Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2015

Kolonialny offtop: dlaczego wolę Bena Franklina walczącego z demonami od Sama Adamsa z twarzą Bena Barnes'a

Tym przydługim tytułem pozwalam sobie rozpocząć pogadankę, która co prawda średniowiecza i w-n nie dotyczy, ma jednak związek z tym, co tygryski lubią najbardziej, mianowicie kinem kostiumowym. Nie martwcie się zresztą tym, że taki wyjątkowo offtop wywoła tu lawinę czasów minionych różnorakich - w najbliższej przyszłości pisać będę o "Wolf Hall". I wszystko wróci do normy. 

Chciałam jednak na gorąco odnotować parę własnych spostrzeżeń, może nie najwyższej wagi, ale w pewien sposób dla mnie samej nieco zaskakujących. Jak już jakiś czas temu wspominałam - nadrabiam pracowicie zaległości kinowo-telewizyjne w zakresie kostiumówek i tak jakoś wychodzi, że najczęściej oscyluję w granicach osiemnastego i dziewiętnastego wieku. To jest jakiś istny wysyp. Nie przebrnęłam jeszcze przez połowę tego, co sobie zaplanowałam. Wczoraj jednak wcisnęłam w siebie trzy półtoragodzinne odcinki mini-serialu "Sons of Liberty". Rzecz z tego roku, firmowana przez History Channel, która to stacja dała nam m.in. "Wikingów" (o pierwszym sezonie dawno dawno temu pisałam tutaj). Przebiegłe to lisy, panowie i panie z History. Łatwo odnieść wrażenie, że stacja o takiej nazwie nie będzie nam raczej serwować świadomego historical fiction. Wiadomo, jak to jest z tak zwaną historyczną poprawnością, i wiadomo, że jest ona rzeczą nieosiągalną, nie ma co jej zatem w nadmiarze wymagać. Czym innym są jednak pewne odstępstwa od owej poprawności, a czym innym historical fiction - zabawa w "co by było gdyby", czy, co w tym przypadku znajduje szczególne zastosowanie, pisanie historii na nowo, ale tak, żeby zgadzał się wynik. History Channel serwowało nam już różne tego rodzaju sztuczki w przypadku Wikingów, mam jednak wrażenie, że w Sons of Liberty podpucha jest znacznie większa. 


Mamy oto widowisko nadziane "postaciami historycznymi" i "wydarzeniami historycznymi". Cudzysłów jest niezbędny. Rzecz dotyczy początków amerykańskiej rewolucji, więc jeśli zatrzymaliście się na etapie nieśmiertelnego "Patrioty" z Melem Gibsonem w pamiętnej roli (choć są tacy - np. ja - dla których ta przesławna superprodukcja to przede wszystkim Jason Isaacs jako naczelny "zły"), powinniście przyjąć serial ów z pewną uciechą - bo dawno tego nie było. (Prawda jest jednak taka, że owszem, było - m.in. "John Adams" z 2008 - ale jakoś tak mniej hucznie.) Pojawiają się zatem: Samuel i John Adams, Paul Revere, John Hancock, generał Gage oraz - jakżeby inaczej - Ben Franklin, Jurek Washington, w tle parę razy miga Thomas Jefferson... Występuje też "bostońskie picie herbaty", bitwa o Buker Hill i Deklaracja Niepodległości, której fragment jest - o zgrozo - dobitnie odczytywany pod koniec trzeciego odcinka, za akompaniament mając garść wybitnie patetycznych scen typu: żołnierzyna wymahujący flagą, w tle armatnie wybuchy. Kwestią ciekawą pozostaje obsada. Franklin i Washington są podręcznikowi (odpowiednio Dean Norris i Jason O'Mara). John Adams (Henry Thomas) dobrany trafnie, a Paul Revere (Michael Raymond-James) - i dobrany, i zagrany wybornie. Generał Gage na poziomie scenariusza to karykatura - jest możliwie jak najbardziej zły, żeby nikt nie miał wątpliwości. Biedny Marton Csokas, któremu ta wydmuszka przypadła w udziale. W większości pewnie pamiętacie go głównie (a szkoda) jako tolkienowskiego Celeborna (jak ktoś nie pamięta, to niech sobie przypomni słynne "Tell-me-where-is-Gandalf..." w - no wiecie - They're taking the hobbits to Isengard), dla potrzeb tej notki trzeba jednak przywołać udział tego aktora w "Królestwie niebieskim", gdzie wcielał się w Guy'a de Lusignan - tak samo jak filmowy Gage złego, jednowymiarowego, nie szanującego żony itp. itd.. Jakby ta sama rola, tylko szatki inne. Csokas stara się jak może. Poświęcam temu tyle miejsca, bo naprawdę jestem pod wrażeniem, jak stara się przemycić trochę powietrza, tchnąć trochę świeżego oddechu w kreskówkową postać. A jest w tym wszystkim jeszcze jakby na siłę dopchnięty romans (Gage'owi przyprawia się rogi) - bo i romans być musi (tu: Ryan Eggold jako doktor Joseph Warren, chyba pomyślany jako "ten ładny" i "ten szlachetny", których, podobnie jak "tego złego", w żadnej klasycznej kostiumo-fabule zabraknąć nie może).


Mały wtręt w tak zwanym międzyczasie: to nie jest całkowicie zły serial. Przynajmniej do połowy trzeciego odcinka (dopóki patos nie bierze góry), rozpatrując rzecz w kategoriach czysto rozrywkowych, ogląda się to dobrze, momentami - bardzo dobrze. Czuć naprawdę niezły nerw narracji - akcja toczy się wartko, momenty napięcia są odpowiednio dozowane... Czasami ma się jednak wrażenie, że całość powstała jakieś dziesięć, piętnaście lat temu - trąci trochę kostiumową myszką, którą przełamuje m.in. (niestety w sposób nieco żałosny) zupełnie dla mnie niezrozumiałe upodobanie twórców do slow-motion. Gdybym miała jednak wskazać powód, dla którego faktycznie warto przez te cztery i pół godziny przebrnąć, powiedziałabym: Rafe Spall. Przynajmniej jeśli chodzi o kino kostiumowe, zaczynam odnosić wrażenie, że istotnie jest to aktor zdolny uratować imprezę. Z pustego Salomon nie naleje, Rafe - a i owszem. Tu, jako zagubiony, ciaputkowaty, początkowo strasznie naiwny John Hancock absolutnie kradnie show - ile by się koło niego nie kręcił pięknolicy Ben Barnes (o którym zaraz), i tak to on łapie nasze oko (chyba, że jest się niewyczuloną na aktorskie niuanse dwunastolatką). Rafe i talent, i raczej wątpliwą urodę ma po tacie: tym, którzy nie wiedzą/nie skojarzyli, donoszę, że jego ojcem jest Timothy Spall, człowiek, który w kostiumie urobił ręce po pachy (był m.in. Churchillem, Faginem z "Olivera Twista" a ostatnio Williamem Turnerem). Sam Rafe w moim odczuciu uratował filmowe Bractwo Prerafaelitów ("Desperate Romantics") przed utknięciem na aktorskiej mieliźnie, był też naprawdę jedynym w swoim rodzaju Williamem Szekspirem ("Anonimus"). 

Naprawdę trzeba mi wybaczyć kolejne zboczenie z tematu, ale nie mogę przy okazji nie powiedzieć słowa o "Desperate Romantics" - serialu, który jest tak kuriozalny, jak sam jego tytuł. Przede wszystkim - jeśli lubicie/kochacie któregokolwiek z prerafaelitów, a szwankuje u was poczucie humoru: nie oglądajcie tego. Pod żadnym pozorem. Historycy sztuki, nawet ci z poczuciem humoru: oglądajcie na własną odpowiedzialność. W serialątku tym, z roku 2009, chodzi głównie o boje matrymonialne członków Bractwa, które przez jakieś pierwsze dwa odcinki szczerze bawią, problem jednak w tym, że ciągną się w nieskończoność przez cztery kolejne. Oś fabuły stanowią zmagania chłopców z faktem bycia prawiczkiem (naprawdę), lub też - w pojedynczych przypadkach - osobnikiem aseksualnym lub zbytnio rozerotyzowanym. Ha ha, hi hi, hejże hola. Jest nawet trochę gagów. Do tego naprawdę fatalny Aidan Turner (ostatnio słynny jako tytułowy Ross Poldark w innym kostiumie serialowym, nie wspominając już o jego o szalonym występie jako Kili we wszystkich trzech "Hobbitach") jako Dante Gabriel Rossetti, który winien ciągnąć fabułę, a nie pogrążać ją w mule. Pozostali koledzy i koleżanki aktorzy - nie lepsi. Ratują: wspomniany już Spall i - wspaniały jak zawsze - Tom Hollander jako (mocno odbrązowiony) John Ruskin we własnej osobie. Plus Sam Crane jako Fred Walters (postać stworzona na potrzeby serialu - sic!- trochę William Michael Rossetti, trochę Walter Deverell, najbardziej Frederic George Stephens) - wiarygodnie, wręcz wzruszająco ciaputkowaty. Tak czy siak - zalecam ostrożność. I małe dawki. Ja wcisnęłam całość w dwa dni. Był to błąd.

Ale wróćmy do sedna. Czy serial był dobry czy zły w odbiorze - to w tym momencie sprawa drugorzędna. Złapałam się na tym, że najbardziej drażni mnie fakt, iż całość mimo wszystko stara się uchodzić za historycznie poprawną, chociaż sami twórcy przyznali się, że rzecz ma oddawać "ducha" wydarzeń a nie służyć za ilustrację faktów. Krytyka fabuły, jako a-historycznej (miejscami w sposób dość kuriozalny) była ponoć powszechna i miażdżąca. Tak się zastanawiam - czy żeby oddać "ducha" wydarzeń nie można było powołać do życia fikcyjnych postaci i w luźny sposób spleść ich losy z wydarzeniami, które - powiedzmy pompatycznie - zmieniły bieg dziejów? Tak się przecież robi, i w filmie, i w literaturze. Nihil novi. Czy naprawdę potrzebny jest nam Sam Adams (główny bohater serialu) z twarzą Bena Barnes'a, który - abstrahując już od tego, że jak zwykle nie popisuje się bynajmniej zdolnościami aktorskimi (od "Doriana Gray'a" niewiele mu chyba talentu przybyło - mówię to z całą sympatią) - jest w stosunku do historycznego pierwowzoru: a) drastycznie za młody (o jakieś dwadzieścia parę lat), b) zbyt głupi, c) zbyt naiwny, d) zbyt nieokrzesany itp. itd.. Słowem - poza imieniem, z prawdziwym Samuelem Adamsem ma naprawdę niewiele wspólnego. Ponoć można tak wypunktować każdą z postaci o historycznym nazwisku, jakie pojawiają się w "Sons of Liberty". Powstrzymam się - nie jestem w tej materii ekspertem.


Wszystko to ma promować "wiedzę o początkach narodu". Hm. 

W międzyczasie kursowania pomiędzy pełnometrażowymi kostiumami i mini-serialami, oglądam istnego tasiemca (osiemnaście odcinków w drugim sezonie), którego teoretycznie - jako historyk tego i owego - powinnam się wystrzegać; oglądanie grozi mi bowiem zawałem, a w najlepszym razie karnawałem torsji wywołanym nieprawdopodobną ilością pierdół, które twórcom udało się zmieścić w jednym telewizyjnym dziele. Tymczasem oglądam, bawiąc się przednio. I nie, nie dlatego, że coś wyśmiewam. Śmieję się z żartów zamierzonych. Śmieję się, a mój śmiech jest wkalkulowany w sukces tasiemca. 

Z rzeczonej produkcji dowiaduję się, że wszystkie te Washingtony, Frankliny i Jeffersony miały w istocie znacznie większe zmartwienie na głowie, niż kwestię niepodległości Stanów. Otóż stawka toczyła się o być albo nie być całej ludzkości - o to, czy (i kiedy) Apokalipsa zmiecie nas z powierzchni ziemi; o to, jak wiele ciemnych mocy zdoła przeniknąć do naszej szarej rzeczywistości. I - last but not least - jak będą je w stanie wykorzystać Anglicy. Demony jako narzędzie walki z kolonistami? Czemu nie. Wiadomo jednak - masoni potrafią. Problem jest taki, że sprawa walki Dobra i Zła nie ulega łatwo przedawnieniu i przenosi się na czasy nam współczesne. Dlatego mamy tu również motyw podróży w czasie (co nie jest i nigdy nie było łatwe). Mamy też (bardzo swobodną) zabawę motywami wszystkich religii, jakie przyjdą nam do głowy (raz cytujemy Biblię, raz indiańskie zaklęcia, by potem zawalczyć z demoniczną siłą rodem ze starożytnego Dalekiego Wschodu, przy ciągłej obecności starego, dobrego czarownictwa). Słyszymy stukot kopyt koniska, na którym nadciąga Jeździec bez Głowy, a miejscem, w którym całe zło chce wyleźć na powierzchnię naszego świata, jest - tak, tak - Sleepy Hollow.


Oto ja, ze zdumieniem stwierdzam, że wolę cały ten postmodernistyczny bigos, całą tą nieprawdopodobną paplaninę o Apokalipsie, wszystkie skróty i uproszczenia fabuły, w której książki otwierają się zawsze na tej stronie, na której trzeba i gdzie wrota do Czyśćca zamykają się na klucz - tak po prostu. Tu nic nie udaje, nawet przez moment, nawet na mrugnięcie okiem, czegoś, czym nie jest. Jest tylko i wyłącznie rozrywką dla dużych dzieci. Zatem - albo się postarzałam, albo cofnęłam w rozwoju.


W "Sleepy Hollow" (nie porównujcie z filmem Tima Burtona o tym samym tytule, bo to kompletnie inna para kaloszy), mimo jakże poważnej tematyki (zapobieganie Apokalipsie to nie przelewki!) panuje luz, wdzięk i humor. Oczywiście spora to zasługa obsady. Nicole Beharie, jako pani policjant Abbie Mills, która nawet w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach stara się wszystko racjonalizować, z widocznymi, korzystnymi efektami dla misji zapobieżenia ekspansji Zła. Tom Mison (pamiętacie podpitego pana Bingleya z "Lost in Austen"? to on!), jako Ichabod Crane (który z książkową postacią ma niewiele wspólnego; w ogóle całość z dziewiętnastowiecznym opowiadaniem mało co łączy) - very, very British, czasem heros, czasem chodząca nieporadność. Duet nie do pobicia, którego przygody okraszone są mnogością pobocznych wątków, często, prawem kontrastu - zupełnie przyziemnych (dramaty rodzinne są tu na porządku dziennym). Na początku łapałam się za głowę - co ja oglądam?! To bije na głowę nawet Dana Browna! Tak, tyle że Dan też próbował być serio. Tymczasem coraz częściej bywa tak, że tym, czego wymagam od kostiumowych (w tym wypadku - pół na pół, wymiksowanych ze współczesnością) podniet, jest chwila odmóżdżenia. Polecam - tak, tak! - szczególnie tym, którzy na co dzień pracują z historią. Powtarzam to zresztą od początku pisania tego bloga - więc może moje wnioski nie są wcale nowe, tylko odgrzane.

Na marginesie dodam jeszcze, że na szczęście współczesny widz nie musi wybierać wyłącznie między kostiumem pozytywnie odmóżdżającym a średniakiem z irytującymi aspiracjami. Są jeszcze produkcje w których wszystko - lub niemal wszystko - jest na wysokim poziomie. Choć niekoniecznie na wysoki połysk. O tym niebawem.


środa, 19 sierpnia 2015

Dramat tacierzyński, czyli jak Dracula (nie)poradził sobie z ojcostwem

Zanim zaprezentuje się tutaj kolejny odcinek z serii "Edam z Radameru" - mały wtręt filmowy. 

Muszę się przyznać, że po pierwsze - w ciągu ostatnich mniej więcej dwóch lat narobiłam sobie horrendalnych zaległości w zakresie kina kostiumowego i kostiumowopodobnego, po drugie - próbuję to teraz w pocie czoła nadrabiać. Idzie mi chyba całkiem nieźle, refleksjami dotyczącymi tego przeglądu pewnie się wkrótce podzielę - zresztą, nie tylko związanymi z kinem oscylującym tematycznie wokół średniowiecza i w-n. Gościnne występy innych epok: na to też musi być czas i miejsce. 

Nadal, jeśli mnie zapytacie, po co to wszystko w siebie wciskam, nie będę w stanie udzielić sensownej odpowiedzi. Bo przecież nie tylko i nie zawsze dla rozrywki, miłego spędzenia czasu, frajdy? Przyzwyczaiłam się już, że kostiumówki zwykle nie wywracają mi światopoglądu na nice (powiedziałam zwykle)  - w poszukiwaniu filmów poruszających naprawdę głębokie pokłady emocji udaję się zwykle w inne rewiry. No więc po co to teraz? Z zasiedzenia? Z potrzeby trzymania ręki na pulsie, skoro tyle lat się ten puls starało wyczuwać, badać? 

Postanowiłam jednak tym razem jako tako się szanować i dla celów poznawczych nie poświęcać swojego czasu rzeczom, co do których już na wstępie czuję, że jedyne co mogą mi przynieść, to śmierć ze zgrozy i/lub śmiechu. Na liście "rzeczy do nadrobienia" nie znajdują się zatem seriale dla nastolatków, w stosunku do których nawet określenie "historical fiction" wydaje się zaledwie subtelnie muskać istotę rzeczy (może lepiej pasowałby jakiś oksymoron w rodzaju "historical fantasy"?). Nie ma tam również filmowych wariacji na temat znanych i lubianych wydarzeń biblijnych, choćby nie wiem jak bardzo szacowną legitymowałyby się obsadą (sorry, Russell, ale "Noe" nie przejdzie). 

Nadal jednak oglądam niektóre gnioty i gniotki. Na przykład kolejną wariację na temat Draculi, dumnie zatytułowaną "Dracula: Historia nieznana", z roku 2014. Dobry Boże, nie licząc ostatnich dwóch minut filmu, całość rozgrywa się przecież w rzeczywistości pseudo-piętnastowiecznej. W Piętnastym. W moim Piętnastym. To siadłam i obejrzałam (chociaż wiedziałam, że zasadniczo czegokolwiek podobnego Piętnastego nie uświadczę).



Ależ mnie ten film ubawił. Nie zrozumcie mnie źle. Wizualnie to nawet ładne, taki kinowy cukierek. Efekty specjalne, które dają radę, Transylwania, która wygląda jak Śródziemie. Scenariusz mdły jak przysłowiowe flaki. Nie bardzo wiem, po co takie filmy kręcić. Bo przecież nie po to, żeby pokazać "nieznaną" historię pana Vlada Palownika alias Draculi? "Nieznaną" historią byłaby może próba dogrzebania się do - jak to mówią ludzie uczeni, a nawet ci występujący w mediach - faktów autentycznych i zrobienie historycznego (historyzującego) filmidła, bo przecież każda fantastyczna opowiastka na ten temat okazuje się być "nieznana", o ile tylko odbiega od Stokera. A że temat się nas trzyma jak rzep psiego ogona... Nie martwcie się jednak, w odwrocie jest też kolejna wariacja na temat "Frankensteina". 

Złośliwości na bok, wróćmy do meritum. Zatem - po co było to kręcić, poza oczywistymi powodami, takimi jak zarobienie pieniędzy (swoją drogą - ciekawe, czy zarobiono ile chciano; jakoś w to wątpię)? Myślałam nad tym i nagle wymyśliłam. 

To jest film propagandowy, a konkretnie promujący ojcostwo. Film o rozterkach tacierzyństwa.

Okazuje się bowiem, że wszystko, ten wampiryzm, te stulecia udręki, to przez te dzieciaki, moi mili. Wszystko. Mieliśmy już próby wybielania Draculi miłością do kobiety (jak powiada literatura, a potwierdza kino - nie ma takiej zbrodni, której amor do niewiasty by nie zmył), teraz idziemy krok dalej. Pozwólcie, że swoim kulawym, niedorastającym dziejopisom do pięt językiem, opowiem. 

(Uwaga, będą spoilery, ale naprawdę wiele nie stracicie.)



Oto nasz Vlad, czyli tym razem Luke Evans, o którym nie można już powiedzieć, że staje się etatowcem kostiumówek - o nie, on już się nim w zupełności stał, niepostrzeżenie (jego CV zawiera wszystko, od sandałów - "Starcie Tytanów", "Immortals", przez rajtuzy - "Robin Hood" z 2010, po płaszcz i szpadę - "Trzej muszkieterowie"; "Hobbita" już nawet pominę, ale wspomnę za to, że powraca niebawem w kostiumie bajkowym, w "Pięknej i Bestii" mianowicie). Zdążyliśmy zatem zauważyć, że w kostiumach mu wyjątkowo do twarzy. Taki oto Vlad, po przejściu w dziectwie tureckiego szkolenia na maszynkę do zabijania i zyskania sobie sławy Niemożebnie Groźnego Nie Do Pokonania Strasznego Że Ach Wojownika (w tym momencie zastanawiacie się, kto wpadł na pomysł, żeby grał go akurat Luke?), powraca do ojczyzny, pokój zaprowadza, żonę (blondynkę) bierze (etat, etat - Philippa ze "Świata bez końca", czyli Sarah Gadon - bardzo, bardzo topornie tu grająca), szacunek zyskuje, oraz, co najważniejsze - syna płodzi (o zasadzeniu drzewa nic nie wiadomo). 



Syn, z twarzą Rickona Starka z "Gry o tron" (Art Parkinson), lat dziesięć, to dziecko wrażliwe, żeby nie powiedzieć - rozmemłane. Nie wierzycie, że to wyszło z draculowych lędźwi. A może to wina braku tureckiego szkolenia. Oto jednak nadarza się okazja. Turek, za cenę utrzymania pokoju, żąda od naszego Vlada tysiąca młodzianków, coby szkolić ich i rzucić na przedpola Europy, a najlepiej od razu na Wiedeń. W świcie sułtana znajduje się już zresztą sporo takich, przed laty zagarniętych, północnych dzieciaków. Żeby widz mógł ich łatwiej odróżnić od Turków właściwych, Turcy asymilowani są blondynami. Wśród nich - nasz Jakub Gierszał. Naprawdę. Myślałam, że się przywidziałam, ale to naprawdę on! Synek Vlada truchleje ze strachu, że i jego poślą. Co robi tata ("Co powie tata...")? Jedzie do sułtana, bo przecież kiedyś "byli jak bracia". Święta naiwności. My tymczasem spodziewamy się ogoś, kto wreszcie jako ten modelowy piętnastowieczny Turek będzie wyglądał, aż tu nagle objawia nam się nie kto inny, niż Dominic Cooper (Dominic Cooper!) we własnej osobie, mówiący ze śmiesznym akcentem, żeby było bardziej turecko (nie on jeden zresztą takie językowe wygibasy w filmie uskutecznia). 




Mehmed-Dominic ("Księżna", ale chce się dodać, że również "Mamma mia!") nie jest skory do obniżenia liczby wymaganych rekrutów, a w przypływie dobrego humoru nakazuje do nich doliczyć jeszcze draculowego synka. Ot, taki sukinsyn, Schwarz-charakter. Dzieci porywa. Tadam. 

I tu zaczynają się właściwe dramaty i rozpacze tacierzyństwa. 

Żona ma pretensje. Syn się boi, ale stara się zaimponować tacie. Tata myśli, aż wymyśli. W celu ocalenia potomka (bynajmniej nie w celu ocalenia wszystkich przeznaczonych Turkom chłopców - mam wrażenie, że jest to dość dobitnie podkreślane, żeby nikt nie miał wątpliwości) robi m.in. rzeczy takie jak: 
- wdrapywanie się w pełnej zbroi (!) do jaskini na szczycie góry (płaszcz malowniczo mu przy tym powiewa), celem skumania się z tajemniczym wampirem, którym okazuje się być Charles Dance, 
- samodzielne pokonanie hord wrogich żołnierzy, za pomocą pięści i roju nietoperzy,
- przeżywanie mąk i katuszy związanych z niemożnością (moralną, nie logistyczną) wypicia krwi ludzkiej,
- ryzykowanie poparzeń słonecznych,
- konflikt - a jakże! - z przedstawicielem Kościoła (Paul Kaye, czyli pamiętny Thoros z Myr z GoT),
- poświęcenie życia żony (biedna Sarah Gadon, marne jej losy w tych koistumówkach), 
- powołanie do życia (egzystencji?) zgrai wampirów, z którą potem nie wie co zrobić, a która ma wielką chrapkę na jego synalka - bo to jedyny żywy człowiek na przestrzeni wielu mil... 

I tak dalej. Towarzyszą temu ciągłe deklaracje pana Vlada vel D., tłumaczącego się ze swojego nowo nabytego wampiryzmu: "Zrobiłem to dla was. Dla naszego syna". Nasz syn, mój syn - to najczęściej wypowiadane słowa. Samemu dziecku troskliwi rodzice starają się - o ironio - oszczędzić potworności. Matka co rusz woła "Nie patrz!", każe odprowadzać małolata do komnaty, żeby przypadkiem ni kropelki krwi (tak, tak) nie widział. Idź, kochanie, pobaw się, tata w tym czasie rozpruje trochę gardeł, a potem pobawimy się klockami. Po pół godziny człowiek sam ma dzieciaka na tyle dosyć, że gdyby mógł, to by błagał: niechże ten szatański Dominic Cooper już go weźmie, nauczy śmiesznego akcentu, niechże zacznie się coś dziać, niech już zniknie ta mina zatroskanego ojca (Vlad jest wrażliwy i nawet łzę uronić potrafi!), niechże będzie niespodzianka jakaś, niech włos stanie dęba, w końcu to Dracula, heloł! Dziecko na potworności i tak się napatrzy, na nic rodzicielska ochronka. A my wraz z nim. 

A potem wszyscy żyli długo i mniej lub bardziej szczęśliwie. Tak długo, że spotykamy ich w czasach współczesnych (ostatnie dwie minuty) - matko jedyna, czy teraz wszystko musi się kończyć tak, żeby sugerować sequel?! 

Nie jestem fanką wampirzych klimatów. Seriale omijałam. W "Tylko kochankowie przeżyją" najbardziej podobał mi się soundtrack. "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" mnie rozczarowało (choć wizualnie świetne). U Coppoli zawsze uwierał mnie Gary Oldman (może grzeszę). I tak dalej. A tu? Tu, to nawet wampirzego klimatu nie ma. W ogóle, żadnego klimatu, poza oparami tacierzyństwa. Zęby nie wystarczą. 

Ciekawe, kto z piętnastowiecznych stoi jako następny w kolejce do opowiedzenia swojej "historii nieznanej"? Leonardo ma swój serial, Vlad film. Ostatecznie nawet do bólu znani okazują się być nieznani (vide "Wolf Hall" i otoczenie Henryka VIII - acz grzechem to w tym kontekście zestawiać). 

Proponuję np. dzieło sztuki filmowej poświęcone bitwie pod Grunwaldem, którą tak zwani "nasi" wygrywają dzięki temu, że Litwini wzywają na pomoc pogańskie bożki, rozpętujące istne piekło wirujących szyszek, maszerujących sosen i agresywnego igliwia.
Czujecie?

niedziela, 20 października 2013

"Vikings": o niespodziewanych najeźdźcach serialowego świata



Budżet: skromny. Obsada: nie wywołująca fandomowej gorączki. Fabuła: prosta i raczej przewidywalna. Historyczna akuratność: luźna. Krwistość: wyjątkowo umiarkowana. Sukces: (przynajmniej za Oceanem) wielki.


źródło: filmweb

W sierpniu wyrwało mi się takie oto westchnienie:
Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Chwała niebiosom, że nie napisałam "nigdy nie udaje się zrobić i dobrze, i tanio". Musiałabym się kajać w stopniu wręcz poniżającym. Tymczasem kajam się tylko trochę.

Do Wikingów zbierałam się długo i z raczej umiarkowanym entuzjazmem. Ostatecznie zadecydowało chyba chwilowe przemęczenie rozlewającym się po ekranach wiekiem XVI-tym, opcjonalnie średniowieczem późnym. Wiek VIII, właściwie jego końcówka, zionął wręcz pewną egzotyką. Jak często napotyka się ten czasokres w filmowej szacie? No właśnie. 

Szybko okazało się, że z telewizyjnymi tuzami spod znaku "trochę-przed-1500-albo-trochę-po" prezentowany tu serial (już jutro debiutujący oficjalnie w Polsce) ma więcej wspólnego, niż można by się tego spodziewać. Jakież to ręce maczały swe twórcze paluchy w tej historii, pełnej ekscytowania się wizją ucztowania w Valhalli i misternie zaplecionych warkoczy? Uwadze osób zwykłych uważniej śledzić filmowe listy płac z pewnością nie umknął fakt, że za scenariuszem kryje się wiekopomna postać na arenie kina kostiumowego, Michael Hirst mianowicie, który w CV ma takie tytuły jak obie Elizabeth (te Elizabeth, Shekhara Kapura, z Cate Blanchett i tak dalej), goszczącą tu przy wielorakich okazjach Dynastię Tudorów, czy wyjątkowo nieudany, ale ciągle kostiumowy Camelot, któremu bądź co bądź nie pomogła obecność Evy Green, a dość niespodziewanie odkurzony weteran filmów przebieranych, jakim bez wątpienia jest Joseph Fiennes, tylko sprawę pogorszył. Słowem jednak - fach i doświadczenie. Za kostiumy odpowiadała Joan Bergin, abstrahując od kina kostiumowego i pozwalając sobie na odrobinę prywaty i rzewnych wspomnień - zaangażowana wieki temu przy takich rarytasach jak Moja lewa stopa czy W imię ojca, a ostatnimi czasy (tu już wracając do znanego i lubianego tematu) pracująca przy... Tudorach i Camelocie. Wiem, jesteście zszokowani. Zapewne jeszcze bardziej zdziwi was fakt (o ile sami z siebie tego nie wiecie), że odpowiedzialny za muzykę Trevor Morris przyłożył swoją kompozytorską rękę m.in. do Rodziny Borgiów, Filarów ziemi (tak, tak), oraz - bogowie, miejcie litość - Dynastii Tudorów. Polecam przeklikać sobie również inne nazwiska z wikingowej listy twórców. Z pewnością nie domyślacie się jeszcze, przy jakich to produkcjach pracował wcześniej naprawdę spory odsetek z nich...


Wikingowie, jakkolwiek ich sukces wydaje się na pierwszy rzut oka nosić pewne znamiona cudu, nie jest jednak jak widać czymś, co objawiło się z głębin jakiejś kompletnej pustki, by w dobie dominacji takich spektakularnych wizji totalnych, jak powracające tu niczym wyjątkowo natrętny bumerang sagi rodzinne Tudorów, Borgiów (o Grze o tron już nawet nie wspominając), pokazać niezbicie, że kameralna produkcja też jest się w stanie obronić. Notabene - dwa ostatnie z wyżej wymienionych tytułów też miewały zresztą swoje finansowe, burzliwe perypetie (ktoś jeszcze pamięta tą palącą niepewność pod tytułem: czy starczy funduszy na godziwe nakręcenie bitwy nad Czarnym Nurtem?). Vikings to zatem taka "kryzysowa narzeczona", z którą można "jakoś przebiedować". Gdyby bieda zawsze tak wyglądała, Robin Hood nie musiałby pewnie zabierać bogatym. Taka bieda cieszy.

Słowem, które natychmiast przyszło mi na myśl po obejrzeniu za ciosem trzech pierwszych odcinków serialu, była "kameralność". Ilość głównych bohaterów zamyka się w liczbie jednocyfrowej. Ilość wątków daje się zliczyć na palcach jednej ręki. Ilość lokalizacji policzyłby nawet średnio rozgarnięty pięciolatek. Fabuła jest w gruncie rzeczy tak prosta, że nie ma co się rozwodzić nad detalami. Z pewnym zdumieniem zauważyłam, że w krążących po Internecie wypowiedziach na temat Wikingów dość często powtarza się określenie, że to "opowieść o władzy". Gdzie tam. Władza jest, być musi, bohaterów trzeba podzielić na tych "po tej" i "po tamtej stronie", chociaż - co jest niewątpliwie zaletą - granica okazuje się być raczej naszkicowana niż namalowana grubaśną krechą. W moim odczuciu najbardziej eksponowanymi w Wikingach wątkami są rodzinne galimatiasy. To jak gdyby ilustracja dwóch popularnych, nieznośnie łopatologicznych powiedzonek, że "rodzina jest najważniejsza" - z jednej strony, z drugiej, że najlepiej wychodzi się z nią na zdjęciu (jakkolwiek idiotycznie brzmi to w wikińskim kontekście). Zwłaszcza, jeśli ma się rodzeństwo. Szczególnie młodszego brata. Umiarkowanie inteligentnego. Umiarkowana inteligencja w połączeniu z absolutnie nieumiarkowaną ambicją już sama w sobie jest dość kłopotliwa, a jeśli do tego wegetuje w cieniu zdobywającego powszechny poklask brata... Uwierzcie mi, moi mili, wyraz "brat" jest jednym z najczęściej używanych słów w tym serialu. Są jeszcze żony. Z całą tą mieszanką lojalności, pretensji, oczekiwań. No i rzecz naturalna - dzieci. Zwłaszcza synowie. Same z nimi problemy. Jeśli są (a bywają krnąbrni). Jeśli ich nie ma - czytaj: nie wiedzieć czemu nagle nie chcą się już rodzić (no jak to możliwe?!). Jeśli byli, ale już ich nie ma. Z tego akurat nie wypada żartować. Nie wiadomo, komu z tym gorzej - temu, kto twierdzi, że zabrali ich ludzie, czy temu, który obwinia bogów. Ci ostatni są oczywiście wspominani często i gęsto. Poza Odynem i jego kompanią jest jeszcze ten, który umarł na Krzyżu. A krzyże są złote, drogocenne, wysadzane kamieniami, praktycznie bezbronne, bo otoczone bandą panikujących facetów w habitach - krótko mówiąc: same proszą się o to, by je zrabować. Tak nachapać można się tylko płynąc na niemal mityczny daleki Zachód, od której to krajoznawczej zachcianki wszystko się w Wikingach zaczyna. Przy okazji przerażonych chrześcijan - sympatyczne zaskoczenie. Spodziewacie się nawróceń? Konwersje są, ale tak niejednoznaczne, że ciężko je nawet za takowe uważać. Puste gesty. W tym wszystkim jeszcze krótki poradnik tego, jak trafić do Valhalli (albo jak sprawić, żeby ktoś, kto zalazł nam za skórę, pod żadnym pozorem do niej nie trafił), dowody na to, że warto uczyć się języków obcych zawsze i wszędzie, bo a nuż wiedza ta sprawi, że wasza przyozdobiona tonsurą głowa przetrwa łupieżczą zawieruchę przytwierdzona bezpiecznie do reszty ciała, nie potoczywszy się po podłodze w bryzgach krwi waszej i waszych kolegów. Krwi zresztą nie ma wcale tak dużo (teaser drugiego sezonu sugeruje, że to akurat ulegnie w najbliższym czasie zmianie), spokojnie zatem można sadzać przed obliczem groźnych wikingów co bardziej wrażliwe istoty. Mogą się jednak one poczuć nieco zdezorientowane, kiedy do głosu dojdą dwie kwestie: kwestia moralności, oraz kwestia "z kim sympatyzować" - dla niektórych widzów ciągle jeszcze nieodłącznie ze sobą splecione. Moralnie kryształowej (ehem, w naszym rozumieniu moralności, cokolwiek to oznacza) postaci w Wikingach praktycznie nie ma (na szczęście!). Są osoby aspirujące, ale jak tak się dobrze przyjrzeć...

Wszystko to zostało zgrabnie uniesione pod względem aktorskim. Zgrabnie, nie "fenomenalnie" czy "powalająco". Podpisuję się pod powszechnie panującym zdaniem, że odtwórca głównej roli, Travis Fimmel (filmowy Ragnar Lothbrok) jest sporym zaskoczeniem, zważywszy na mało imponujący dorobek aktorski (niektórym ciągle kojarzy się głównie z Tarzanem, który mignął na ekranach jakoś w początkach nowego tysiąclecia). Zaskoczeniem owszem, dla mnie jednak niekoniecznie jakimś objawieniem, jak chcą to niektórzy widzieć. Obserwując jego grę miałam czasami wrażenie istnego przeszarżowania (jakie to trudne słowo, to "przeszarżowanie"), wysilenia się trochę nieadekwatnie do własnych aktorskich możliwości. Czasem większa powściągliwość nie zaszkodzi. Poza tym rozstrzał talentów jest w moim odczuciu dość szeroki. Na niektórych patrzy się z niekłamaną przyjemnością (np. Katheryn Winnick jako Lagherta czy Nathan O'Toole jako nastoletni syn Ragnara, Bjorn), niektórzy okazują się wyjątkowo charyzmatyczni (Gustaf Skarsgård - z tych Skarsgård'ów, syn Stellana - serialowy Floki), inni tak bezbarwni, że aż woła to o pomstę do nieba (George Blagden uzbrojony w jedną, jedyną, wyrażającą permanentne zdumienie minę, jako naczelny serialowy chrześcijanin, braciszek Athelstan). No i niespodzianka! Gabriel Byrne we własnej osobie, w roli jarla Haraldsona (czyli jako "ten zły", któremu wszakże zaczyna się z czasem nieco współczuć, choć oczywiście jeśli zwyczajowo kibicujecie "tym złym" - nie będziecie mieć problemu, by kibicować mu od razu). W tym kontekście chyba nie da się nie przypomnieć Księcia Jutlandii, muszę jednak powiedzieć coś jeszcze. Odcień mojej radości na widok tegoż aktora pojmie tylko ten, komu tak jak mnie, pewien wyjątkowo (choć zapewne niezamierzenie) przezabawny film z gatunku płaszcza i szpady, z roku 1998, w sposób nad wyraz perfidny namącił w głowie w dobie dzieciństwa i był jednym z tych obrazów (o zgrozo), które ustawiły biednemu dziecku percepcję kina kostiumowego na lata (obok Robin Hooda z Costnerem i paru innych Braveheartów). Człowiek w żelaznej masce w ogóle miał obsadę godną lepszej sprawy (wszyscy pamiętamy, że Leo di Caprio, że tercet Irons-Malkovich-Depardieu, ale przypatrzcie się dobrze - jest tam nawet młodziusieńki Peter Sarsgaard), no i był tam ten Gabriel jako d'Artagnan już w leciech nieco zaawansowany, i pamiętam, że była to jedyna postać męska w tym filmie (nawet licząc di Caprio razy dwa), która mnie nie denerwowała. Bo był taki lojalny wobec tego króla-idioty (zawsze wolałam - jeśli już - królów-idiotów od królów szlachetnych i prawych). Tak to więc wygląda. Gabriel Byrne po latach widziany w filmie kostiumowym (których bądź co bądź kilka w życiu popełnił) jest jak... hm. Nagłe zjedzenie jakiegoś ulubionego batonika z dzieciństwa, którego już nie produkują. Coś w tym stylu. No, koniec osobistych wynurzeń.

I byłoby tak miło, gdyby nie pewien zgrzyt, dla mnie dość poważny. Trzy ostatnie odcinki pierwszego sezonu Wikingów (a już szczególnie ósmy i dziewiąty) sprawiają wrażenie doklejonych nieco na siłę. Główna nić fabuły zdążyła się wyczerpać, zgrabnie zresztą, chociaż przewidywalnie zakończona. W pakiecie dostajemy jednak jeszcze: popis bojowych uzdolnień Ragnara i jego kolegów, wycieczkę do ichniego miejsca kultu (określiłabym to wręcz mianem "odcinka skansenowego") oraz zmasowane otworzenie fabularnych furtek dla sezonu następnego, co jeszcze jest jako-tako zrozumiałe. Każdy z tych odcinków ogląda się zresztą zupełnie dobrze (ósmy, "skansenowy", chociaż wielu historycznych purystów ponoć niewyobrażalnie oburza, jest w gruncie rzeczy bardzo klimatyczny i wizualnie nęcący, jednak tak kompletnie odrębny od wszystkich innych odcinków, że człowiek naprawdę zastanawia się, czy czegoś wcześniej nie przegapił), zostaje jednak trochę nieprzyjemny posmak niekonsekwencji. 



Kończąc te nieco przydługie wynurzenia (ale w końcu serial to długa forma i należy oddać temu sprawiedliwość): oglądać? Oglądać! Kiedy pierwszy raz dzieliłam się z osobą trzeciąwrażeniami po obejrzeniu większej części sezonu pierwszego (mamo - pozdrawiam!) rzekło mi się coś w rodzaju: powalona nie jestem, ale oglądało mi się bardzo przyjemnie. No i czego chcieć więcej w długie, jesienne wieczory?

czwartek, 15 sierpnia 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 2: skoki poniżej poprzeczki.



Ilość powstających w ostatnim czasie telewizyjnych produkcji oscylujących wokół średniowiecza (lub czasów niewiele późniejszych) coraz bardziej mnie zdumiewa. Naprawdę. Nie przejadły się. Niby kina kostiumowego zawsze było sporo, ale w dobie serialowej ekspansji staje się to jednak bardziej widoczne. Najbardziej prężny zdaje się być (jak zwykle) wiek XIX: wystarczyło popatrzeć chociażby na same tylko nominacje do tegorocznych Oscarów, z trójcą "Lincolnem", "Nędznikami" i "Anną Kareniną" w menu. Ale nie jeden dziewiętnasty ma się dobrze.

Dlaczego ostatnio wyciągnęłam temat "Gry o tron"? Och, oczywiście, że jestem fanką i baczną obserwatorką tego, co się w Westeros dzieje (tego, co za Wąskim Morzem i daleko na Wschodzie trochę mniejszą...), gorliwą zarówno czytelniczką jak i widzem, fanką chyba dość zagorzałą, o wysoce jednoznacznych sympatiach i antypatiach. W kontekście tematów poruszanych na MAAA wspominam o tym jednak ze względu na pewien paradoks. "Gra o tron", jako serialowy hit absolutny, wydaje się najlepiej i najskuteczniej wypełniać zapotrzebowanie na.... seriale historyczne/kostiumowe w klimacie średniowiecznym. Mimo, że teoretycznie nie jest to przecież klasyczny kostium, a fantastyka. Kto jest jednak spragniony facetów w zbrojach i wszelkich okoliczności towarzyszących - ten znajdzie tam pełnię zadowolenia. Jaka to komfortowa sytuacja - wszystko to, co najbardziej lubimy w serialach historycznych podane tak, że nie trzeba martwić się o historyczną poprawność (najwyżej o zgodność serialu i książki). Bo poprawności nie ma i być nie może.

Dialog z życia wzięty, zasłyszany w czasie oglądania pierwszego odcinka pierwszego sezonu "GoT":
- A właściwie to w jakim czasie rozgrywa się akcja?
- Ale że jak, że w jakim czasie?
- No który oni tam tak plus minus mają rok?
- 298 od Podboju Aegona.
- [cisza] ... No ale który to jest mniej więcej wiek?

Wyrzuć smoki i Innych, a oszukasz każdego, kto z historii miał w szkole dwóje.

Odnoszę wrażenie, że jakkolwiek nie-historyczna, "Gra o Tron" w kategorii filmowo/serialowej wyznacza obecnie pewne standardy właśnie dla kina spod znaku historii i kostiumu (sic). I są to standardy wysokie. Dzisiaj więc o tym, co w mych prywatnych rankingach znalazło się zdecydowanie poniżej poprzeczki.


Widzicie ten podpis "Mroczne oblicze średniowiecza"? Ręce opadają / źródło: filmweb

Ostatnio rozanielałam się nad "Filarami Ziemi", (luźną) ekranizacją prozy Kena Folleta. Można było się spodziewać, że ich książkowa kontynuacja, "Świat bez końca", również doczeka się wersji na małym ekranie. Zapętlona w oglądanie po raz kolejny "Filarów", jakoś o tej możliwości nie pomyślałam.

O tym, że "Świat bezkońca" ekranizacji się doczekał, dowiedziałam się w sposób chyba dość mało adekwatny bo... z niemieckiej prasy modowej (sic!). Jakiś czas później na imdb zamajaczył trailer. Rzuciłam się na niego z impetem dzikiego, rozpędzonego bawołu. Nasyciwszy oczy i uszy wydawało mi się, że będzie dobrze, nawet jeśli serial (mini-serial, żeby być precyzyjnym) nie osiągnąłby poziomu "Filarów", czyli prze-czystej rozrywki. Niecierpliwie zatem oczekiwałam. Po doczekaniu się, całość doświadczenia pod tytułem "Świat bez końca" mogłabym podsumować jednym, zamykającym sprawę stwierdzeniem: w czasie rozbitego na kilka podejść oglądania, równie niecierpliwie oczekiwałam zakończenia tej przygody, jak pierwej czekałam na emisję. Inaczej mówiąc: wypatrywałam końca "Świata bez końca".

Co poszło nie tak? Pod względem produkcji poziom nie odbiega od tego, który reprezentują "Filary". Scenografia w porównaniu z szacownym poprzednikiem jest wręcz bogatsza. Miasteczko Kingsbridge, w którym w przypadku obu tytułów rozgrywa się większa część akcji, przez niecałe dwieście lat, jakie dzieli realia "Filarów" od realiów "Świata", zdążyło się naprawdę poważnie rozwinąć. Mamy już wszak pełnię XIV stulecia (co nie oznacza wcale, że na ekranie nie mogą się pojawić rarytasy np. w postaci nastawy ołtarzowej młodszej o bity wiek - przymknijmy jednak oczy na takie detale). W Kingsbridge zmieniło się właściwie wszystko, poza problemami mieszkańców. Uderzające jest to, jak wiele kluczowych momentów fabuły, mniejszych i większych intryg, ba, nawet postaci samych w sobie ma swoje ewidentne odpowiedniki w "Filarach". Czasami ma się wrażenie, jakby drugi raz oglądało się tą samą historię. Tym razem jednak z wyczuwalnym, nieświeżym posmakiem. Wiadomo, że kotlet odgrzewany nie smakuje tak samo dobrze, jak kotlet świeży. Przy tym wszystkim dodać należy, że jeśli chodzi o stosunek serialu do literackiego pierwowzoru, mówić tu można najwyżej o ogólnej inspiracji. Kto pod tym względem jest purystą, ten będzie niepocieszony. Nie zmienia to jednak faktu, że w takim czy innym wydaniu, "Świat bez końca" pozostaje dzieckiem Kena Folleta - wersji filmowej przysłużył się on jako scenarzysta. Powtarzalność pewnie by dało się jakoś przełknąć, gdyby nie poważniejsze zbrodnie. Motywy pokrewne "Filarom" (och, nie tylko im), typu: konfliktowo usposobieni duchowni, kochali-się-ale-nie-mogli-być-razem, miał/-a-talent-ale-nie-mógł/-a-"pracować-w-zawodzie", mąż-brutal czy niesnaski na wysokich szczeblach władzy zostały tu podlane sosem, którego nie da się chyba inaczej określić, niż kuriozalny. Wymiar zbrodniczości, głupoty, chciwości itp. itd., wszystkich możliwych złych cech (dobrych zresztą też) spowijających poszczególne postaci jest spotęgowany niekiedy do irracjonalnych rozmiarów. Trudno jest kochać/nienawidzić postaci, które są tak mało realistyczne, że przez to aż papierowe. Trudno jest się wciągnąć, wgryźć w ich historię. Kiepsko poprowadzone postaci może jeszcze, chociaż częściowo, uratować wysoki poziom aktorski. Cóż, określeniem, które w tym przypadku nasuwa mi się jako pierwsze, jest brak charyzmy. Od porównań z "Filarami" uciec się nie da, powiedzmy więc raz a porządnie: tam niemal wszystkich bohaterów odmalowano wyraziście i soczyście. Spoglądam smętnie na listę aktorów zatrudnionych przy "Świecie bez końca" i staram się wskazać jakieś jasne punkty w morzu nijakości. Widzę więc dwa nazwiska, i to nazwiska sprawdzone. Miranda Richardson jako Matka Cecilia i Cynthia Nixon jako demoniczna ciotka Petranilla. Demoniczna do poziomu śmieszności, ale dzięki Nixon awansująca na miejsce naczelnego, najbardziej wyrazistego czarnego charakteru całej tej opowieści. Plus Nora von Waldstätten jako Gwenda. Przykuwająca uwagę. Dobór odtwórców ról dwóch postaci dookoła których cyrkluje fabuła, to w moim odczuciu klęska. Charlotte Riley jako Caris i Tom Weston-Jones jako Merthin niczym nie imponują. Kreacje strasznie wyblakłe. Główny zły duchowny, czyli Godwyn, grany przez Ruperta Evansa, niewiele lepszy. Bezbarwność odtwórców głównych ról w najlepszym razie sprawia, że widz zasypia. W gorszym - po prostu się irytuje.

A w tym wszystkim jeszcze wielka polityka. "Świat bez końca", podobnie jak "Filary ziemi", opowiada się wyraźnie za pewnymi... hm... teoriami. Jako fabuły w zasadniczej części całkowicie fikcyjne, nie stanowią przy tym rzecz jasna głosów w dyskusji, nie mniej jednak... "Filary", kiedy nie koncentrowały się na Kingsbridge i okolicy, podejmowały temat zatonięcia w 1120 roku Białego Statku (niewtajemniczonym przypominamy, że w katastrofie tej zginął jedyny męski potomek króla Anglii Henryka I, Wilhelm), a z wynikłego w efekcie tego niefartu konfliktu o angielski tron (świetnie odmalowani w serialu król Stefan i cesarzowa Matylda, a przy okazji do wglądu dzieciństwo syna tejże, czyli przyszłego Henryka II, który na MAAA również przy okazji filmowej już gościł) czyniły jeden z ważniejszych i ciekawszych elementów fabuły. W "Świecie bez końca" mamy Edwarda III (w tej roli Blake Ritson - oglądając go ma się wrażenie, że za wszelką cenę chciał zrobić coś z niczego i jeśli nie przeskoczyć, to chociaż obejść scenariusz). Bardzo nie-kanonicznego. To jest ten moment, w którym nawet moja wyrozumiałość przechodzi kryzys. Edward, sam w sobie dobry materiał filmowy, został tu, że tak to ujmę, odwrócony podszewką do góry. Zaręczam, nie tak chcielibyście mieć podane na ekranie przedbiegi Wojny Stuletniej. Nie wdając się w tragizm szczegółów napomknę tylko o tym, że nasz drogi, dorosły Edward (w sensie: post-Mortimerowski) tkwi niemal całkowicie pod maminym pantoflem i wydaje się, że nie umie podejmować samodzielnych decyzji. Ale, ale! Gdzież to opowiedzenie się za określonym teoriami? "Świat bez końca" próbuje rozprawić się z jedną z bardziej spektakularnych historii w rodzaju: "zabili go, a przeżył". Chodzi rzecz jasna o ojca wyżej wspomnianego monarchy, o Edwarda II, jak wiadomo odsuniętego od władzy przez małżonkę, Izabelę Francuską i jej lubego, Rogera Mortimera (historia świetnie znana miłośnikom "Królów Przeklętych" Druona). Odsuniętego i... No właśnie. Co z tym Edwardem II? Zmarł w więzieniu? Naturalnie? Zamordowany? Przeżył? Uwolniony? Uciekł? Dokąd? Jak długo w takim razie żył? Sprawa ostatnio jest już jak najbardziej poważnie roztrząsana - zaciekawionym polecam książkę Iana Mortimera (nomen omen), dość pretensjonalnie zatytułowaną The Perfect King: The Life of Edward III, Father of the English Nation, którą czyta się naprawdę bardzo dobrze. Rzecz napisana w bardzo wyważony sposób (co przy rozważaniu tego rodzaju sensacyjnych problemów jest wysoce wskazane), z kilkoma naprawdę interesującymi spostrzeżeniami. Oglądając "Świat bez końca", nawet biorąc pod uwagę fakt, że to tylko serial, fikcją szyty, widząc, jak sobie z wątkiem Edwarda II, żywego lub nie, (nie)poradzono, a raczej - jak go rozwikłano, zakończono i spuentowano, chyba nie da się nie roześmiać albo chociaż nie uśmiechnąć się z przekąsem. Ałć. To się nazywa zmarnowany potencjał! Niezależnie przecież od tego, którą ze związanych ze zniknięciem starszego Edwarda teorii uznamy za prawdziwą lub prawdopodobną, przyznać możemy, że jest to jeden z tych tematów, które kręcą się same. Istny samograj. Ale najwyraźniej śliski.

To jednak jeszcze nic. "Świat bez końca" pozostaje dla mnie po prostu serialem nudnym, w większości źle zagranym, momentami (w negatywny sposób) powalającym zakrętami fabuły, ale w tym wszystkim ciągle przyjemnym wizualnie. Jakiś czas po tym, jak skończyła się moja przygoda z tą produkcją, zabrałam się za coś, na temat czego przez bite kilka tygodni nie mogłam sobie wyrobić zdania i co po prostu wprowadzało mnie w totalną, bezdenną dezorientację.
 

A tu dla odmiany "Historia nieokiełznanego geniuszu". Czego nie można powiedzieć o twórcach serialu. / źródło: filmweb

Starałam nastawić się dobrze. To znaczy - dostosować oczekiwania. Obniżyć oczekiwania. Bo doprawdy, czego można było oczekiwać po serialu zatytułowanym "Demony da Vinci"? Machnęłam ręką na tego Leonarda, chociaż kręcenie czegokolwiek o da Vincim (raczej: luźno inspirowanego da Vincim) wydało mi się po pierwsze pretensjonalne, po drugie - spóźnione o kilka lat. Ja wiem, że taka postać, jak boski Leo zawsze będzie mieć wzięcie, jednak mam wrażenie, że jego gwiazda już trochę przygasa, obok takich zjawisk jak templariusze i ich sekrety, Całun Turyński i jego tajemnice niezbadane, katarzy i ich problemy z brakiem akceptacji, oraz wszystkie innego tego typu sprawy, które wypłynęły i zrobiły zawrotne kariery mniej więcej w tym czasie, kiedy Dan Brown zarabiał najwięcej. Niewątpliwie wydarzyła się tu pewna krzywda, trend jednak wydaje się już powoli wysychać, zatem pozwolę sobie nie drążyć tematu. Wybaczyłam tego Leo. Wybaczyłam już na starcie wszystkie konsekwencje wynikające z tego, że nie będzie to da Vinci biograficzny, tylko popkulturalny. Czyli na pewno będzie mowa o wielkich sekretach ludzkości. Które tylko Leo potrafi odkryć. Na to też byłam gotowa. Byłam gotowa na dowolne manipulacje faktami, na groteskową Florencję czasów Wawrzyńca Wspaniałego. Nie, to nie jest ironia. Naprawdę, chciałam się po prostu dobrze bawić. Odmóżdżyć. I odrobić kronikarski obowiązek, ale o tym cicho. W czasie mężnego przedzierania się przez pierwsze odcinki wybaczałam nawet kompletne, scenograficzne idiotyzmy (bo już nawet nie michałki), z których szezlong obity futrem zebry, stojący na poczesnym miejscu w Palazzo Medici, wcale nie był najśmieszniejszy czy dość niefortunne kostiumy. W Internecie w tym czasie gotowało się od wrzasków oburzonych na "niepoprawność historyczną". Ależ to mnie denerwowało. Dajcie spokój! To serial przygodowy przecież. Oglądałam dalej. Po którymś z odcinków (chyba trzecim albo czwartym) poczułam nawet, że jestem lekko zaciekawiona. W końcu jednak poszczególne odcinki zaczęły... no jak to określić? Nijak miały się do siebie nawzajem. Nie kleiły się. Jeden chyba miał być nakręcony w konwencji kostiumowego thrillera. Jeden silił się (niedobrze) niemal na dramat psychologiczny. Wampiry w modzie, więc był odcinek wampiryczny. Jakiś inny - typowo sensacyjny. Czynnik spajający? To, że wszystko w gruncie rzeczy przypominało grę komputerową, gdzie każdy następny poziom pozostaje w bardzo luźnej zależności od poprzedniego. Nie chodzi nawet o to, że trailery poszczególnych odcinków były na youtubie zawalone komentarzami typu "Where is Ezio?!". Początkowo akcja toczy się mniej więcej tak: rubaszny, zawadiacki i trochę szalony Leonardo musi (mając do dyspozycji swój mózg, swoje wynalazki i dwóch kumpli) zrobić to i to. W tym celu należy znaleźć to i tamto. Żeby znaleźć to i tamto, należy a) porozmawiać z takim a śmakim b) pójść tam a siam c) skontruować tamto a siamto. Żeby skontruować tamto a siamto należy zdobyć owamto i tamto. I tak dalej. Jakbyście grali w przygodówkę. I to taką z przełomu tysiącleci. Trudno w takich okolicznościach fabuły wyrobić sobie sympatie i antypatie. Przygrywa dobra muzyka. Ale wizualnie miszmasz. Z jednej strony zabawa ze slow motion, wizualizacje myśli (sposobu myślenia?) naszego Leo, z drugiej wyjątkowo koszmarne panoramy. I najpoważniejszy zarzut, którego już wybaczyć nie dałam rady, bo niby jak. Niezależnie od tego, że raz czy dwa poczułam się nieco wciągnięta, stwierdzić muszę, że "Demony da Vinci" są po prostu nudne. Przewidywalne do bólu. Do tego niezborne. Ach, no i na każdym kroku nachalnie widać oszczędności. Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Cały czas zastanawiałam się - do kogo ten serial jest właściwie skierowany? Do łaknących przygód i tajemnic 13-latków? Może dziesięć lat temu... Nie wiem, czy ten wyjątkowo płaski poziom intrygi jest w stanie wciągnąć kogoś, kto wiek nastoletni ma już za sobą. Często przy próbie ustalenia targetu przydatne okazuje się prześledzenie obsady pod kątem "skąd my ich znamy". Jakiego typu widz kojarzy te twarze. Nie wiem, jakie to może mieć w tej chwili znaczenie (pewnie żadne), ale trochę rozbawił mnie fakt, na który zwrócono uwagę bodaj na jakimś forum, że trójka odtwórców głównych ról męskich, czyli Tom Riley jako da Vinci, Elliot Cowan jako Lorenzo Medici i - och, znów go spotykamy - Blake Ritson jako "główny zły", czyli Girolamo Riario, to aktorzy bardzo dobrze znani... miłośniczkom Jane Austen (dwaj pierwsi swego czasu osobliwie wsławili się w najbardziej idiotycznej, około-austenowskiej produkcji, czyli "Lost in Austen", trzeci z panów ma w CV bardziej klasyczne ekranizacje jej prozy). Dodajmy do tego fakt, że w pilocie miga przez chwilę sam Hugh Bonneville... Ostatecznie - gwiazd w obsadzie nie było (co zresztą zarzutem nie jest). Odpowiedzią na pytanie "na kogo chciano przyciągnąć" brzmi li i jedynie: "na Leonarda".

Niewysokich lotów te "Demony". Ale może nie mam racji. Widziałam wiele wysokich ocen tej produkcji. Będę pluć sobie w brodę i przyznawać się do błędu? Mówi się o tym, że dla stacji Starz wyprodukowanie przygód Leonarda i jego kolegów (oraz jednej koleżanki) miało stanowić pewien rodzaj kontynuacji bardzo koniec końców popularnego "Spartakusa", który ponoć po umiarkowanie dobrym sezonie pierwszym wzbił się na wyżyny w swych kolejnych odsłonach. Ponoć. Nie mam zdania, bo... odpadłam po kilku odcinkach owego sezonu pierwszego. Optymiści wieszczą jednak, że w przypadku "Demonów da Vinci" sytuacja się powtórzy. Drugi sezon obejrzę zatem. Z ciekawości poprawy. I tego, w jakich konwencjach tym razem utrzymane będą poszczególne odcinki. Bo zaręczam - nie dla fabuły.

Jeśli chodzi o "Demony", to jednak ostatecznie rzecz biorąc: przeżyć, przeżyłam. O porażce można mówić wtedy, kiedy człowiek nie jest w stanie nawet dokończyć pierwszego odcinka. Choćby stanął na uszach. Mało jest filmów kostiumowych, których nie byłam w stanie zmęczyć do końca. Nawet jeśli są fatalne, cierpliwie oglądam, czerpiąc z tej ich fatalności jakąś perwersyjną przyjemność. Nie mogłam przebić się przez taki rarytas jak "Niebezpieczna piękność" aka "Uczciwa kurtyzana", gdzie już sam tytuł zwala mnie z nóg, a fabuła śmieszy, tumani, przestrasza. Suma summarum: to chyba najbardziej irytujący film "renesansowy" (ekhe, ekhe) jaki widziałam. I najgorszy kostiumowy występ Rufusa Sewell'a. Chyba. Mniejsza o to. Drugim zaszczytnym tytułem jest ostatnia "Anna Karenina", która mimo napakowania aktorską śmietanką i fikuśnymi konceptami mającymi chyba na celu odświeżyć wizerunek trochę już ramotowatych ekranizacji rosyjskiej klasyki, jest dla mnie tak pretensjonalna, że aż niestrawna. Ostatnio do tego grona zacnych niewiast, do "Piękności" i do "Anny", dołączyła ich średniowieczna koleżanka, "The White Queen". 


"TAKING YOU". Please, no, not me! / źrodło: filmweb

Wojna Dwóch Róż (fabuła startuje w 1464 roku), "polityka widziana z kobiecej perspektywy" (czyli jak? cóż, może powinnam obejrzeć, to się dowiem) no i proza Philippy Gregory jako podstawa. W obsadzie w większości twarze jeszcze nieopatrzone, plus zasłużony już dla kina kostiumowego James Frain i David Oakes, który najwyraźniej (po "Filarach" i "Rodzinie Borgiów") płynnie przeskakuje między tego rodzaju serialami i ugruntowuje się jako kolejny "etatowiec". 

Z pierwszego odcinka obejrzałam jakieś 3/4. Nie dałam rady. Wiem, nie powinnam w takim razie w ogóle o tym pisać. Oczy wybałuszyłam, nie podobało mi się nic. Niech to wystarczy. Kiedyś może jeszcze podejmę to wyzwanie. Może ktoś mnie przekona?

Dla porządku trzeba jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym półroczu debiutowali również "Wikingowie". Na razie nie widziałam, opinie są bardzo dobre. Koniecznie do nadrobienia.

środa, 31 lipca 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 1: chwalebna Trójca.



O karygodnej przerwie w pisaniu nie ma co gadać. Nadmiar obowiązków, jak się można domyślić. MAAA powraca jednak i mam nadzieję, że podobnych turbulencji w najbliższych miesiącach już nie doświadczy. Dzięki za motywację, dzięki za zaglądanie, dzięki za wszelakie polubienia - zawsze mnie to zaskakuje, że wpadają tu nie tylko osoby będące moimi znajomymi "z reala" - tych mogę przynajmniej posądzać o to, że nabijając licznik po prostu chcą, żeby było mi miło. Obecność "nowych twarzy", jest, nie powiem, wysoce motywująca.

Jak się w odległej przeszłości słowo rzekło - tym razem rzecz o serialach. Czyli, przywołując końcówkę poprzedniego posta, o tym, co sprawia, że młodzież zarzuca pisanie licencjatów, magisterek i doktoratów, co powoduje, że dzieci w kołyskach nie mogą dowołać się swoich matek i że do niektórych znajomych nie idzie się dodzwonić w weekendy w okolicach godziny 20:00, pomimo tego, że siedzą w domu. O pocieszycielach i wspomożycielach znoju dnia codziennego. Wyznam - wieczorami, kiedy mogłam tu ewentualnie coś napisać - oglądałam. Macie (nie jedynych, ale zawsze) winowajców.

Zdarzyło mi się przywoływać tu filmy mniej znane, więc tym razem bez wyrzutów pozwalam sobie odnieść się do czegoś, co dla odmiany znają wszyscy lub prawie wszyscy. Z cyklu: ja także się wypowiem! I pochwalę. Następnym razem (mam nadzieję, że już na dniach) polecą nagany. Domyślam się, że następny raz brzmi bardziej zachęcająco. Nie mniej jednak...

W świecie serialowym żałoba. I nie, wcale nie chodzi tu o przesławne Red Wedding (wszak płakała tu ta część społeczeństwa, którą określa się jako "ci-którzy-nie-czytali"; "ci-którzy-czytali" wiedzą zresztą doskonale, że wesela to w Westeros najbardziej niepewne i najgroźniejsze imprezy). Zgon, który mam na myśli, był jednak nie mniej nieoczekiwany, niż zgony fundowane nam przez George'a R.R. Martina (czemu w ogóle wywlekam tu kwestię "Gry o Tron"/"ASoIAF" - o tym następnym razem). Miały być cztery sezony, proszę państwa. Czwarty zgładzono, embrionem (bo jeszcze nie dziecięciem) będąwszy. Wiecie już, o czym mowa? Ależ tak. Zabrano nam "Rodzinę Borgiów".

Nie sądziłam, że będę ich opłakiwać.

Kiedy w 2011 roku wchodziło "The Borgias", sytuacja rysowała się dość kuriozalnie. Prawie jednocześnie wystartował inny serial o tej jakże zacnej i sympatycznej rodzince, który wydawało się, że umarł już po pierwszym sezonie (okazało się, że pozornie: tej wiosny , nagle i raczej po cichu, zmartwychwstał), i który już w czasie emisji pozostawał w cieniu swojego ewidentnie lepiej sytuowanego (co uwidoczniło się nie tylko w doborze obsady) krewniaka. W Polsce zresztą rzecz wyemitowano pod dość zabawnym tytułem "Prawdziwa historia roduBorgiów". Wszak jakoś trzeba było odróżnić coś nazwanego po prostu "The Borgias", od czegoś nazwanego po prostu "Borgia"... Komunikat kierowany do polskiego widza był zatem jednoznaczny: może i nie mamy Ironsa w roli papy Aleksandra, ale to my dzierżymy prawdę. Koniec końców jedne i drugie "Borgie" leżały chyba w podobnej bliskości (lub odległości) od prawdy, czymkolwiek owa prawda (przecież nieuchwytna) by w istocie była. "Borgia" (aka "Prawdziwa historia" - tak na marginesie, pamiętacie dzieło kabaretu Limo - "Balcerowicz: prawdziwa historia"? Jakoś tak mi się zawsze kojarzyło...), a właściwie pierwszy tego serialu sezon (drugiego jeszcze nie nadrobiłam) ostatecznie tkwi mi w pamięci jako wizualnie dość przyjemne widowicho, momentami rozbijające się o mielizny drewnianego dialogu, z mocnym akcentem miscastingowym (vide zwłaszcza Mark Ryder jako Cezar B.). Kłami w czasie projekcji nie kłapałam, ale łez zachwytu też nie wylałam. Dublowanie klimatów borgiowskich owym roku 2011 otworzyło mi jednak przysłowiowy nóż w kieszeni. No bo ileż można. Tkwiła mi jeszcze w pamięci przygoda z pewnymi hiszpańskimi Borgiami (Lluís Homar jako Aleksander VI proszę państwa!), której nie wspominam dobrze (tak po prawdzie - wspominam ją źle), miała ona jednak miejsce na tyle dawno temu, że pozwolę sobie nie drążyć tematu. Dość, że już samo to wspomnienie w kontekście kolejnych bordżyzmów mających zawitać na ekranie mojego telewizora napawało pewnym niepokojem. Kilka lat wcześniej cieszyłabym się jak dzika. Gdzieś tam w wieku lat trzynastu czy czternastu przeczytałam sobie "Rodzinę Borgiów" Puzo (zresztą - zanim jeszcze sięgnęłam po "Ojca Chrzestnego") i był to jeden z tych "rozbiegów do renesansu" (upraszczając), których przedziwne i zmodyfikowane genetycznie owoce zbieram po dziś dzień. U Puzo po raz pierwszy objawiły mi się jako persony z krwi i kości takie tuzy jak Machiavelli (który wcześniej jawił mi się mgliście jako ktoś, kim się dzieci straszyło), najważniejsza bodaj postać mojego środkowego nastolectwa (miałam nawet taką fazę, że kiedy coś tam sobie wypiłam w pewnym momencie wpadałam w monologi spod znaku "Machiavelli zawsze miał rację"). Rozumiecie zatem. Smęty-sentymenty. I wówczas nadszedł ten Jeremy Irons z całym dobrodziejstwem inwentarza. 


Pierwszy sezon. Wszyscy tacy młodzi i wszyscy tacy żywi... / źródło: filmweb.pl

Pierwszy sezon za pierwszym podejściem przyjęłam raczej chłodno. Jakoś nie mogłam się wciągnąć. Czy to kwestia tego, że "wszyscy razem już tyle przeżyliśmy..." (czułam się trochę tak, jakbym dwudziesty raz oglądała wideo z pierwszego wesela Lukrecji, na którym sama się bawiłam i potem cierpiałam z przejedzenia - lub coś w tym stylu), czy pewnej rozlewności, momentami wręcz spokoju narracji (wiem, że wielu się nie zgodzi)... Sezon drugi (w moim odczuciu najlepszy) oglądałam już z wypiekami. Trzeci rozpoczęto z wysokiego C, balansując wręcz na pograniczu estetyki kina akcji zmiksowanej z teledyskiem - nie miałam pojęcia, że obśmiewane slow motion może w taki sposób zafunkcjonować w kinie kostiumowym, tu dałam się totalnie zaskoczyć. Im bliżej ostatniego odcinka (moim zdaniem nieznośnie i jak to się mówi - trochę "bez pomyślunku" zakończonego), tym całość zdawała się coraz bardziej rozchodzić twórcom w palcach. Ale, ale. Czas na pean. Mimo tego, że w owym 2011 trochę mnie wynudziło. Matko Boska, jaka to była solidna produkcja. Wizualnie - nie twierdzę, że miała tam miejsce historyczna hiperpoprawność (były takie rodzynki jak pseudorokokowe lustro w Neapolu albo podejrzanie nowoczesne - biorąc pod uwagę czas akcji rzecz jasna - portreciki u Gonzagów), ale jakiś rzucających się w oczy kicksów było na tyle mało, a całość tak ciesząca oko, że naprawdę zasługuję na wysoką pochwałę. Jakość, jakość! Słuchając dialogów człowiek nie wierci się z zażenowania. Co w przypadku kostiumów zdarza mi się często. Są takie finezje scenariuszowe... Jak rozwiązać moment bratobójstwa, żeby mimo jego ciężaru gatunkowego i nocnej (więc banalnej) scenerii nie wyszło ani zbyt łzawo, ani zbyt krwawo? Kurcze, można. Świetnie toto wyprodukowane, świetnie zagrane. Co za soczystość drugiego planu. Nawet nie ma sensu wszystkiego i wszystkich wymieniać. Mrugnięcia okiem dla fanów ówczesnej artylerii - te wszystkie "próby techniczne" u Francuzów - ślinka leci, jakkolwiek okropnie to w takim kontekście brzmi. Już sama czołówka była świetna. Wystąpiły w niej nawet dwa czy trzy Cranachy. A co. Ale to już wszystko sami wiecie, bo pewnie w większości oglądaliście.

Ostatecznie uważam, że w związku z brakiem kontynuacji widzom szkoda stała się wielka. Szkoda paru zmarnowanych potencjałów (bo niedokończonych), np. mój ukochany wątek neapolitański (momentami mocno niekanoniczny, ale co tam! Co tam!), gdzie każdy ważniak okazuje się być psychopatą. W różnym stopniu. Od trucia pokojowych piesków po istną tortur finezję. Co za miasto, ten Neapol.

Przy okazji płakania nad borgiowskimi marami nie da się nie myśleć o ich (żywych lub też już martwych) kuzynach ze średniowiecznego i wczesnonowożytnego (błagam, wymyślcie mi jakiś skrót tego słowa) poletka. Jak się borgiowskiej fantazji Neila Jordana jeszcze nie widziało, to należy spiesznie nadrabiać, a jak się widziało, to co? 

Promo czwartego sezonu "The Tudors". Co jak co, ale akurat materiały promocyjne pozostawiały w przypadku tego serialu trochę do życzenia... / źródło: wikipedia

To wtedy zawsze można wrócić do poprzednika, obliczonego na ten sam target. Kierunek północ i "TheTudors". U mnie w domu znani jako "Heniek". "Heniek" dokonał rzeczy karkołomnej, bowiem walnie przyczynił się do przemiany niżej podpisanej: z jakiegoś koszmarnego ortodoksa, któremu każdy ahistoryczny odprysk w łonie kina kostiumowego jawił się jako zbrodnia niesłychana, w... No cóż. No w to coś, co prezentuję tutaj, kiedy o filmach pisuję. Temat "wierności historii" (aka prawdzie, he he) powraca tu jak bumerang. Raz jeszcze. Do czego służyć ma mi serial kostiumowy/historyczny? Do zdobycia/pogłębienia wiedzy? Nie. Wieczorem, kiedy padam na twarz, nie miewam już na to ochoty. Do "wsiąknięcia w klimat"? Jak najbardziej. Żeby "klimat" zaistniał, pewna poprawność realiów istotnie musi być zachowana. Pewna. Im większa, tym lepiej, ale tak czy owak, najważniejsze dla mnie pozostają dwie inne rzeczy: czy owe kostiumowe dzieło lub dziełko broni się po prostu i zwyczajnie jako dobry kawałek kina. I czy dostarcza mi porządnej, niekłamanej, czystej rozrywki. Od serialu nie oczekuję, że mi życie wywalił do góry nogami. Żebym doznała światopoglądowego wstrząsu (chociaż "Tudorowie" jak widać niechcący zdołali wywrzeć wpływ na zmianę poglądów). Wstrząs trudno rozpisać na dziesięć odcinków. No, może się mylę. Ale co z tym "Heńkiem"? Pamiętacie, co się działo, kiedy wchodził na ekrany? Pamiętacie, kiedy zewsząd spozirał na nas Jonathan Rhys Meyers? Który jako odtwórca głównej roli aż zdawał się krzyczeć "JESTEM NIEKANONICZNY"? Kostiumy. Fakt, że były mocno zmodernizowane i w wielu przypadkach stały bardzo daleko od muzealnych eksponatów, tłumaczono podobnie, jak takie a nie inne obsadzenie roli Henryka VIII, jak-wiadomo-rudego, jak-wiadomo-(później)-grubego. Kostiumy miały być atrakcyjne dla współczesnego oka, tak jak ich pierwowzory były atrakcyjne dla ludzi współczesnych Henrykowi. Trudno wmówić współczesnej kobiecie, zwłaszcza tej, która z XVI-wiekiem ma do czynienia raz od wielkiego dzwonu, że facet, z którego sylwetki ubranie robi odwrócony trójkąt (ramioniska, jakich nie powstydziłby się ludzik Michelin'a), to największe na dworze ciacho (albo jedno z największych ciach). Podobnie z naszym głównym bohaterem. Młody Henryk uchodził za przystojniaka? No to zróbmy przystojniaka. Wedle współczesnych, naszych, XXI-wiecznych kanonów. "Heniek" zatem gwałcił historię na prawo i lewo. W scenariuszu. W kostiumach. W doborze obsady (chociaż np. taki Jeremy Northam był Tomaszem More'm istnym i wskrzeszonym). W scenografii trochę mniej. I co? I oglądało się to świetnie. Cztery sezony młócone pod rząd zleciały jak z bicza strzelił. Choć to też była przecież historia, którą w zasadniczych zarysach (acz "Dynasta Tudorów" potrafiła zamieszać nawet w kwestiach zasadniczych) wszyscy doskonale znamy.

Słódźmy dalej. Ani Borgiowie, ani Tudorowie w wydaniach serialowych nie są jednak moimi prywatnymi zwycięzcami w swojej kategorii. Najwięcej niekłamanej rozrywki dostarczyła mi inna produkcja.

 
Plakat straszny. Niech nie zniechęca! / źródło: filmweb.pl

Jaki jest miernik "serialu skutecznego"? Tak bardzo-bardzo skutecznego w rozrywaniu? Dla mnie probierzem jest to, czy po obejrzeniu zaczyna on żyć własnym życiem. Nie chodzi o żadne tam fandomy, tylko o prozę życia. W mojej rodzinie "Filary Ziemi" to już chyba istotnie rzecz kultowa. "Mamo, no nie zdzierżę więcej tej nauki łaciny" - "Nie martw się, Jack też musiał, a nie chciał". Funkcjonuje określenie "zrobić happening jak Filip pod kopalnią". Albo "bać się czegoś, jak William piekła". Ostatecznie można rzec "ale z niego brat Remigiusz" i każdy wie o co chodzi. I wszystko, absolutnie wszystko związane z budowaniem, remontowaniem i innymi weekendowymi czynnościami musi prędzej czy później wywołać imię Toma Budowniczego. Można też "zarosnąć jak Rysiek po krucjacie". Nic z tego bełkotu nie da się zrozumieć? Och, język hermetyczny. Myśleliście, że tylko bohaterowie "Pierwszej Miłości" mogą przenikać do codzienności szarego obywatela ("o, patrz, u nas Boże Narodzenie, i w Klanie też!")? BŁĄD.
"Filary" powiodą was oczywiście przez parę klisz. Będziecie się zastanawiać, czemu was w sumie tak bardzo ekscytuje: kto, z kim i po co, czy się zemści - czy się nie zemści, kim był jego ojciec etc. - pełen arsenał "Mody na sukces", nie da się ukryć, plus: dlaczego duchowni wysokiego szczebla zawsze są tacy nikczemni (ci średniowieczni najbardziej). Ależ banały, prawda? Więc naprawdę trudno uwierzyć, że "Filary", kiedy wyłączy się myślenie o "poprawności" (budowa katedry, która jest jedną z osi tej opowieści, to momentami ciężka próba dla zorientowanych historyczno-sztucznie) i o "ambitności", są w stanie rozerwać człowieka tak dokumentnie, że może je potem oglądać i dziesiąty raz, a ciągle będzie się rozrywał tak samo. Pod względem realizacji rzecz ta oko kusi. Zagrane wybornie. Grają zresztą kostiumowi "etatowcy" (to zagadnienie na osobną notkę), tak zasłużeni jak Rufus Sewell (który "żył" już chyba w każdej epoce, raz jako Agamemnon, raz jako Karol II angielski i jeszcze wiele innych postaci), nabierający rozpędu i kostiumowego doświadczenia (Hayley Atwell, a przede wszystkim Matthew Macfadyen i Eddie Redmayne), oraz ci w przedbiegach, o których można prorokować, że "na etacie" zostaną (David Oakes, czyli Juan z "Rodziny Borgiów", który nawet specjalnie nie musiał wychodzić w tej sytuacji z "Filarowej" roli). No i Ian McShane jako biskup Waleran, faworyt mój absolutny, Schwarzcharakter doskonały, którego sama już zblazowana mina "na zdegustowanego karpia" wywołuje mój szaleńczy i pełen entuzjazm. Produkowali (między innymi) Tony i Ridley Scott. O czym jak o czym, ale o kostiumówkach wiedzą wiele.
Na koniec rzecz wymowna. "Filary" są, jak zapewne wiecie, ekranizacją powieści Kena Folleta. Książkę zaczęłam czytać. Po obejrzeniu (mini)serialu, który - jak się okazuje - jest w większym stopniu inspirowany literackim pierwowzorem, niż ściśle na nim bazujący. Poczytałam trochę... i przestałam. Sama trochę się sobie dziwię, ale filmowe "Filary" wydały mi się na tyle kompletne, że chyba po raz pierwszy w życiu nie chciałam sobie zmieniać ani uzupełniać odbioru fabuły i klimatu poprzez dopełnienie ich książkowym poprzednikiem.

Najbardziej zaleca się "Filary" raczej niedzielnym miłośnikom średniowiecza, a już zwłaszcza totalnym debiutantom. Sama znam kilka osób, które złapały bakcyla i z takich opowiastek ruszyły w stronę "twardej" historii.

Zarówno w wersji papierowej jak i filmowej, "Filary ziemi" doczekały się kontynuacji. O tym następnym razem, w kolejnym poście serialowym, tym razem krytykanckim, bo poświęconym zmarnowanym szansom, zaprzepaszczonym potencjałom i temu, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze - a kreowanie średniowiecza na ekranie jednak jakiś pieniędzy wymaga.