Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010s. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010s. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2015

Kolonialny offtop: dlaczego wolę Bena Franklina walczącego z demonami od Sama Adamsa z twarzą Bena Barnes'a

Tym przydługim tytułem pozwalam sobie rozpocząć pogadankę, która co prawda średniowiecza i w-n nie dotyczy, ma jednak związek z tym, co tygryski lubią najbardziej, mianowicie kinem kostiumowym. Nie martwcie się zresztą tym, że taki wyjątkowo offtop wywoła tu lawinę czasów minionych różnorakich - w najbliższej przyszłości pisać będę o "Wolf Hall". I wszystko wróci do normy. 

Chciałam jednak na gorąco odnotować parę własnych spostrzeżeń, może nie najwyższej wagi, ale w pewien sposób dla mnie samej nieco zaskakujących. Jak już jakiś czas temu wspominałam - nadrabiam pracowicie zaległości kinowo-telewizyjne w zakresie kostiumówek i tak jakoś wychodzi, że najczęściej oscyluję w granicach osiemnastego i dziewiętnastego wieku. To jest jakiś istny wysyp. Nie przebrnęłam jeszcze przez połowę tego, co sobie zaplanowałam. Wczoraj jednak wcisnęłam w siebie trzy półtoragodzinne odcinki mini-serialu "Sons of Liberty". Rzecz z tego roku, firmowana przez History Channel, która to stacja dała nam m.in. "Wikingów" (o pierwszym sezonie dawno dawno temu pisałam tutaj). Przebiegłe to lisy, panowie i panie z History. Łatwo odnieść wrażenie, że stacja o takiej nazwie nie będzie nam raczej serwować świadomego historical fiction. Wiadomo, jak to jest z tak zwaną historyczną poprawnością, i wiadomo, że jest ona rzeczą nieosiągalną, nie ma co jej zatem w nadmiarze wymagać. Czym innym są jednak pewne odstępstwa od owej poprawności, a czym innym historical fiction - zabawa w "co by było gdyby", czy, co w tym przypadku znajduje szczególne zastosowanie, pisanie historii na nowo, ale tak, żeby zgadzał się wynik. History Channel serwowało nam już różne tego rodzaju sztuczki w przypadku Wikingów, mam jednak wrażenie, że w Sons of Liberty podpucha jest znacznie większa. 


Mamy oto widowisko nadziane "postaciami historycznymi" i "wydarzeniami historycznymi". Cudzysłów jest niezbędny. Rzecz dotyczy początków amerykańskiej rewolucji, więc jeśli zatrzymaliście się na etapie nieśmiertelnego "Patrioty" z Melem Gibsonem w pamiętnej roli (choć są tacy - np. ja - dla których ta przesławna superprodukcja to przede wszystkim Jason Isaacs jako naczelny "zły"), powinniście przyjąć serial ów z pewną uciechą - bo dawno tego nie było. (Prawda jest jednak taka, że owszem, było - m.in. "John Adams" z 2008 - ale jakoś tak mniej hucznie.) Pojawiają się zatem: Samuel i John Adams, Paul Revere, John Hancock, generał Gage oraz - jakżeby inaczej - Ben Franklin, Jurek Washington, w tle parę razy miga Thomas Jefferson... Występuje też "bostońskie picie herbaty", bitwa o Buker Hill i Deklaracja Niepodległości, której fragment jest - o zgrozo - dobitnie odczytywany pod koniec trzeciego odcinka, za akompaniament mając garść wybitnie patetycznych scen typu: żołnierzyna wymahujący flagą, w tle armatnie wybuchy. Kwestią ciekawą pozostaje obsada. Franklin i Washington są podręcznikowi (odpowiednio Dean Norris i Jason O'Mara). John Adams (Henry Thomas) dobrany trafnie, a Paul Revere (Michael Raymond-James) - i dobrany, i zagrany wybornie. Generał Gage na poziomie scenariusza to karykatura - jest możliwie jak najbardziej zły, żeby nikt nie miał wątpliwości. Biedny Marton Csokas, któremu ta wydmuszka przypadła w udziale. W większości pewnie pamiętacie go głównie (a szkoda) jako tolkienowskiego Celeborna (jak ktoś nie pamięta, to niech sobie przypomni słynne "Tell-me-where-is-Gandalf..." w - no wiecie - They're taking the hobbits to Isengard), dla potrzeb tej notki trzeba jednak przywołać udział tego aktora w "Królestwie niebieskim", gdzie wcielał się w Guy'a de Lusignan - tak samo jak filmowy Gage złego, jednowymiarowego, nie szanującego żony itp. itd.. Jakby ta sama rola, tylko szatki inne. Csokas stara się jak może. Poświęcam temu tyle miejsca, bo naprawdę jestem pod wrażeniem, jak stara się przemycić trochę powietrza, tchnąć trochę świeżego oddechu w kreskówkową postać. A jest w tym wszystkim jeszcze jakby na siłę dopchnięty romans (Gage'owi przyprawia się rogi) - bo i romans być musi (tu: Ryan Eggold jako doktor Joseph Warren, chyba pomyślany jako "ten ładny" i "ten szlachetny", których, podobnie jak "tego złego", w żadnej klasycznej kostiumo-fabule zabraknąć nie może).


Mały wtręt w tak zwanym międzyczasie: to nie jest całkowicie zły serial. Przynajmniej do połowy trzeciego odcinka (dopóki patos nie bierze góry), rozpatrując rzecz w kategoriach czysto rozrywkowych, ogląda się to dobrze, momentami - bardzo dobrze. Czuć naprawdę niezły nerw narracji - akcja toczy się wartko, momenty napięcia są odpowiednio dozowane... Czasami ma się jednak wrażenie, że całość powstała jakieś dziesięć, piętnaście lat temu - trąci trochę kostiumową myszką, którą przełamuje m.in. (niestety w sposób nieco żałosny) zupełnie dla mnie niezrozumiałe upodobanie twórców do slow-motion. Gdybym miała jednak wskazać powód, dla którego faktycznie warto przez te cztery i pół godziny przebrnąć, powiedziałabym: Rafe Spall. Przynajmniej jeśli chodzi o kino kostiumowe, zaczynam odnosić wrażenie, że istotnie jest to aktor zdolny uratować imprezę. Z pustego Salomon nie naleje, Rafe - a i owszem. Tu, jako zagubiony, ciaputkowaty, początkowo strasznie naiwny John Hancock absolutnie kradnie show - ile by się koło niego nie kręcił pięknolicy Ben Barnes (o którym zaraz), i tak to on łapie nasze oko (chyba, że jest się niewyczuloną na aktorskie niuanse dwunastolatką). Rafe i talent, i raczej wątpliwą urodę ma po tacie: tym, którzy nie wiedzą/nie skojarzyli, donoszę, że jego ojcem jest Timothy Spall, człowiek, który w kostiumie urobił ręce po pachy (był m.in. Churchillem, Faginem z "Olivera Twista" a ostatnio Williamem Turnerem). Sam Rafe w moim odczuciu uratował filmowe Bractwo Prerafaelitów ("Desperate Romantics") przed utknięciem na aktorskiej mieliźnie, był też naprawdę jedynym w swoim rodzaju Williamem Szekspirem ("Anonimus"). 

Naprawdę trzeba mi wybaczyć kolejne zboczenie z tematu, ale nie mogę przy okazji nie powiedzieć słowa o "Desperate Romantics" - serialu, który jest tak kuriozalny, jak sam jego tytuł. Przede wszystkim - jeśli lubicie/kochacie któregokolwiek z prerafaelitów, a szwankuje u was poczucie humoru: nie oglądajcie tego. Pod żadnym pozorem. Historycy sztuki, nawet ci z poczuciem humoru: oglądajcie na własną odpowiedzialność. W serialątku tym, z roku 2009, chodzi głównie o boje matrymonialne członków Bractwa, które przez jakieś pierwsze dwa odcinki szczerze bawią, problem jednak w tym, że ciągną się w nieskończoność przez cztery kolejne. Oś fabuły stanowią zmagania chłopców z faktem bycia prawiczkiem (naprawdę), lub też - w pojedynczych przypadkach - osobnikiem aseksualnym lub zbytnio rozerotyzowanym. Ha ha, hi hi, hejże hola. Jest nawet trochę gagów. Do tego naprawdę fatalny Aidan Turner (ostatnio słynny jako tytułowy Ross Poldark w innym kostiumie serialowym, nie wspominając już o jego o szalonym występie jako Kili we wszystkich trzech "Hobbitach") jako Dante Gabriel Rossetti, który winien ciągnąć fabułę, a nie pogrążać ją w mule. Pozostali koledzy i koleżanki aktorzy - nie lepsi. Ratują: wspomniany już Spall i - wspaniały jak zawsze - Tom Hollander jako (mocno odbrązowiony) John Ruskin we własnej osobie. Plus Sam Crane jako Fred Walters (postać stworzona na potrzeby serialu - sic!- trochę William Michael Rossetti, trochę Walter Deverell, najbardziej Frederic George Stephens) - wiarygodnie, wręcz wzruszająco ciaputkowaty. Tak czy siak - zalecam ostrożność. I małe dawki. Ja wcisnęłam całość w dwa dni. Był to błąd.

Ale wróćmy do sedna. Czy serial był dobry czy zły w odbiorze - to w tym momencie sprawa drugorzędna. Złapałam się na tym, że najbardziej drażni mnie fakt, iż całość mimo wszystko stara się uchodzić za historycznie poprawną, chociaż sami twórcy przyznali się, że rzecz ma oddawać "ducha" wydarzeń a nie służyć za ilustrację faktów. Krytyka fabuły, jako a-historycznej (miejscami w sposób dość kuriozalny) była ponoć powszechna i miażdżąca. Tak się zastanawiam - czy żeby oddać "ducha" wydarzeń nie można było powołać do życia fikcyjnych postaci i w luźny sposób spleść ich losy z wydarzeniami, które - powiedzmy pompatycznie - zmieniły bieg dziejów? Tak się przecież robi, i w filmie, i w literaturze. Nihil novi. Czy naprawdę potrzebny jest nam Sam Adams (główny bohater serialu) z twarzą Bena Barnes'a, który - abstrahując już od tego, że jak zwykle nie popisuje się bynajmniej zdolnościami aktorskimi (od "Doriana Gray'a" niewiele mu chyba talentu przybyło - mówię to z całą sympatią) - jest w stosunku do historycznego pierwowzoru: a) drastycznie za młody (o jakieś dwadzieścia parę lat), b) zbyt głupi, c) zbyt naiwny, d) zbyt nieokrzesany itp. itd.. Słowem - poza imieniem, z prawdziwym Samuelem Adamsem ma naprawdę niewiele wspólnego. Ponoć można tak wypunktować każdą z postaci o historycznym nazwisku, jakie pojawiają się w "Sons of Liberty". Powstrzymam się - nie jestem w tej materii ekspertem.


Wszystko to ma promować "wiedzę o początkach narodu". Hm. 

W międzyczasie kursowania pomiędzy pełnometrażowymi kostiumami i mini-serialami, oglądam istnego tasiemca (osiemnaście odcinków w drugim sezonie), którego teoretycznie - jako historyk tego i owego - powinnam się wystrzegać; oglądanie grozi mi bowiem zawałem, a w najlepszym razie karnawałem torsji wywołanym nieprawdopodobną ilością pierdół, które twórcom udało się zmieścić w jednym telewizyjnym dziele. Tymczasem oglądam, bawiąc się przednio. I nie, nie dlatego, że coś wyśmiewam. Śmieję się z żartów zamierzonych. Śmieję się, a mój śmiech jest wkalkulowany w sukces tasiemca. 

Z rzeczonej produkcji dowiaduję się, że wszystkie te Washingtony, Frankliny i Jeffersony miały w istocie znacznie większe zmartwienie na głowie, niż kwestię niepodległości Stanów. Otóż stawka toczyła się o być albo nie być całej ludzkości - o to, czy (i kiedy) Apokalipsa zmiecie nas z powierzchni ziemi; o to, jak wiele ciemnych mocy zdoła przeniknąć do naszej szarej rzeczywistości. I - last but not least - jak będą je w stanie wykorzystać Anglicy. Demony jako narzędzie walki z kolonistami? Czemu nie. Wiadomo jednak - masoni potrafią. Problem jest taki, że sprawa walki Dobra i Zła nie ulega łatwo przedawnieniu i przenosi się na czasy nam współczesne. Dlatego mamy tu również motyw podróży w czasie (co nie jest i nigdy nie było łatwe). Mamy też (bardzo swobodną) zabawę motywami wszystkich religii, jakie przyjdą nam do głowy (raz cytujemy Biblię, raz indiańskie zaklęcia, by potem zawalczyć z demoniczną siłą rodem ze starożytnego Dalekiego Wschodu, przy ciągłej obecności starego, dobrego czarownictwa). Słyszymy stukot kopyt koniska, na którym nadciąga Jeździec bez Głowy, a miejscem, w którym całe zło chce wyleźć na powierzchnię naszego świata, jest - tak, tak - Sleepy Hollow.


Oto ja, ze zdumieniem stwierdzam, że wolę cały ten postmodernistyczny bigos, całą tą nieprawdopodobną paplaninę o Apokalipsie, wszystkie skróty i uproszczenia fabuły, w której książki otwierają się zawsze na tej stronie, na której trzeba i gdzie wrota do Czyśćca zamykają się na klucz - tak po prostu. Tu nic nie udaje, nawet przez moment, nawet na mrugnięcie okiem, czegoś, czym nie jest. Jest tylko i wyłącznie rozrywką dla dużych dzieci. Zatem - albo się postarzałam, albo cofnęłam w rozwoju.


W "Sleepy Hollow" (nie porównujcie z filmem Tima Burtona o tym samym tytule, bo to kompletnie inna para kaloszy), mimo jakże poważnej tematyki (zapobieganie Apokalipsie to nie przelewki!) panuje luz, wdzięk i humor. Oczywiście spora to zasługa obsady. Nicole Beharie, jako pani policjant Abbie Mills, która nawet w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach stara się wszystko racjonalizować, z widocznymi, korzystnymi efektami dla misji zapobieżenia ekspansji Zła. Tom Mison (pamiętacie podpitego pana Bingleya z "Lost in Austen"? to on!), jako Ichabod Crane (który z książkową postacią ma niewiele wspólnego; w ogóle całość z dziewiętnastowiecznym opowiadaniem mało co łączy) - very, very British, czasem heros, czasem chodząca nieporadność. Duet nie do pobicia, którego przygody okraszone są mnogością pobocznych wątków, często, prawem kontrastu - zupełnie przyziemnych (dramaty rodzinne są tu na porządku dziennym). Na początku łapałam się za głowę - co ja oglądam?! To bije na głowę nawet Dana Browna! Tak, tyle że Dan też próbował być serio. Tymczasem coraz częściej bywa tak, że tym, czego wymagam od kostiumowych (w tym wypadku - pół na pół, wymiksowanych ze współczesnością) podniet, jest chwila odmóżdżenia. Polecam - tak, tak! - szczególnie tym, którzy na co dzień pracują z historią. Powtarzam to zresztą od początku pisania tego bloga - więc może moje wnioski nie są wcale nowe, tylko odgrzane.

Na marginesie dodam jeszcze, że na szczęście współczesny widz nie musi wybierać wyłącznie między kostiumem pozytywnie odmóżdżającym a średniakiem z irytującymi aspiracjami. Są jeszcze produkcje w których wszystko - lub niemal wszystko - jest na wysokim poziomie. Choć niekoniecznie na wysoki połysk. O tym niebawem.


środa, 19 sierpnia 2015

Dramat tacierzyński, czyli jak Dracula (nie)poradził sobie z ojcostwem

Zanim zaprezentuje się tutaj kolejny odcinek z serii "Edam z Radameru" - mały wtręt filmowy. 

Muszę się przyznać, że po pierwsze - w ciągu ostatnich mniej więcej dwóch lat narobiłam sobie horrendalnych zaległości w zakresie kina kostiumowego i kostiumowopodobnego, po drugie - próbuję to teraz w pocie czoła nadrabiać. Idzie mi chyba całkiem nieźle, refleksjami dotyczącymi tego przeglądu pewnie się wkrótce podzielę - zresztą, nie tylko związanymi z kinem oscylującym tematycznie wokół średniowiecza i w-n. Gościnne występy innych epok: na to też musi być czas i miejsce. 

Nadal, jeśli mnie zapytacie, po co to wszystko w siebie wciskam, nie będę w stanie udzielić sensownej odpowiedzi. Bo przecież nie tylko i nie zawsze dla rozrywki, miłego spędzenia czasu, frajdy? Przyzwyczaiłam się już, że kostiumówki zwykle nie wywracają mi światopoglądu na nice (powiedziałam zwykle)  - w poszukiwaniu filmów poruszających naprawdę głębokie pokłady emocji udaję się zwykle w inne rewiry. No więc po co to teraz? Z zasiedzenia? Z potrzeby trzymania ręki na pulsie, skoro tyle lat się ten puls starało wyczuwać, badać? 

Postanowiłam jednak tym razem jako tako się szanować i dla celów poznawczych nie poświęcać swojego czasu rzeczom, co do których już na wstępie czuję, że jedyne co mogą mi przynieść, to śmierć ze zgrozy i/lub śmiechu. Na liście "rzeczy do nadrobienia" nie znajdują się zatem seriale dla nastolatków, w stosunku do których nawet określenie "historical fiction" wydaje się zaledwie subtelnie muskać istotę rzeczy (może lepiej pasowałby jakiś oksymoron w rodzaju "historical fantasy"?). Nie ma tam również filmowych wariacji na temat znanych i lubianych wydarzeń biblijnych, choćby nie wiem jak bardzo szacowną legitymowałyby się obsadą (sorry, Russell, ale "Noe" nie przejdzie). 

Nadal jednak oglądam niektóre gnioty i gniotki. Na przykład kolejną wariację na temat Draculi, dumnie zatytułowaną "Dracula: Historia nieznana", z roku 2014. Dobry Boże, nie licząc ostatnich dwóch minut filmu, całość rozgrywa się przecież w rzeczywistości pseudo-piętnastowiecznej. W Piętnastym. W moim Piętnastym. To siadłam i obejrzałam (chociaż wiedziałam, że zasadniczo czegokolwiek podobnego Piętnastego nie uświadczę).



Ależ mnie ten film ubawił. Nie zrozumcie mnie źle. Wizualnie to nawet ładne, taki kinowy cukierek. Efekty specjalne, które dają radę, Transylwania, która wygląda jak Śródziemie. Scenariusz mdły jak przysłowiowe flaki. Nie bardzo wiem, po co takie filmy kręcić. Bo przecież nie po to, żeby pokazać "nieznaną" historię pana Vlada Palownika alias Draculi? "Nieznaną" historią byłaby może próba dogrzebania się do - jak to mówią ludzie uczeni, a nawet ci występujący w mediach - faktów autentycznych i zrobienie historycznego (historyzującego) filmidła, bo przecież każda fantastyczna opowiastka na ten temat okazuje się być "nieznana", o ile tylko odbiega od Stokera. A że temat się nas trzyma jak rzep psiego ogona... Nie martwcie się jednak, w odwrocie jest też kolejna wariacja na temat "Frankensteina". 

Złośliwości na bok, wróćmy do meritum. Zatem - po co było to kręcić, poza oczywistymi powodami, takimi jak zarobienie pieniędzy (swoją drogą - ciekawe, czy zarobiono ile chciano; jakoś w to wątpię)? Myślałam nad tym i nagle wymyśliłam. 

To jest film propagandowy, a konkretnie promujący ojcostwo. Film o rozterkach tacierzyństwa.

Okazuje się bowiem, że wszystko, ten wampiryzm, te stulecia udręki, to przez te dzieciaki, moi mili. Wszystko. Mieliśmy już próby wybielania Draculi miłością do kobiety (jak powiada literatura, a potwierdza kino - nie ma takiej zbrodni, której amor do niewiasty by nie zmył), teraz idziemy krok dalej. Pozwólcie, że swoim kulawym, niedorastającym dziejopisom do pięt językiem, opowiem. 

(Uwaga, będą spoilery, ale naprawdę wiele nie stracicie.)



Oto nasz Vlad, czyli tym razem Luke Evans, o którym nie można już powiedzieć, że staje się etatowcem kostiumówek - o nie, on już się nim w zupełności stał, niepostrzeżenie (jego CV zawiera wszystko, od sandałów - "Starcie Tytanów", "Immortals", przez rajtuzy - "Robin Hood" z 2010, po płaszcz i szpadę - "Trzej muszkieterowie"; "Hobbita" już nawet pominę, ale wspomnę za to, że powraca niebawem w kostiumie bajkowym, w "Pięknej i Bestii" mianowicie). Zdążyliśmy zatem zauważyć, że w kostiumach mu wyjątkowo do twarzy. Taki oto Vlad, po przejściu w dziectwie tureckiego szkolenia na maszynkę do zabijania i zyskania sobie sławy Niemożebnie Groźnego Nie Do Pokonania Strasznego Że Ach Wojownika (w tym momencie zastanawiacie się, kto wpadł na pomysł, żeby grał go akurat Luke?), powraca do ojczyzny, pokój zaprowadza, żonę (blondynkę) bierze (etat, etat - Philippa ze "Świata bez końca", czyli Sarah Gadon - bardzo, bardzo topornie tu grająca), szacunek zyskuje, oraz, co najważniejsze - syna płodzi (o zasadzeniu drzewa nic nie wiadomo). 



Syn, z twarzą Rickona Starka z "Gry o tron" (Art Parkinson), lat dziesięć, to dziecko wrażliwe, żeby nie powiedzieć - rozmemłane. Nie wierzycie, że to wyszło z draculowych lędźwi. A może to wina braku tureckiego szkolenia. Oto jednak nadarza się okazja. Turek, za cenę utrzymania pokoju, żąda od naszego Vlada tysiąca młodzianków, coby szkolić ich i rzucić na przedpola Europy, a najlepiej od razu na Wiedeń. W świcie sułtana znajduje się już zresztą sporo takich, przed laty zagarniętych, północnych dzieciaków. Żeby widz mógł ich łatwiej odróżnić od Turków właściwych, Turcy asymilowani są blondynami. Wśród nich - nasz Jakub Gierszał. Naprawdę. Myślałam, że się przywidziałam, ale to naprawdę on! Synek Vlada truchleje ze strachu, że i jego poślą. Co robi tata ("Co powie tata...")? Jedzie do sułtana, bo przecież kiedyś "byli jak bracia". Święta naiwności. My tymczasem spodziewamy się ogoś, kto wreszcie jako ten modelowy piętnastowieczny Turek będzie wyglądał, aż tu nagle objawia nam się nie kto inny, niż Dominic Cooper (Dominic Cooper!) we własnej osobie, mówiący ze śmiesznym akcentem, żeby było bardziej turecko (nie on jeden zresztą takie językowe wygibasy w filmie uskutecznia). 




Mehmed-Dominic ("Księżna", ale chce się dodać, że również "Mamma mia!") nie jest skory do obniżenia liczby wymaganych rekrutów, a w przypływie dobrego humoru nakazuje do nich doliczyć jeszcze draculowego synka. Ot, taki sukinsyn, Schwarz-charakter. Dzieci porywa. Tadam. 

I tu zaczynają się właściwe dramaty i rozpacze tacierzyństwa. 

Żona ma pretensje. Syn się boi, ale stara się zaimponować tacie. Tata myśli, aż wymyśli. W celu ocalenia potomka (bynajmniej nie w celu ocalenia wszystkich przeznaczonych Turkom chłopców - mam wrażenie, że jest to dość dobitnie podkreślane, żeby nikt nie miał wątpliwości) robi m.in. rzeczy takie jak: 
- wdrapywanie się w pełnej zbroi (!) do jaskini na szczycie góry (płaszcz malowniczo mu przy tym powiewa), celem skumania się z tajemniczym wampirem, którym okazuje się być Charles Dance, 
- samodzielne pokonanie hord wrogich żołnierzy, za pomocą pięści i roju nietoperzy,
- przeżywanie mąk i katuszy związanych z niemożnością (moralną, nie logistyczną) wypicia krwi ludzkiej,
- ryzykowanie poparzeń słonecznych,
- konflikt - a jakże! - z przedstawicielem Kościoła (Paul Kaye, czyli pamiętny Thoros z Myr z GoT),
- poświęcenie życia żony (biedna Sarah Gadon, marne jej losy w tych koistumówkach), 
- powołanie do życia (egzystencji?) zgrai wampirów, z którą potem nie wie co zrobić, a która ma wielką chrapkę na jego synalka - bo to jedyny żywy człowiek na przestrzeni wielu mil... 

I tak dalej. Towarzyszą temu ciągłe deklaracje pana Vlada vel D., tłumaczącego się ze swojego nowo nabytego wampiryzmu: "Zrobiłem to dla was. Dla naszego syna". Nasz syn, mój syn - to najczęściej wypowiadane słowa. Samemu dziecku troskliwi rodzice starają się - o ironio - oszczędzić potworności. Matka co rusz woła "Nie patrz!", każe odprowadzać małolata do komnaty, żeby przypadkiem ni kropelki krwi (tak, tak) nie widział. Idź, kochanie, pobaw się, tata w tym czasie rozpruje trochę gardeł, a potem pobawimy się klockami. Po pół godziny człowiek sam ma dzieciaka na tyle dosyć, że gdyby mógł, to by błagał: niechże ten szatański Dominic Cooper już go weźmie, nauczy śmiesznego akcentu, niechże zacznie się coś dziać, niech już zniknie ta mina zatroskanego ojca (Vlad jest wrażliwy i nawet łzę uronić potrafi!), niechże będzie niespodzianka jakaś, niech włos stanie dęba, w końcu to Dracula, heloł! Dziecko na potworności i tak się napatrzy, na nic rodzicielska ochronka. A my wraz z nim. 

A potem wszyscy żyli długo i mniej lub bardziej szczęśliwie. Tak długo, że spotykamy ich w czasach współczesnych (ostatnie dwie minuty) - matko jedyna, czy teraz wszystko musi się kończyć tak, żeby sugerować sequel?! 

Nie jestem fanką wampirzych klimatów. Seriale omijałam. W "Tylko kochankowie przeżyją" najbardziej podobał mi się soundtrack. "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" mnie rozczarowało (choć wizualnie świetne). U Coppoli zawsze uwierał mnie Gary Oldman (może grzeszę). I tak dalej. A tu? Tu, to nawet wampirzego klimatu nie ma. W ogóle, żadnego klimatu, poza oparami tacierzyństwa. Zęby nie wystarczą. 

Ciekawe, kto z piętnastowiecznych stoi jako następny w kolejce do opowiedzenia swojej "historii nieznanej"? Leonardo ma swój serial, Vlad film. Ostatecznie nawet do bólu znani okazują się być nieznani (vide "Wolf Hall" i otoczenie Henryka VIII - acz grzechem to w tym kontekście zestawiać). 

Proponuję np. dzieło sztuki filmowej poświęcone bitwie pod Grunwaldem, którą tak zwani "nasi" wygrywają dzięki temu, że Litwini wzywają na pomoc pogańskie bożki, rozpętujące istne piekło wirujących szyszek, maszerujących sosen i agresywnego igliwia.
Czujecie?

sobota, 20 czerwca 2015

Święta Naomi, czyli Francesco Vezzoli i Madonny o znanych twarzach

Podobno dobra modelka musi być jednocześnie dobrą aktorką. W pewnym sensie wciela się w postać. Tak w trakcie sesji (ręka do góry, kto pomyślał w tym momencie o sesji egzaminacyjnej, a nie fotograficznej), jak i podczas pokazu, o spotach reklamowych już nie wspominając. 

U Francesco Vezzolego piękne panie (rekrutujące się z grona najbardziej prominentnych apostołek kanonu urody lat 90-tych) wcielają się - trochę siłą, bo zmanipulowane przez artystę - we włoskie Madonny przełomu XV i XVI wieku, tak po prostu. 

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF KIM ALEXIS AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com

Mariaż świata mody ze światem sacrum to oczywiście nic nowego. Sakralnie bywało i na wybiegach (my mieliśmy swojego Arkadiusa, świat swojego Gaultiera) i poza nimi; ogłaszano i "papieży mody" (aktualnie to ponoć Karl) i "męczenników" (w ostatnich latach McQueen), gorzej może ze "świętymi", bo świat mody sam przecież wie, że święty nie jest. Ach, ale to jest właśnie to połączenie najbardziej soczyste, które sama bardzo lubię. Święte i grzesznice! Dwa w jednym! Tak jakby skondensować Marię Magdalenę - nie dzieloną na "przed" i "po", na wszetecznicę (zastanawiam się, co brzmi bardziej pretensjonalnie: "wszetecznica" czy "dziwka"?) i pustelniczkę, tylko jedną, całą, świętą i potępioną na raz.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CHRISTIE BRINKLEY AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com


Nobliwa poprzedniczka: Madonna z dzieciątkiem Giovanniego Belliniego, 1460-64, Museo Correr, Wenecja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CINDY CRAWFORD AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER ANDREA MANTEGNA), 2010; źródło: artsy.net


Andrea Mantegna, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem, 1465-70, Staatliche Museen, Berlin; źródło: wga.hu

Jak te Madonny Vezzolego się uśmiechają... 
Jest w nich coś wulgarnego i naprawdę, to wiem w stu procentach - nie powiesiłabym ich sobie na ścianie. Mdli mnie już po kilku minutach patrzenia, ale przypuszczam, że nudności te uwzględnione były w przemyślnym planie artysty.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF NAOMI CAMPBELL AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER CIMA DA CONEGLIANO), 2010; źródło: artsy.net

Giovanni Cima da Conegliano, Madonna z dzieciątkiem, ok. 1504, Galleria degli Uffizi, Florencja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF TATJANA PATITZ AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER RAFFAELLO), 2010; źródło: artsy.net

Rafael, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Tempi), 1508, Alte Pinakothek, Monachium; źródło: wga.hu

Vezzoli (rocznik '71) lubi - jak to się mówi - zwodzić widza. I lubi też przebijać nadęty balonik z napisem "współczesne media". Zdarzało mu się kręcić trailery-fałszywki, zapowiadające filmy, które nigdy nie powstały i które nigdy powstać nie miały. Po swojemu interpretował galerię gwiazd z Walk of Fame, tworzył reklamy nieistniejących perfum (np. zapachu Greed, który - ehem - reklamowały m.in. Frida Kahlo czy Niki de Saint Phalle), plakaty zapowiadające nieistniejące filmów etc.. Na tym tle jego Madonny nie wydają się być czymś odosobnionym, choć może silniej zaznacza się w ich przypadku mariaż z kiczem, co doskonale łączy się z faktem, że to właśnie renesansowe, włoskie maryjki są jednymi z tych najczęściej reprodukowanych, których nadmiar wzbudza - no właśnie - mdłości. Patrzę na ramy, w które Vezzoli zakuł te swoje świętości i myślę sobie, że tak właśnie wygląda przesyt estetyką pop-sacro, że jest to - przepraszam za wyrażenie - bujny rzyg w kolorze złotym.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF WILHELMINA AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER LEONARDO), 2010; źródło: artsy.net

Leonardo da Vinci, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Litta), ok. 1490-91, Ermitaż, St. Petersburg; źródło: wga.hu

Jakie one piękne, jakie znajome, jakie nieznośne!


Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CLAUDIA SCHIFFER AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER BELLINI), 2010; źródło: artsy.net


sobota, 16 maja 2015

IV Interdyscyplinarne Spotkania Mediewistyczne nadchodzą!

Co prawda szykuję się właśnie do ruszenia na fotograficzne łowy w trakcie Nocy Muzeów, ale w głowie ciągle mi pohukuje myśl o MiŚ-owej konferencji. 

To już w nadchodzącym tygodniu! 


Czoła chylę przed koleżanką Eweliną Kowalczyk, która dzielnie ponosi trudy organizacji już kolejnej edycji tego przedsięwzięcia. Niektórzy może pamiętają, że Ewelina pojawiła się tu kiedyś z relacją z wystawy "Europa Jagellonica". Na żywo będzie można ujrzeć i usłyszeć szefową naszego Koła w trakcie XV sesji referatowej konferencji, czyli 22 maja o godz. 17.45.

Niżej podpisana opowie - tradycyjnie o ciuchach ("Zbroja haute couture...") - również w piątek, 22 maja, o godz. 15.30. 

Pełny program do wglądu i pobrania na oficjalnej stronie IKN MiŚ.

wtorek, 5 maja 2015

Średniowieczny maj: rozkład jazdy dla Wrocławia i okolic.



Wiosna nadeszła pełną parą, aż chce się wychodzić na miasto! Abstrahując od innych wiosennych doświadczeń (typu: ogródki piwne) - już nie pamiętam kiedy miałam przed sobą miesiąc tak szczelnie napakowany około-średniowiecznymi atrakcjami. Do współuczestnictwa gorąco zachęcam. Wrocławiocentryzm trzeba niżej podpisanej po prostu wybaczyć.

Po kolei.



Na początek: Śląska rzeźba gotycka ze zbiorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, wystawa czynna do 28 maja.

Jak głosi notka na stronie MNWr: "Po raz pierwszy - po prawie 60-ciu latach - we Wrocławiu pokazane zostaną średniowieczne dzieła sztuki, które Kuria Arcybiskupia we Wrocławiu przekazała w darze Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu."

"Twarzą" wystawy została, widoczna na banerach, jedna z kwater retabulum Wielkiej Świętej Rodziny z kościoła Trzech Króli w Kliczkowie, powstałego w kręgu znanego i lubianego (choć nadal anonimowego) Mistrza Ołtarza z Gościszowic. 

źródło: mnwr.art.pl

Zapowiada się smakowicie. Relacja z wystawy - już wkrótce. 


źródło: wroclaw.pl

Nie wychodzimy z klimatów muzealniczych. Dalej, 16 maja, mamy Noc Muzeów. Gdzie warto pójść trochę pośredniowieczyć?

W Narodowym będzie można obejrzeć wyżej wspomnianą wystawę, a na dodatek, o godz. 19:30, posłuchać wykładu Michała Pieczki W majestacie gotyckiej rzeźby. Idealna okazja dla osób początkujących lub umiarkowanie zorientowanych w temacie, by uzupełnić swoją wiedzę: pokazane i omówione zostaną najpiękniejsze i najcenniejsze przykłady średniowiecznej rzeźby sakralnej: ołtarze, przedstawienia Chrystusa, świętych, Piety i Piękne Madonny.


Muzeum Architektury we Wrocławiu, źródło: ma.wroc.pl

Wcześniej warto podskoczyć do Muzeum Architektury, gdzie od 18:00 można zapoznawać się z historią budynku Muzeum (dla przypomnienia: dawnego, wzniesionego w XV wieku kościoła i klasztoru bernardynów) oraz życiem jego pierwszych mieszkańców. Mnisze jadło! Zioła! (Trunki?) Jeśli jesteście dzieciaci - zabierzcie swoje pociechy na organizowane w godzinach od 18:00 do 21:00 zajęcia plastyczne odbywające się pod hasłem Warsztat Iluminatora. Żałuję, że jestem za stara i w dodatku pozbawiona talentu manualnego
. Oczywiście w międzyczasie można zapoznać się z ekspozycją stałą, w której średniowieczności nie brak. Kto jeszcze nie widział szacownych resztek rzeźby architektonicznej z dawnego opactwa na Ołbinie - niech spieszy bez marudzenia.

Sala Wielka, ratusz wrocławski; źródło: muzeum.miejskie.wroclaw.pl
Ja jednak najbardziej napaliłam się na to, co dziać się będzie w Ratuszu. Trzeba się trochę zabawić. Muzeum Miejskie Wrocławia, oddział Muzeum Sztuki Mieszczańskiej (z siedzibą w Ratuszu właśnie) zaprasza na, cytuję: zabawę w przebieranie w historyczne stroje z różnych epok (!!!). Podobno można będzie zrobić się na księżniczkę (nuda), mieszczanina (no, ostatecznie) albo na rajcę (tak!). Jako że w ostatnim czasie stopień mojego osadzenia we klimatach Wrocławia 1-szej połowy szesnastego wieku zaczyna już osiągać masę krytyczną, chętnie powydurniam się w strojach "współczesnych" moim Trzem Wspaniałym Kanonikom, którymi się obecnie z tak wielkim oddaniem zajmuję... W każdym razie - koniecznie weźcie ze sobą aparaty fotograficzne. Tym bardziej, że w Ratuszu smakowitości jest więcej.

Na koniec trzeba wstąpić do Arsenału aka Muzeum Archeologicznego i Muzeum Militariów. Poza ekspozycją stałą (w tym: Śląsk średniowieczny) zobaczyć będzie można wystawę czasową Zaginione - ocalone. Szczecińska kolekcja starożytności pomorskich. Czeka na nas 217 obiektów, od epoki kamienia do średniowiecza. W tym słynny (nieśredniowieczny, ale nie mogę o nim nie wspomnieć) bursztynowy misiek ze Słupska, zwany "Żelkiem". 

Jaki on piękny! Figurka niedźwiadka, bursztyn, młodsza epoka kamienia; źródło: muzeum.szczecin.pl
Jeśli nie zdążycie w Noc Muzeów - nic straconego, wystawa będzie czynna do 7 czerwca.

Co dalej? Dajmy oczom odpocząć i otwórzmy uszy.

źródło: okis.pl
Maj z Muzyką Dawną!

Gdzie i kiedy spłynie na nas trochę średniowiecza?
Ja wybieram się:
- 19 maja (wtorek) do Sali Wielkiej Ratusza, gdzie o godz. 19:00 program składający się z utworów średniowiecznych, renesansowych i Bacha zaprezentują uczniowie klasy harfy Państwowej Szkoły Muzycznej I i II Stopnia we Wrocławiu oraz Zespół Muzyki Dawnej „Tiboryus”
- 20 maja (środa) do kościoła św. Piotra i Pawła, gdzie - również o 19:00, również w zakresie średniowieczno-renesansowym (ale już bez Bacha) zabrzmi Zespół Wokalny Piu Mosso

Pełen program dostępny tutaj. Wstęp na wszystkie koncerty jest darmowy!



I wreszcie - konferencja MiŚ-a, czyli mówiąc oficjalnie: IV Interdyscyplinarne Spotkania Mediewistyczne organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Miłośników Średniowiecza Uniwersytetu Wrocławskiego, czyt. moje drogie, zacne koło "macierzyste", którego członkowie od kilku lat dzielnie znoszą moje nieustanne pojawianie-się-i-znikanie, o gadaniu o ciuchach już nawet nie wspominając. Program będzie dostępny lada dzień, w każdym razie (wiem, bom listę referatów już widziała) zapowiada się naprawdę świetnie. W każdym razie - rezerwujcie czas 21 i 22 maja. Tym razem nie zaistniała żadna kolizja terminów (dwie poprzednie edycje musiałam sobie niestety odpuścić), więc moja skromna osoba również będzie się prezentować - nie zgadniecie doprawdy, o czym Mer Niedzielna Mediewistka będzie tym razem odpowiadać...

A na koniec miesiąca - wybywam. W tradycyjnym, doborowym, polsko-niemieckim gronie znanym jako uczestnicy Seminarium Wrocław-Halle-Siegen. Jedziemy do Przesieki, krążyć będziemy po Karkonoszach i Górach Izerskich, a ja jak zwykle wypuszczać się będę na fotograficzne safari. 

Stay tuned!





niedziela, 26 kwietnia 2015

Wracała długo (jak Ryszard z krucjaty)



Co można powiedzieć, kiedy wraca się po półtorarocznej przerwie?
W dodatku - z półrocznym poślizgiem w stosunku do terminu, na który się powrót planowało?

Właściwie to miałam już w ogóle się tu nie pojawić. Bo roboty dużo, bo motywacja taka sobie, bo myślami podryfowałam już w trochę inne średniowiecze, bo...
Tymczasem jadąc dzisiaj samochodem z Zielonej Góry do Wrocławia, gdzieś za Środą Śląską (nie wiem, czy te dane mają jakiekolwiek znaczenie, ale odczuwam jakiś kronikarski obowiązek, żeby je podać) naszła mnie nagle taka myśl, że muszę wrócić do blogowania. Teraz. Dzisiaj. W takim wymiarze, w jakim sobie to zaplanowałam kilka miesięcy temu. Bo czemu nie.

No właśnie.
Czemu nie.

Przez cały ten czas milczenia, jedno napawało mnie zdumieniem.
Cisza tu, wiatr hula, a tymczasem - powoli, bo powoli (nie piszę bloga o modzie - mimo wielokrotnych zapędów - ani o wychowywaniu dzieci, ani o nowinkach technologicznych; ot, co) - czytacieli przybywało.
Może więc jednak zbyt głębokie to milczenie?
Kilka razy złapałam się też na mówieniu na głos: o, ale to by pasowało na blogasa! Cóż, najczęściej myślałam jednak o całej tej sprawie po prostu z żalem.

W tak zwanym międzyczasie (jak mawiała moja wychowawczyni w liceum) o interesującym nas czasokresie co nieco pisałam - choć oczywiście w sposób zgoła odmienny od tutaj uprawianego (znacie przecież, drodzy młodzi i starzy naukowcy, ten moment, kiedy przypisy zajmują większą część strony). Uprawiałam trochę turystyki konferencyjnej. Szwędałam się po muzeach. Nie obejrzałam ani jednego filmu z akcją osadzoną w średniowieczu / wczesnych nowożytnych. Poziom papki, którą zaserwowałam sobie na krótko przed porzuceniem bloga, i która była tak niestrawna, że ostatecznie nie byłam nawet w stanie wydusić z siebie recenzji, sprawił, że poczułam nagle - ach, niech to zabrzmi patetycznie! - ciężar wieloletniego zmagania się z materią kostiumówek. Ostatnio jednak do nich wracam. Z oporami, na razie wałkuję wiek XVII i XVIII.

Mediewalizmy w modzie śledziłam. W muzyce - niekoniecznie. Zwłaszcza od momentu, w którym nie dotrwałam do końca ostatniej płyty Fauna: w czasie tego niefortunnego odsłuchu czułam się jak na para-średniowiecznej Eurowizji. Straszne, straszliwe rozczarowanie, oj, straszne.

Poza tym wszystkim wyczyniałam rzecz jasna sto tysięcy innych rzeczy, reorganizowałam sobie żywot, nabyłam najbardziej puchatego psa na świecie (który imię dostał na cześć jednego z modeli Dürera), złapałam kilka bakcyli - ale to tematy na prywatne rozmowy.
Wracając do średniowiecznego meritum: robiłam dużo zdjęć. Tak sądzę.

I kusi mnie, żeby faktycznie - więcej, więcej pokazywać, mniej mówić. Ktoś powie: lenistwo niebożę owionęło. A może raczej większa powściągliwość w słowie (czemu ten wpis wydaje się jednak brutalnie przeczyć)?

Zapraszam więc do zaglądania. Będzie więcej materiałów "terenowych". Więcej humoru, który, jak mam nadzieję, faktycznie okaże się zabawny (specjalna seria sponsorowana przez najsłynniejszego Erazma świata - o tym już wkrótce). Więcej martwych ludzi. No tak, wszyscy, którzy na co dzień zajmujemy się czasami minionymi, chcąc nie chcąc zajmujemy się martwymi ludźmi. Niektórzy jednak bardziej niż inni (w tym, na razie jeszcze, ja). Ci wszyscy od nagrobków, epitafiów, kazań pogrzebowych, kultury funeralnej jako takiej... Ponieważ, jak wiadomo, umarli tańczą, trochę tego tańca pokazać warto.

Na razie, na zachętę, dla zabicia czasu, dla rozpędu, dla uciechy: nieco średniowieczności moim okiem widzianych, z całego tego długiego półtorarocza, trochę w ramach ekspiacji i przede wszystkim - z dedykacją dla tych, którzy faktycznie czekali.

Do rychłego!


Bolonia: widoki na Piazza del Nettuno; fot. Mergia
Bolonia: Opłakiwanie Niccolo dell'Arca, S. Maria della Vita; fot. Mergia
Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia


Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Student rozmarzony... / Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia


Katedra w Magdeburgu
Najsłynniejszy facepalm średniowiecza: jedna z Panien Głupich w katedrze w Magdeburgu; fot. Mergia




Oczki jak paciorki, główki jak makówki; kościół w Burg; fot. Mergia



Bo zawsze jak ją widzę, to muszę zrobić zdjęcie; Madonna ze Skarbimierza, MNWr; fot. Mergia

Gładkie jak... ; Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Mergia

Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 1; Pieta z Lubiąża; MNW; fot. Mergia
Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 2; Piękna Madonna z Wrocławia, MNW, fot. Mergia


poniedziałek, 25 listopada 2013

"Zbroja od Gaultier'a, mozaiki z metką Dolce&Gabbana...": przechodniu przyjdź i posłuchaj.

Najmilejsi moi czytaciele drodzy,

jeśli nie macie jeszcze dość mojego gadania o mediewalizmach i jeszcze srożej brzmiących (uwaga) wczesnonowożytczyznach (żeby nie rzec "early-modernizmach") występujących w modzie współczesnej, ba, jeśli wręcz za tym gadaniem tęsknicie, lub też jeśli po prostu - ach! - macie ochotę sprawdzić, jak mój głos brzmi w naturze (a nie jak wygląda na ekranie) - zapraszam, stawcie się w najbliższy czwartek w Instytucie Historii mojej Alma Mater. Wszelkie szczegóły poniżej (proszę nie zrażać się sformułowaniem "zaprasza wszystkich studentów"). 

Rzecz będzie co prawda miała charakter raczej szkicu niż monumentalnego, monolitycznego, przytłaczającego głębią refleksji wykładu, ale obiecać mogę, że zjawi się trochę fikuśnych michałków, które na blogu się jeszcze nie pojawiły. W programie również jeszcze więcej McQueen'a. Jeszcze więcej Dolce&Gabbana. A także... Tak. Jeszcze więcej printów. 


Oczywiście szczególnie zaprasza się tych, którzy w szereg MiŚ-a chcieliby wstąpić. Wszelkich niezbędnych informacji pod tytułem "co zacz" dostarcza niniejsza stronka. Mediewiści niedzielni są równie mile widziani, co mediewiści wytrawni, powiązani ze średniowieczem licencjatami, magisterkami, pracą zawodową itp. itd.. Zresztą - niżej podpisana sama zalicza się zresztą do tej pierwszej grupy. Tkwienie w szpagacie to moja odwieczna specjalność.

No, to teraz idę odpalić Power Pointa. Wszak rzecz ma być przede wszystkim dla oka.

poniedziałek, 11 listopada 2013

"Smyrnięcia historii": Nicola Samorì i jego malarskie roztapianie przeszłości


Na pewno kojarzycie ten moment. Zwłaszcza ci z was, którzy przeszłością zajmują się znacznie częściej, niż tylko od święta. Mnie dopada on często, mimo to za każdym razem skóra lekko mi cierpnie. Jest w tym coś delikatnie przerażającego. Biorę, powiedzmy, epitafium takie-a-takie (bo aktualnie nadal z epitafiami tańcuję i długo jeszcze tańcować będę), patrzę na podobiznę fundatora, raz grubego, raz chudego, blondyn, brunet, czasem posiwiały, zwykle z tonsurą (bo kanonicy), nosy proste, kluskowate, zakrzywione; no więc patrzę na te ręce złożone, na te oczy wpatrzone i nagle następuje ten moment, w którym pojawia się myśl tak oczywista, że aż mi wstyd, że w ogóle do mnie przyszła. Oczywista oczywistość sprawia, że przez sekundę jest mi jakoś tak dziwnie i niewygodnie.

Matko przenajświętsza, przecież oni istnieli naprawdę.

A więc wdeptujemy w cudze życia, wierząc w to, że są to naprawdę te życia faktycznie przeżyte, a nie tylko nasze niedoskonałe ich projekcje. Mam nagle poczucie, że gołymi rękami babram w jakiejś żywej, krwistej, pulsującej tkance. Wtedy myślę sobie jeszcze, że wszystko to odbywa się na zasadzie "coś za coś": owszem, ja się w was babram, moi drodzy-od-450-lat-nieżywi, ale i wy zabieracie mi pokaźną część żywota. Ha.

To te nagłe "smyrnięcia historii", kiedy przeszłość - tak bardzo, intensywnie przecież martwa i odległa - paradoksalnie wydaje się nagle niesamowicie żywa i prawdziwa, bo przecież, żeby być martwym, trzeba było być kiedyś żywym.

To odczucie nie jest w gruncie rzeczy nieprzyjemne, chociaż trąci rozkładem.

Skąd ten bełkot?
Takie sytuacje przypomniały mi się kiedy oglądałam (niestety, tylko wirtualnie) dzieła, które tworzy Nicola Samorì. Chciałoby się wtrącić tu jakiś banał w rodzaju "artysta podejmuje dialog z dziełami przeszłości". W znakomitej zresztą części są to dzieła malarzy XVII-wiecznych, więc miłośników tego okresu szczególnie mocno zachęcam do bliższego zapoznania się z twórczością Samoriego. Zdarza mu się jednak równie mocno okopać się na gruncie średniowieczno-renesansowym. Inspiracje są przy tym różnorodne, ze wskazaniem co prawda na Italię, zwłaszcza Północ, z Wenecją na czele, chociaż nie bez pewnych ucieczek za Alpy, do miast niemieckich, Nadrenii, ale i dalej na Południe, do Florencji czasów Bronzina. Ale nie tylko. Łowienie potencjalnych odniesień (czasami wręcz cytatów) stanowi w tym przypadku lwią część przyjemności. 
(Materiał porównawczy w wyborze subiektywnym.) 


Nicola Samorì, Pillow, 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Monk, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Vertice, 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, L'Abietto Venerabile, 2011; źródło: nicolasamori.com.

Antonello da Messina, Zwiastowanie, ok. 1476, Galleria Regionale della Sicilia, Palermo.

Antonello da Messina, Salvator Mundi, 1465, National Gallery, Londyn.

Nicola Samorì, Tavola per l'ospite, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Scomparsa in Dio (Apoteosi del Vago), 2011; źródło: nicolasamori.com

Rafael, Elisabetta Gonzaga, ok. 1503, Galleria degli Uffizi, Florencja.


Nicola Samorì, Kazimir, 2010; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, About Africans (gli occhi nel petto), 2013; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Calice, 2013; źródło: nicolasamori.com




Giovanni Bellini, Pieta, 1455, Accademia Carrara, Bergamo

Nicola Samorì, L'Esitazione di Girolamo, 2012; źródło: nicolasamori.com
Leonardo da Vinci, Św. Hieronim, ok. 1480, Pinakoteka Watykańska




Nicola Samorì, Manto minimo, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Leibl, 2011; źródło: nicolasamori.com

Nicola Samorì, Vomere, 2013; źródło: nicolasamori.com


Hans Holbein Mł., Martwy Chrystus, 1521, Kunstmuseum, Öffentliche Kunstsammlung, Bazylea.

.

Motywy dawnego malarstwa znikają, rozpadają się, roztapiają, rozpływają. Dzieła Samoriego przypominają trochę jak ślady na piasku, mocno już rozwiane przez wiatr i tylko częściowo czytelne. Zarysy. Szczątki. Odciski. No cóż. Klisze rejestrujące "smyrnięcia historii". 

A jeśli już jesteśmy przy związkach malarstwa dawnego ze sztuką (szeroko rozumianą) współczesną, nie mogę się powstrzymać, żeby nie przedstawić tutaj artystycznego mariażu Piera della Francesca, św. Franciszka i Patti Smith, jak zawsze niezastąpionej.


All the beauty that surrounded him as he walked His nature that was nature itself and I heard him
I heard him speak and the birds sang sweetly
And the wolves licked his feet
But I could not give myself to him
I felt another call from the basilica itself
The call of art, the call of man
And the beauty of the material drew me away

Nie mam nic więcej do dodania.