nicola Samorì, Manto minimo, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Leibl, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Vomere, 2013; źródło: nicolasamori.com


Hans Holbein Mł., Martwy Chrystus, 1521, Kunstmuseum, Öffentliche Kunstsammlung, Bazylea.

.

Motywy dawnego malarstwa znikają, rozpadają się, roztapiają, rozpływają. Dzieła Samoriego przypominają trochę jak ślady na piasku, mocno już rozwiane przez wiatr i tylko częściowo czytelne. Zarysy. Szczątki. Odciski. No cóż. Klisze rejestrujące "smyrnięcia historii". 

A jeśli już jesteśmy przy związkach malarstwa dawnego ze sztuką (szeroko rozumianą) współczesną, nie mogę się powstrzymać, żeby nie przedstawić tutaj artystycznego mariażu Piera della Francesca, św. Franciszka i Patti Smith, jak zawsze niezastąpionej.


All the beauty that surrounded him as he walked His nature that was nature itself and I heard him
I heard him speak and the birds sang sweetly
And the wolves licked his feet
But I could not give myself to him
I felt another call from the basilica itself
The call of art, the call of man
And the beauty of the material drew me away

Nie mam nic więcej do dodania.