Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wikingowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wikingowie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2013

"Vikings": o niespodziewanych najeźdźcach serialowego świata



Budżet: skromny. Obsada: nie wywołująca fandomowej gorączki. Fabuła: prosta i raczej przewidywalna. Historyczna akuratność: luźna. Krwistość: wyjątkowo umiarkowana. Sukces: (przynajmniej za Oceanem) wielki.


źródło: filmweb

W sierpniu wyrwało mi się takie oto westchnienie:
Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Chwała niebiosom, że nie napisałam "nigdy nie udaje się zrobić i dobrze, i tanio". Musiałabym się kajać w stopniu wręcz poniżającym. Tymczasem kajam się tylko trochę.

Do Wikingów zbierałam się długo i z raczej umiarkowanym entuzjazmem. Ostatecznie zadecydowało chyba chwilowe przemęczenie rozlewającym się po ekranach wiekiem XVI-tym, opcjonalnie średniowieczem późnym. Wiek VIII, właściwie jego końcówka, zionął wręcz pewną egzotyką. Jak często napotyka się ten czasokres w filmowej szacie? No właśnie. 

Szybko okazało się, że z telewizyjnymi tuzami spod znaku "trochę-przed-1500-albo-trochę-po" prezentowany tu serial (już jutro debiutujący oficjalnie w Polsce) ma więcej wspólnego, niż można by się tego spodziewać. Jakież to ręce maczały swe twórcze paluchy w tej historii, pełnej ekscytowania się wizją ucztowania w Valhalli i misternie zaplecionych warkoczy? Uwadze osób zwykłych uważniej śledzić filmowe listy płac z pewnością nie umknął fakt, że za scenariuszem kryje się wiekopomna postać na arenie kina kostiumowego, Michael Hirst mianowicie, który w CV ma takie tytuły jak obie Elizabeth (te Elizabeth, Shekhara Kapura, z Cate Blanchett i tak dalej), goszczącą tu przy wielorakich okazjach Dynastię Tudorów, czy wyjątkowo nieudany, ale ciągle kostiumowy Camelot, któremu bądź co bądź nie pomogła obecność Evy Green, a dość niespodziewanie odkurzony weteran filmów przebieranych, jakim bez wątpienia jest Joseph Fiennes, tylko sprawę pogorszył. Słowem jednak - fach i doświadczenie. Za kostiumy odpowiadała Joan Bergin, abstrahując od kina kostiumowego i pozwalając sobie na odrobinę prywaty i rzewnych wspomnień - zaangażowana wieki temu przy takich rarytasach jak Moja lewa stopa czy W imię ojca, a ostatnimi czasy (tu już wracając do znanego i lubianego tematu) pracująca przy... Tudorach i Camelocie. Wiem, jesteście zszokowani. Zapewne jeszcze bardziej zdziwi was fakt (o ile sami z siebie tego nie wiecie), że odpowiedzialny za muzykę Trevor Morris przyłożył swoją kompozytorską rękę m.in. do Rodziny Borgiów, Filarów ziemi (tak, tak), oraz - bogowie, miejcie litość - Dynastii Tudorów. Polecam przeklikać sobie również inne nazwiska z wikingowej listy twórców. Z pewnością nie domyślacie się jeszcze, przy jakich to produkcjach pracował wcześniej naprawdę spory odsetek z nich...


Wikingowie, jakkolwiek ich sukces wydaje się na pierwszy rzut oka nosić pewne znamiona cudu, nie jest jednak jak widać czymś, co objawiło się z głębin jakiejś kompletnej pustki, by w dobie dominacji takich spektakularnych wizji totalnych, jak powracające tu niczym wyjątkowo natrętny bumerang sagi rodzinne Tudorów, Borgiów (o Grze o tron już nawet nie wspominając), pokazać niezbicie, że kameralna produkcja też jest się w stanie obronić. Notabene - dwa ostatnie z wyżej wymienionych tytułów też miewały zresztą swoje finansowe, burzliwe perypetie (ktoś jeszcze pamięta tą palącą niepewność pod tytułem: czy starczy funduszy na godziwe nakręcenie bitwy nad Czarnym Nurtem?). Vikings to zatem taka "kryzysowa narzeczona", z którą można "jakoś przebiedować". Gdyby bieda zawsze tak wyglądała, Robin Hood nie musiałby pewnie zabierać bogatym. Taka bieda cieszy.

Słowem, które natychmiast przyszło mi na myśl po obejrzeniu za ciosem trzech pierwszych odcinków serialu, była "kameralność". Ilość głównych bohaterów zamyka się w liczbie jednocyfrowej. Ilość wątków daje się zliczyć na palcach jednej ręki. Ilość lokalizacji policzyłby nawet średnio rozgarnięty pięciolatek. Fabuła jest w gruncie rzeczy tak prosta, że nie ma co się rozwodzić nad detalami. Z pewnym zdumieniem zauważyłam, że w krążących po Internecie wypowiedziach na temat Wikingów dość często powtarza się określenie, że to "opowieść o władzy". Gdzie tam. Władza jest, być musi, bohaterów trzeba podzielić na tych "po tej" i "po tamtej stronie", chociaż - co jest niewątpliwie zaletą - granica okazuje się być raczej naszkicowana niż namalowana grubaśną krechą. W moim odczuciu najbardziej eksponowanymi w Wikingach wątkami są rodzinne galimatiasy. To jak gdyby ilustracja dwóch popularnych, nieznośnie łopatologicznych powiedzonek, że "rodzina jest najważniejsza" - z jednej strony, z drugiej, że najlepiej wychodzi się z nią na zdjęciu (jakkolwiek idiotycznie brzmi to w wikińskim kontekście). Zwłaszcza, jeśli ma się rodzeństwo. Szczególnie młodszego brata. Umiarkowanie inteligentnego. Umiarkowana inteligencja w połączeniu z absolutnie nieumiarkowaną ambicją już sama w sobie jest dość kłopotliwa, a jeśli do tego wegetuje w cieniu zdobywającego powszechny poklask brata... Uwierzcie mi, moi mili, wyraz "brat" jest jednym z najczęściej używanych słów w tym serialu. Są jeszcze żony. Z całą tą mieszanką lojalności, pretensji, oczekiwań. No i rzecz naturalna - dzieci. Zwłaszcza synowie. Same z nimi problemy. Jeśli są (a bywają krnąbrni). Jeśli ich nie ma - czytaj: nie wiedzieć czemu nagle nie chcą się już rodzić (no jak to możliwe?!). Jeśli byli, ale już ich nie ma. Z tego akurat nie wypada żartować. Nie wiadomo, komu z tym gorzej - temu, kto twierdzi, że zabrali ich ludzie, czy temu, który obwinia bogów. Ci ostatni są oczywiście wspominani często i gęsto. Poza Odynem i jego kompanią jest jeszcze ten, który umarł na Krzyżu. A krzyże są złote, drogocenne, wysadzane kamieniami, praktycznie bezbronne, bo otoczone bandą panikujących facetów w habitach - krótko mówiąc: same proszą się o to, by je zrabować. Tak nachapać można się tylko płynąc na niemal mityczny daleki Zachód, od której to krajoznawczej zachcianki wszystko się w Wikingach zaczyna. Przy okazji przerażonych chrześcijan - sympatyczne zaskoczenie. Spodziewacie się nawróceń? Konwersje są, ale tak niejednoznaczne, że ciężko je nawet za takowe uważać. Puste gesty. W tym wszystkim jeszcze krótki poradnik tego, jak trafić do Valhalli (albo jak sprawić, żeby ktoś, kto zalazł nam za skórę, pod żadnym pozorem do niej nie trafił), dowody na to, że warto uczyć się języków obcych zawsze i wszędzie, bo a nuż wiedza ta sprawi, że wasza przyozdobiona tonsurą głowa przetrwa łupieżczą zawieruchę przytwierdzona bezpiecznie do reszty ciała, nie potoczywszy się po podłodze w bryzgach krwi waszej i waszych kolegów. Krwi zresztą nie ma wcale tak dużo (teaser drugiego sezonu sugeruje, że to akurat ulegnie w najbliższym czasie zmianie), spokojnie zatem można sadzać przed obliczem groźnych wikingów co bardziej wrażliwe istoty. Mogą się jednak one poczuć nieco zdezorientowane, kiedy do głosu dojdą dwie kwestie: kwestia moralności, oraz kwestia "z kim sympatyzować" - dla niektórych widzów ciągle jeszcze nieodłącznie ze sobą splecione. Moralnie kryształowej (ehem, w naszym rozumieniu moralności, cokolwiek to oznacza) postaci w Wikingach praktycznie nie ma (na szczęście!). Są osoby aspirujące, ale jak tak się dobrze przyjrzeć...

Wszystko to zostało zgrabnie uniesione pod względem aktorskim. Zgrabnie, nie "fenomenalnie" czy "powalająco". Podpisuję się pod powszechnie panującym zdaniem, że odtwórca głównej roli, Travis Fimmel (filmowy Ragnar Lothbrok) jest sporym zaskoczeniem, zważywszy na mało imponujący dorobek aktorski (niektórym ciągle kojarzy się głównie z Tarzanem, który mignął na ekranach jakoś w początkach nowego tysiąclecia). Zaskoczeniem owszem, dla mnie jednak niekoniecznie jakimś objawieniem, jak chcą to niektórzy widzieć. Obserwując jego grę miałam czasami wrażenie istnego przeszarżowania (jakie to trudne słowo, to "przeszarżowanie"), wysilenia się trochę nieadekwatnie do własnych aktorskich możliwości. Czasem większa powściągliwość nie zaszkodzi. Poza tym rozstrzał talentów jest w moim odczuciu dość szeroki. Na niektórych patrzy się z niekłamaną przyjemnością (np. Katheryn Winnick jako Lagherta czy Nathan O'Toole jako nastoletni syn Ragnara, Bjorn), niektórzy okazują się wyjątkowo charyzmatyczni (Gustaf Skarsgård - z tych Skarsgård'ów, syn Stellana - serialowy Floki), inni tak bezbarwni, że aż woła to o pomstę do nieba (George Blagden uzbrojony w jedną, jedyną, wyrażającą permanentne zdumienie minę, jako naczelny serialowy chrześcijanin, braciszek Athelstan). No i niespodzianka! Gabriel Byrne we własnej osobie, w roli jarla Haraldsona (czyli jako "ten zły", któremu wszakże zaczyna się z czasem nieco współczuć, choć oczywiście jeśli zwyczajowo kibicujecie "tym złym" - nie będziecie mieć problemu, by kibicować mu od razu). W tym kontekście chyba nie da się nie przypomnieć Księcia Jutlandii, muszę jednak powiedzieć coś jeszcze. Odcień mojej radości na widok tegoż aktora pojmie tylko ten, komu tak jak mnie, pewien wyjątkowo (choć zapewne niezamierzenie) przezabawny film z gatunku płaszcza i szpady, z roku 1998, w sposób nad wyraz perfidny namącił w głowie w dobie dzieciństwa i był jednym z tych obrazów (o zgrozo), które ustawiły biednemu dziecku percepcję kina kostiumowego na lata (obok Robin Hooda z Costnerem i paru innych Braveheartów). Człowiek w żelaznej masce w ogóle miał obsadę godną lepszej sprawy (wszyscy pamiętamy, że Leo di Caprio, że tercet Irons-Malkovich-Depardieu, ale przypatrzcie się dobrze - jest tam nawet młodziusieńki Peter Sarsgaard), no i był tam ten Gabriel jako d'Artagnan już w leciech nieco zaawansowany, i pamiętam, że była to jedyna postać męska w tym filmie (nawet licząc di Caprio razy dwa), która mnie nie denerwowała. Bo był taki lojalny wobec tego króla-idioty (zawsze wolałam - jeśli już - królów-idiotów od królów szlachetnych i prawych). Tak to więc wygląda. Gabriel Byrne po latach widziany w filmie kostiumowym (których bądź co bądź kilka w życiu popełnił) jest jak... hm. Nagłe zjedzenie jakiegoś ulubionego batonika z dzieciństwa, którego już nie produkują. Coś w tym stylu. No, koniec osobistych wynurzeń.

I byłoby tak miło, gdyby nie pewien zgrzyt, dla mnie dość poważny. Trzy ostatnie odcinki pierwszego sezonu Wikingów (a już szczególnie ósmy i dziewiąty) sprawiają wrażenie doklejonych nieco na siłę. Główna nić fabuły zdążyła się wyczerpać, zgrabnie zresztą, chociaż przewidywalnie zakończona. W pakiecie dostajemy jednak jeszcze: popis bojowych uzdolnień Ragnara i jego kolegów, wycieczkę do ichniego miejsca kultu (określiłabym to wręcz mianem "odcinka skansenowego") oraz zmasowane otworzenie fabularnych furtek dla sezonu następnego, co jeszcze jest jako-tako zrozumiałe. Każdy z tych odcinków ogląda się zresztą zupełnie dobrze (ósmy, "skansenowy", chociaż wielu historycznych purystów ponoć niewyobrażalnie oburza, jest w gruncie rzeczy bardzo klimatyczny i wizualnie nęcący, jednak tak kompletnie odrębny od wszystkich innych odcinków, że człowiek naprawdę zastanawia się, czy czegoś wcześniej nie przegapił), zostaje jednak trochę nieprzyjemny posmak niekonsekwencji. 



Kończąc te nieco przydługie wynurzenia (ale w końcu serial to długa forma i należy oddać temu sprawiedliwość): oglądać? Oglądać! Kiedy pierwszy raz dzieliłam się z osobą trzeciąwrażeniami po obejrzeniu większej części sezonu pierwszego (mamo - pozdrawiam!) rzekło mi się coś w rodzaju: powalona nie jestem, ale oglądało mi się bardzo przyjemnie. No i czego chcieć więcej w długie, jesienne wieczory?

czwartek, 16 sierpnia 2012

Horrible Histories, czyli: historia dzieci nie gryzie. Połyka w całości.

Ostatnimi czasy zarzuciłam na moment podczytywanie o nieżyjących od pięciuset lat Niemcach i postanowiłam strzelić sobie prawdziwe wakacje. Włóczę się po lesie, odgrzebałam rower i przez większość czasu oddaję się bynajmniej nie drugoplanowym pasjom muzyczno-odsłuchowym. Szkoda, że olimpiada się skończyła. Jak zatem widać na załączonym obrazku – intelektualizm pełną gębą. Dlatego dzisiaj, wobec absolutnej niemożności nawet najmniejszego wytężenia swojego umysłu, pozwolę sobie zaprezentować coś, co umożliwi mi nie odrywanie się od moich ulubionych ostatnio aktywności – słuchania muzyki i zachowywania się jak dziecko.

Pamiętacie Strrraszne historie? Osobnicy urodzeni w okolicach przełomu lat 80-tych i 90-tych najpewniej tak. Książki, które pozwalały bezkarnie napawać się dowcipem czasem bądź co bądź niewybrednym, historyczne daty, wydarzenia i postacie podając jakby mimochodem i przy okazji. Lało się dużo krwi i było bardzo uciesznie. Co za czasy: z Wallym zwiedzaliśmy świat, z Horrible Histories wsiadaliśmy do wehikułu. No, może to lekka przesada, ale jak to było miło dorwać się do takich eposów jak Ci wredni Rzymianie albo Narwani Normanowie. Ja na swojej półeczce posiadałam tomik wydany w ramach odgałęzienia serii zatytułowanego jakże urokliwie Sławy z krypty. Była to „biografia” Kleopatry i do dzisiaj pamiętam dwie zamieszczone tam rymowanki, które brzmiały mniej więcej tak: „Był raz Rzymianin imieniem Cezar, co go ząb czasu wziął i przeżarł. A ona w pierwszej choć była wiośnie, dzisiaj oddała mu się radośnie” oraz „Daj Julek na wstrzymanie – serce ci bić przestanie! Królowa jeszcze młoda a twego zdrowia szkoda”. Nawet Liz Taylor i Rex Harrison nie mieli takiego poetyckiego zaplecza. Akurat te żarciki wydają się z perspektywy czasu mocno sfatygowane. Na szczęście pod tym samym szyldem pojawiło się zjawisko, które jest w stanie ubawić mnie i dziś.

Rzecz nazywa się identycznie jak seria książek i jest angielskim programem dla dzieci, produkowanym przez BBC od 2009 roku. Podstawowym celem Horrible Histories nie jest bynajmniej ubawianie takich jak ja, tym bardziej uczenie czegokolwiek wapniaków starszych niż dziesięcio- czy jedenastolatkowie. Cóż jednak począć, jeśli czuję się i ubawiona i doedukowana. Naprawdę.  I chyba nie tylko ja. To, że program jest na prawo i lewo nagradzany w kategoriach dziecięcych (BAFTA, a zwłaszcza „specjalistyczne” w tej materii Prix Jeunesse) zdziwienia bynajmniej nie budzi. Ale wygrana w 2010 i 2011 roku British Comedy Award w kategorii Best Sketch Show (jako pierwszy program dziecięcy w ogóle uwzględniony w konkurencji!) każe już się zastanowić nad tym, z czym właściwie mamy do czynienia.

Scenariusz jest oczywiście w znacznej mierze oparty na przesławnej serii książek, pióra Terry’ego Deary. Podobnie jak tam – nikt się z dzieciakami nie cacka i nie owija historii miękkim pluszem. Jak się mordowali – to się mordowali i w Horrible Histories też się mordować będą. Byli niemoralni – to niemoralnymi pozostaną. Oczywiście moralne i fizyczne „okropności” stanowią tylko pewien procent tego, co się tam prezentuje, ale jest to na pewno procent wyróżniający. Wszystko odbywa się zresztą z dużą kulturą i troską o młodego widza. Jedną z podstaw tej troski jest założenie, że dzieciak w żadnym wypadku nie może się nudzić. Historia ma być nie tyle nawet ciekawa. Ma być fajna.

Nie spodziewajmy się oczywiście żartu grubego i kabaretowego szarżowania po bandzie. Ostatecznie chodzi przecież przede wszystkim o zachęcenie dzieci i opowiedzenie im kilku (niekoniecznie strrrrasznych) historii.

Tym, co mnie najbardziej bawi, uczy, śmieszy, tumani a czasem przestrasza, są piosenki. W trakcie czterech sezonów team Horrible Histories zdążył ich wyprodukować około pięćdziesięciu. Jako zbiór przyśpiewek noszą one wiele mówiący tytuł Savage Songs. Poziom dzikości tych „dzikich pieśni” bywa różny, różny też bywa poziom zaserwowanego humoru (a także muzykowania!), bywa (a bywało zwłaszcza na początku) że walor edukacyjny jednak brał górę i postacie historyczne po prostu wyśpiewywały swoje historie, dziarsko przy tym podskakując, gdzieś pomiędzy wplatając jeden albo dwa skromne żarciki. Z czasem jednak nastała era arcydzieł.

Horrible Histories średniowiecze lubią bardzo, a jeszcze większym przywiązaniem darzą wczesną nowożytność – Henryk VIII jest stałym i charakterystycznym bywalcem. Kto jak kto. Uśredniowieczniać można się zresztą nie tylko przez skecze i piosenki – HH to opcja full-service i na swojej stronie internetowej stwarzają możliwość np. wcielenia się w średniowiecznego łucznika, którego celem jest wytłuczenie dziarsko maszerującego pod murami wroga. Spróbowałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak każde moje spotkanie z łukiem (nawet wirtualnym) zawsze kończy się spazmem rozpaczy (serdecznie pozdrawiam w tym momencie moich rodziców, którzy na pewno to czytają i najlepiej wiedzą, co konkretnie mam na myśli). Może z kuszą poszłoby mi lepiej? Ale do rzeczy. Piosenki. Najzabawniejsze w nich jest chyba to, że (wszystkie, nie tylko te o tematyce średniowiecznej) odwołują się do bardzo konkretnych gatunków muzycznych, czasem bezpośrednio do określonych wykonawców, a nawet – poszczególnych ich utworów. Najwyższa pora zaprezentować faworytów.

Na początek – wikingowie. Nie, nie mają hełmów z rogami. W nagraniu swojej rockowej ballady podobno inspirowali się Guns'N'Roses (nie tak chyba znowu dokładnie), Queen (kto doczeka do refrenu ten pojmie) i… Jethro Tull (mnie ewentualnie przychodzi do głowy tylko skojarzenie z fryzurą Ian’a Andersona, ale może nie wniknęłam w sprawę należycie dogłębnie). Ich wzruszający przebój nosi tytuł Literally. Cóż, nikt nie wątpił, że wikingowie lubią dosłowność, prawda? W tekście owego dzieła pojawiają się oczywiście takie słowa klucze jak: kill, burn, drink, tylko rape jakoś nie pada, ale powtórzmy raz jeszcze – to jest rzecz dla dzieci. Ale wikingowie potrafią też wzbić się na wyżyny poezji i śpiewać o kometach przeszywających niebo, owego lata 793. Bryan Adams mógłby nawet napisać jakąś parafrazę swojego Summer of ’69. Summer of 793 nie brzmi źle.

Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam, to się autentycznie ze śmiechu popłakałam. Może po prostu trzeba mi niewiele, może faktycznie coś w tym jest.


 Wielkim moim ulubieńcem jest doskonały w każdym calu Ryszard III, który bierze udział w programie z bardzo konkretnego powodu. Chce bowiem pokazać swoją prawdziwą twarz, jakże odmienną od gęby, którą doczepili mu More i Szekspir. Źródłem wszelkich nieszczęść Rysia jest zatem straszliwa pro-Tudorska propaganda, z którą samotnie musi teraz walczyć. Ryszard jest człowiekiem ciepłym, miłym, puszystym, boi się os i ma lęk wysokości. W ogóle jest nie taki, jakim wykreował go Szekspir. Nie ma garba. Nie kuleje. Ani nie jest w żaden inny sposób fizycznie upośledzony. Uważa się za dobrego (ba, idealnego) męża. Kocha dzieci. Nie, nie zabił trzymanych w Tower bratanków. Swoją drogą, w czasie ostatniej wizyty tamże (a było to już ładnych parę lat temu) przyuważyłam coś w rodzaju „automatu sondażowego” – maszynerię z bodajże trzema przyciskami. Przed naciśnięciem jednego z nich należało zdecydować: co twoim zdaniem przytrafiło się nieszczęsnym książątkom, że tak zniknęli jak kamfora? Droga do automatu wiodła przez jedną czy dwie sale wprowadzające w tematykę i podające za pomocą plansz, filmów i ulotek różne możliwe wersje wydarzeń. Oczywiście jeden z przycisków odpowiadał opcji „zostali zabici przez złego wuja Ryszarda”. Biedaczek – załamałby się na ten widok. Swoją drogą, ciekawe, czy ten automat jeszcze w Tower stoi.

Ryszard śpiewa utwór stylizowany na Better in Time Leony Lewis. Trzeba jeszcze coś dodawać?



Czas na piosenkę pożyteczną, czyli Kings and Queens. Mój absolutny faworyt, bowiem po sobie widzę, że naprawdę działa. Piosenka ta ma nauczyć i dzieciaka i wapniaka zapamiętywać po kolei wszystkich angielskich monarchów. Posłuchajcie, a raz na zawsze znikną Wasze problemy z cyklu „ilu Edwardów pod rząd” i „iloma ich przepleść Henrykami”. Średniowiecze pojawia się tam oczywiście do momentu, ale jako pomysłodawca tego jakże wspaniałego konceptu występuje nie kto inny jak Wilhelm Zdobywca. Przekomiczny. Jak wszyscy. A zwłaszcza królowa Wiktoria.


Spragnionym dalszych, średniowieczno-nowożytnych wrażeń, można jeszcze zalecić: piosenkę Henryka VIII ułatwiającą zapamiętanie (z pokazywaniem!) tego, co się stało z którą żona; wspólny występ Henryka z Elżbietą (w stylu wczesnych, mniej bombastycznych popisów HH, aczkolwiek fakt, że w tekście występuje Simon Cowell jest godny odnotowania); funkujących mnichów; szkockich monarchów w rytmie blues’a; stosunkowo nowe, ale średnio moim zdaniem udane: rodzinę Borgiów w kontekście rodziny Adamsów oraz (trochę lepszą) Marię Tudor śpiewającą a’la Kate Bush. Jest jeszcze absolutnie przezabawny William Wallace (któremu przypomniał się Billy Idol i jego Rebel Yell).

Ja tam z wypiekami czekam na następny sezon.

I nawet nie macie pojęcia, jak bardzo zazdroszczę tym brytyjskim dzieciakom. Gdybym ja za młodu coś takiego na ekranie dostała, to chyba bym z radości dostała zawału i to by dopiero była straszna historia.

PS. Po prostu nie da się nie powiedzieć o kilku naprawdę kapitalnych przebojach odwołujących się już do zupełnie innych momentów w historii. Zaiste dziki ubaw dostarczają piloci RAF-u z songiem na modłę Take That (ze wspaniałym fragmentem tekstu: „Take That… Hitler!”), rozbójnik Dick Turpin opowiadający swoją historię w sposób bardziej niż wyraźnie inspirowany Adamem Antem i klipem do jego „Stand and Deliver” (któremu inspiracji dostarczyli... no cóż - Dick Turpin i jemu pokrewni), Karol II romansujący z „My Name Is” Eminema, kochający spaniele i imprezy ponad miarę przeciętnego śmiertelnika („…I'm the king who brought back partying!”) oraz filozofowie greccy muzykujący na modłę... The Monkees. Dość dosłownie. Wybitnie bawi mnie fakt umieszczenia myślicieli w kontekście zespoliku powołanego jako substytut The Beatles, kiedy tym zachciało się szukać nowych rozwiązań. Polecam, tak, śmak i owak. A już na pewno czytelnikom już dzieciatym.