Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIV wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIV wiek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

Wracała długo (jak Ryszard z krucjaty)



Co można powiedzieć, kiedy wraca się po półtorarocznej przerwie?
W dodatku - z półrocznym poślizgiem w stosunku do terminu, na który się powrót planowało?

Właściwie to miałam już w ogóle się tu nie pojawić. Bo roboty dużo, bo motywacja taka sobie, bo myślami podryfowałam już w trochę inne średniowiecze, bo...
Tymczasem jadąc dzisiaj samochodem z Zielonej Góry do Wrocławia, gdzieś za Środą Śląską (nie wiem, czy te dane mają jakiekolwiek znaczenie, ale odczuwam jakiś kronikarski obowiązek, żeby je podać) naszła mnie nagle taka myśl, że muszę wrócić do blogowania. Teraz. Dzisiaj. W takim wymiarze, w jakim sobie to zaplanowałam kilka miesięcy temu. Bo czemu nie.

No właśnie.
Czemu nie.

Przez cały ten czas milczenia, jedno napawało mnie zdumieniem.
Cisza tu, wiatr hula, a tymczasem - powoli, bo powoli (nie piszę bloga o modzie - mimo wielokrotnych zapędów - ani o wychowywaniu dzieci, ani o nowinkach technologicznych; ot, co) - czytacieli przybywało.
Może więc jednak zbyt głębokie to milczenie?
Kilka razy złapałam się też na mówieniu na głos: o, ale to by pasowało na blogasa! Cóż, najczęściej myślałam jednak o całej tej sprawie po prostu z żalem.

W tak zwanym międzyczasie (jak mawiała moja wychowawczyni w liceum) o interesującym nas czasokresie co nieco pisałam - choć oczywiście w sposób zgoła odmienny od tutaj uprawianego (znacie przecież, drodzy młodzi i starzy naukowcy, ten moment, kiedy przypisy zajmują większą część strony). Uprawiałam trochę turystyki konferencyjnej. Szwędałam się po muzeach. Nie obejrzałam ani jednego filmu z akcją osadzoną w średniowieczu / wczesnych nowożytnych. Poziom papki, którą zaserwowałam sobie na krótko przed porzuceniem bloga, i która była tak niestrawna, że ostatecznie nie byłam nawet w stanie wydusić z siebie recenzji, sprawił, że poczułam nagle - ach, niech to zabrzmi patetycznie! - ciężar wieloletniego zmagania się z materią kostiumówek. Ostatnio jednak do nich wracam. Z oporami, na razie wałkuję wiek XVII i XVIII.

Mediewalizmy w modzie śledziłam. W muzyce - niekoniecznie. Zwłaszcza od momentu, w którym nie dotrwałam do końca ostatniej płyty Fauna: w czasie tego niefortunnego odsłuchu czułam się jak na para-średniowiecznej Eurowizji. Straszne, straszliwe rozczarowanie, oj, straszne.

Poza tym wszystkim wyczyniałam rzecz jasna sto tysięcy innych rzeczy, reorganizowałam sobie żywot, nabyłam najbardziej puchatego psa na świecie (który imię dostał na cześć jednego z modeli Dürera), złapałam kilka bakcyli - ale to tematy na prywatne rozmowy.
Wracając do średniowiecznego meritum: robiłam dużo zdjęć. Tak sądzę.

I kusi mnie, żeby faktycznie - więcej, więcej pokazywać, mniej mówić. Ktoś powie: lenistwo niebożę owionęło. A może raczej większa powściągliwość w słowie (czemu ten wpis wydaje się jednak brutalnie przeczyć)?

Zapraszam więc do zaglądania. Będzie więcej materiałów "terenowych". Więcej humoru, który, jak mam nadzieję, faktycznie okaże się zabawny (specjalna seria sponsorowana przez najsłynniejszego Erazma świata - o tym już wkrótce). Więcej martwych ludzi. No tak, wszyscy, którzy na co dzień zajmujemy się czasami minionymi, chcąc nie chcąc zajmujemy się martwymi ludźmi. Niektórzy jednak bardziej niż inni (w tym, na razie jeszcze, ja). Ci wszyscy od nagrobków, epitafiów, kazań pogrzebowych, kultury funeralnej jako takiej... Ponieważ, jak wiadomo, umarli tańczą, trochę tego tańca pokazać warto.

Na razie, na zachętę, dla zabicia czasu, dla rozpędu, dla uciechy: nieco średniowieczności moim okiem widzianych, z całego tego długiego półtorarocza, trochę w ramach ekspiacji i przede wszystkim - z dedykacją dla tych, którzy faktycznie czekali.

Do rychłego!


Bolonia: widoki na Piazza del Nettuno; fot. Mergia
Bolonia: Opłakiwanie Niccolo dell'Arca, S. Maria della Vita; fot. Mergia
Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia


Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Student rozmarzony... / Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia


Katedra w Magdeburgu
Najsłynniejszy facepalm średniowiecza: jedna z Panien Głupich w katedrze w Magdeburgu; fot. Mergia




Oczki jak paciorki, główki jak makówki; kościół w Burg; fot. Mergia



Bo zawsze jak ją widzę, to muszę zrobić zdjęcie; Madonna ze Skarbimierza, MNWr; fot. Mergia

Gładkie jak... ; Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Mergia

Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 1; Pieta z Lubiąża; MNW; fot. Mergia
Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 2; Piękna Madonna z Wrocławia, MNW, fot. Mergia


niedziela, 13 października 2013

Quattrocento a "przeczucie dziwności": Łukasza Huculaka malarski dialog z Dawnymi


Sytuacja paradoksalna.
Od kilku dni zastanawiam się nad tym, jak opisać pewne wrażenie, którego czasami doświadczam oglądając dzieła malarstwa włoskiego XIV i XV wieku, i które od lat wyślizguje mi się za każdym razem, kiedy próbuję je jakoś w miarę jasno i logicznie zwerbalizować. Myślę też nad tym, jak oddać słowem ten moment, w którym okazuje się, że jedne obrazy dopowiadają inne obrazy, kiedy te współczesne pomagają dookreślić to, co tylko mgliście przeczuwam patrząc na ich dawnych kuzynów. W nieco podobnym kontekście pisałam tu już zresztą o malarstwie Joanny Chrobak, teraz jednak kłopot mam większy, każde słowo wydaje mi się zgrzytliwe. 

Mam więc nadzieję, że widoczne niżej obrazy w zasadniczej mierze skomentują się same.

Och, to nie wynik lenistwa.

Prezentowany tu urywek twórczości Łukasza Huculaka (artysty z Wrocławia, notabene) wysysa z tradycji malarskiej trecenta/quattrocenta te przedziwne pierwiastki, które sprawiają, że patrząc na dzieło ma się wrażenie (no, ja przynajmniej mam) obcowania z jakąś obcą planetą, na której każdy ruch jest automatyczny, nie istnieje przypadek, przedmioty są zredukowane do absolutnego minimum, ale za to wydają się żyć w jakimś osobliwym natężeniu, bardziej intensywnie, niż precyzyjnie poruszające się między nimi człekokształtne marionetki. Źle to brzmi, prawda? Pretensjonalnie? Uprzedzałam. Słowa są zgrzytliwe.

Więc może, dla czystości sumienia, oddajmy głos samemu artyście:
"Patrząc dziś na te kompozycje XIV-, XV-wieczne, dostrzegamy w nich rzeczy surrealistyczne, dziwne. Takimi są często sytuacje w teatrze czy operze, z pogranicza życia i oniryzmu, oglądamy wszak rzeczy możliwe, ale przecież nienormalne." (wywiad z listopada 2006, w całości do przeczytania tutaj).

Poszukiwanie śladów "surrealizmu dawnych mistrzów" w malarstwie XX, XXI wieku ostatecznie nie jest  rzeczą trudną. Można zacząć od tuzów. De Chirico, Balthus... Ale ich nie trzeba nikomu przedstawiać.

Powtórzę znowu, przy kolejnej już okazji. Rozchodzi się tu o ten moment, w którym najsilniej akcentowaną cechą dawności jest jej obcość. 

Wybór wybitnie subiektywny. 

Łukasz Huculak, Fuori le mura, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, Odwróceni, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, b.t., 2006; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, Castiglione d'Olona, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl 
Sassetta, Błogosławiony Ranieri uwalnia więźniów z florenckiego więzienia, ok. 1437-1444

Sassetta, Święty Franciszek porzuca swego ziemskiego ojca, ok. 1437-1444

Paolo Uccello, Cud Hostii (predella, fragm.), 1467-1469

Domenico Veneziano, Męczeństwo św. Łucji, ok. 1445

Paolo Uccello, Święty Jerzy walczący ze smokiem, ok. 1460

Łukasz Huculak, Nawiedzenie, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, Podglądacz, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, Spisek Pazzich, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, Trzech filozofów, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, b.t., 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Łukasz Huculak, b.t., 2007; źródło: kerstengallery.com.pl

Fra Carnevale, Widok miasta idealnego, ok. 1480

Piero della Francesca (?), Luciano Laurana (?), Widok miasta idealnego, ok. 1460

Ambrogio Lorenzetti, Sceny z życia św. Mikołaja, ok. 1332

Ambrogio Lorenzetti, Sceny z życia św. Mikołaja, ok. 1332

Luciano Laurana (?), Widok miasta idealnego, ca. 1460 (?)

Domenico Veneziano, Zwiastowanie, ok. 1445
Wyjątkowo w tonie nieco odmiennym niż zwykle, ale amatorów zwyczajowo panujących na MAAA klimatów zapewniam, że powrócą one już niebawem. Będzie m.in. o kolejnej (raczej udanej, z akcentem na "raczej") telewizyjnej, średniowiecznej rozrywce dla mas, oraz o czymś, co bardzo mnie frapuje, a na co nigdy nie mam czasu - o prehistorii neo-medievalu, czyli o tym, jak to się robiło w głębokich latach 70-tych. Na marginesie tego wszystkiego będzie być może okazja dowieść (w co może niektórzy gotowi nie do końca uwierzyć), że poza uprawianą tu radosną twórczością jestem w stanie popełnić coś... hm. Poważnego. Słowem - gdzie i co piszę, kiedy tu nie piszę. Ale to dopiero pieśń przyszłości. W każdym razie - do zobaczenia!

(Przepraszam jednocześnie, że nie zawsze odpowiadam na Wasze tyczące bloga wiadomości/komentarze - po prostu często umyka mi to w nawale wydarzeń. Wiele spraw wywróciło się do góry nogami, jednak jak widać - w tym całym ogarnianiu nowej perspektywy, MAAA z oczu ciągle jeszcze nie tracę.)

czwartek, 15 sierpnia 2013

Życie jest (tele)nowelą, cz. 2: skoki poniżej poprzeczki.



Ilość powstających w ostatnim czasie telewizyjnych produkcji oscylujących wokół średniowiecza (lub czasów niewiele późniejszych) coraz bardziej mnie zdumiewa. Naprawdę. Nie przejadły się. Niby kina kostiumowego zawsze było sporo, ale w dobie serialowej ekspansji staje się to jednak bardziej widoczne. Najbardziej prężny zdaje się być (jak zwykle) wiek XIX: wystarczyło popatrzeć chociażby na same tylko nominacje do tegorocznych Oscarów, z trójcą "Lincolnem", "Nędznikami" i "Anną Kareniną" w menu. Ale nie jeden dziewiętnasty ma się dobrze.

Dlaczego ostatnio wyciągnęłam temat "Gry o tron"? Och, oczywiście, że jestem fanką i baczną obserwatorką tego, co się w Westeros dzieje (tego, co za Wąskim Morzem i daleko na Wschodzie trochę mniejszą...), gorliwą zarówno czytelniczką jak i widzem, fanką chyba dość zagorzałą, o wysoce jednoznacznych sympatiach i antypatiach. W kontekście tematów poruszanych na MAAA wspominam o tym jednak ze względu na pewien paradoks. "Gra o tron", jako serialowy hit absolutny, wydaje się najlepiej i najskuteczniej wypełniać zapotrzebowanie na.... seriale historyczne/kostiumowe w klimacie średniowiecznym. Mimo, że teoretycznie nie jest to przecież klasyczny kostium, a fantastyka. Kto jest jednak spragniony facetów w zbrojach i wszelkich okoliczności towarzyszących - ten znajdzie tam pełnię zadowolenia. Jaka to komfortowa sytuacja - wszystko to, co najbardziej lubimy w serialach historycznych podane tak, że nie trzeba martwić się o historyczną poprawność (najwyżej o zgodność serialu i książki). Bo poprawności nie ma i być nie może.

Dialog z życia wzięty, zasłyszany w czasie oglądania pierwszego odcinka pierwszego sezonu "GoT":
- A właściwie to w jakim czasie rozgrywa się akcja?
- Ale że jak, że w jakim czasie?
- No który oni tam tak plus minus mają rok?
- 298 od Podboju Aegona.
- [cisza] ... No ale który to jest mniej więcej wiek?

Wyrzuć smoki i Innych, a oszukasz każdego, kto z historii miał w szkole dwóje.

Odnoszę wrażenie, że jakkolwiek nie-historyczna, "Gra o Tron" w kategorii filmowo/serialowej wyznacza obecnie pewne standardy właśnie dla kina spod znaku historii i kostiumu (sic). I są to standardy wysokie. Dzisiaj więc o tym, co w mych prywatnych rankingach znalazło się zdecydowanie poniżej poprzeczki.


Widzicie ten podpis "Mroczne oblicze średniowiecza"? Ręce opadają / źródło: filmweb

Ostatnio rozanielałam się nad "Filarami Ziemi", (luźną) ekranizacją prozy Kena Folleta. Można było się spodziewać, że ich książkowa kontynuacja, "Świat bez końca", również doczeka się wersji na małym ekranie. Zapętlona w oglądanie po raz kolejny "Filarów", jakoś o tej możliwości nie pomyślałam.

O tym, że "Świat bezkońca" ekranizacji się doczekał, dowiedziałam się w sposób chyba dość mało adekwatny bo... z niemieckiej prasy modowej (sic!). Jakiś czas później na imdb zamajaczył trailer. Rzuciłam się na niego z impetem dzikiego, rozpędzonego bawołu. Nasyciwszy oczy i uszy wydawało mi się, że będzie dobrze, nawet jeśli serial (mini-serial, żeby być precyzyjnym) nie osiągnąłby poziomu "Filarów", czyli prze-czystej rozrywki. Niecierpliwie zatem oczekiwałam. Po doczekaniu się, całość doświadczenia pod tytułem "Świat bez końca" mogłabym podsumować jednym, zamykającym sprawę stwierdzeniem: w czasie rozbitego na kilka podejść oglądania, równie niecierpliwie oczekiwałam zakończenia tej przygody, jak pierwej czekałam na emisję. Inaczej mówiąc: wypatrywałam końca "Świata bez końca".

Co poszło nie tak? Pod względem produkcji poziom nie odbiega od tego, który reprezentują "Filary". Scenografia w porównaniu z szacownym poprzednikiem jest wręcz bogatsza. Miasteczko Kingsbridge, w którym w przypadku obu tytułów rozgrywa się większa część akcji, przez niecałe dwieście lat, jakie dzieli realia "Filarów" od realiów "Świata", zdążyło się naprawdę poważnie rozwinąć. Mamy już wszak pełnię XIV stulecia (co nie oznacza wcale, że na ekranie nie mogą się pojawić rarytasy np. w postaci nastawy ołtarzowej młodszej o bity wiek - przymknijmy jednak oczy na takie detale). W Kingsbridge zmieniło się właściwie wszystko, poza problemami mieszkańców. Uderzające jest to, jak wiele kluczowych momentów fabuły, mniejszych i większych intryg, ba, nawet postaci samych w sobie ma swoje ewidentne odpowiedniki w "Filarach". Czasami ma się wrażenie, jakby drugi raz oglądało się tą samą historię. Tym razem jednak z wyczuwalnym, nieświeżym posmakiem. Wiadomo, że kotlet odgrzewany nie smakuje tak samo dobrze, jak kotlet świeży. Przy tym wszystkim dodać należy, że jeśli chodzi o stosunek serialu do literackiego pierwowzoru, mówić tu można najwyżej o ogólnej inspiracji. Kto pod tym względem jest purystą, ten będzie niepocieszony. Nie zmienia to jednak faktu, że w takim czy innym wydaniu, "Świat bez końca" pozostaje dzieckiem Kena Folleta - wersji filmowej przysłużył się on jako scenarzysta. Powtarzalność pewnie by dało się jakoś przełknąć, gdyby nie poważniejsze zbrodnie. Motywy pokrewne "Filarom" (och, nie tylko im), typu: konfliktowo usposobieni duchowni, kochali-się-ale-nie-mogli-być-razem, miał/-a-talent-ale-nie-mógł/-a-"pracować-w-zawodzie", mąż-brutal czy niesnaski na wysokich szczeblach władzy zostały tu podlane sosem, którego nie da się chyba inaczej określić, niż kuriozalny. Wymiar zbrodniczości, głupoty, chciwości itp. itd., wszystkich możliwych złych cech (dobrych zresztą też) spowijających poszczególne postaci jest spotęgowany niekiedy do irracjonalnych rozmiarów. Trudno jest kochać/nienawidzić postaci, które są tak mało realistyczne, że przez to aż papierowe. Trudno jest się wciągnąć, wgryźć w ich historię. Kiepsko poprowadzone postaci może jeszcze, chociaż częściowo, uratować wysoki poziom aktorski. Cóż, określeniem, które w tym przypadku nasuwa mi się jako pierwsze, jest brak charyzmy. Od porównań z "Filarami" uciec się nie da, powiedzmy więc raz a porządnie: tam niemal wszystkich bohaterów odmalowano wyraziście i soczyście. Spoglądam smętnie na listę aktorów zatrudnionych przy "Świecie bez końca" i staram się wskazać jakieś jasne punkty w morzu nijakości. Widzę więc dwa nazwiska, i to nazwiska sprawdzone. Miranda Richardson jako Matka Cecilia i Cynthia Nixon jako demoniczna ciotka Petranilla. Demoniczna do poziomu śmieszności, ale dzięki Nixon awansująca na miejsce naczelnego, najbardziej wyrazistego czarnego charakteru całej tej opowieści. Plus Nora von Waldstätten jako Gwenda. Przykuwająca uwagę. Dobór odtwórców ról dwóch postaci dookoła których cyrkluje fabuła, to w moim odczuciu klęska. Charlotte Riley jako Caris i Tom Weston-Jones jako Merthin niczym nie imponują. Kreacje strasznie wyblakłe. Główny zły duchowny, czyli Godwyn, grany przez Ruperta Evansa, niewiele lepszy. Bezbarwność odtwórców głównych ról w najlepszym razie sprawia, że widz zasypia. W gorszym - po prostu się irytuje.

A w tym wszystkim jeszcze wielka polityka. "Świat bez końca", podobnie jak "Filary ziemi", opowiada się wyraźnie za pewnymi... hm... teoriami. Jako fabuły w zasadniczej części całkowicie fikcyjne, nie stanowią przy tym rzecz jasna głosów w dyskusji, nie mniej jednak... "Filary", kiedy nie koncentrowały się na Kingsbridge i okolicy, podejmowały temat zatonięcia w 1120 roku Białego Statku (niewtajemniczonym przypominamy, że w katastrofie tej zginął jedyny męski potomek króla Anglii Henryka I, Wilhelm), a z wynikłego w efekcie tego niefartu konfliktu o angielski tron (świetnie odmalowani w serialu król Stefan i cesarzowa Matylda, a przy okazji do wglądu dzieciństwo syna tejże, czyli przyszłego Henryka II, który na MAAA również przy okazji filmowej już gościł) czyniły jeden z ważniejszych i ciekawszych elementów fabuły. W "Świecie bez końca" mamy Edwarda III (w tej roli Blake Ritson - oglądając go ma się wrażenie, że za wszelką cenę chciał zrobić coś z niczego i jeśli nie przeskoczyć, to chociaż obejść scenariusz). Bardzo nie-kanonicznego. To jest ten moment, w którym nawet moja wyrozumiałość przechodzi kryzys. Edward, sam w sobie dobry materiał filmowy, został tu, że tak to ujmę, odwrócony podszewką do góry. Zaręczam, nie tak chcielibyście mieć podane na ekranie przedbiegi Wojny Stuletniej. Nie wdając się w tragizm szczegółów napomknę tylko o tym, że nasz drogi, dorosły Edward (w sensie: post-Mortimerowski) tkwi niemal całkowicie pod maminym pantoflem i wydaje się, że nie umie podejmować samodzielnych decyzji. Ale, ale! Gdzież to opowiedzenie się za określonym teoriami? "Świat bez końca" próbuje rozprawić się z jedną z bardziej spektakularnych historii w rodzaju: "zabili go, a przeżył". Chodzi rzecz jasna o ojca wyżej wspomnianego monarchy, o Edwarda II, jak wiadomo odsuniętego od władzy przez małżonkę, Izabelę Francuską i jej lubego, Rogera Mortimera (historia świetnie znana miłośnikom "Królów Przeklętych" Druona). Odsuniętego i... No właśnie. Co z tym Edwardem II? Zmarł w więzieniu? Naturalnie? Zamordowany? Przeżył? Uwolniony? Uciekł? Dokąd? Jak długo w takim razie żył? Sprawa ostatnio jest już jak najbardziej poważnie roztrząsana - zaciekawionym polecam książkę Iana Mortimera (nomen omen), dość pretensjonalnie zatytułowaną The Perfect King: The Life of Edward III, Father of the English Nation, którą czyta się naprawdę bardzo dobrze. Rzecz napisana w bardzo wyważony sposób (co przy rozważaniu tego rodzaju sensacyjnych problemów jest wysoce wskazane), z kilkoma naprawdę interesującymi spostrzeżeniami. Oglądając "Świat bez końca", nawet biorąc pod uwagę fakt, że to tylko serial, fikcją szyty, widząc, jak sobie z wątkiem Edwarda II, żywego lub nie, (nie)poradzono, a raczej - jak go rozwikłano, zakończono i spuentowano, chyba nie da się nie roześmiać albo chociaż nie uśmiechnąć się z przekąsem. Ałć. To się nazywa zmarnowany potencjał! Niezależnie przecież od tego, którą ze związanych ze zniknięciem starszego Edwarda teorii uznamy za prawdziwą lub prawdopodobną, przyznać możemy, że jest to jeden z tych tematów, które kręcą się same. Istny samograj. Ale najwyraźniej śliski.

To jednak jeszcze nic. "Świat bez końca" pozostaje dla mnie po prostu serialem nudnym, w większości źle zagranym, momentami (w negatywny sposób) powalającym zakrętami fabuły, ale w tym wszystkim ciągle przyjemnym wizualnie. Jakiś czas po tym, jak skończyła się moja przygoda z tą produkcją, zabrałam się za coś, na temat czego przez bite kilka tygodni nie mogłam sobie wyrobić zdania i co po prostu wprowadzało mnie w totalną, bezdenną dezorientację.
 

A tu dla odmiany "Historia nieokiełznanego geniuszu". Czego nie można powiedzieć o twórcach serialu. / źródło: filmweb

Starałam nastawić się dobrze. To znaczy - dostosować oczekiwania. Obniżyć oczekiwania. Bo doprawdy, czego można było oczekiwać po serialu zatytułowanym "Demony da Vinci"? Machnęłam ręką na tego Leonarda, chociaż kręcenie czegokolwiek o da Vincim (raczej: luźno inspirowanego da Vincim) wydało mi się po pierwsze pretensjonalne, po drugie - spóźnione o kilka lat. Ja wiem, że taka postać, jak boski Leo zawsze będzie mieć wzięcie, jednak mam wrażenie, że jego gwiazda już trochę przygasa, obok takich zjawisk jak templariusze i ich sekrety, Całun Turyński i jego tajemnice niezbadane, katarzy i ich problemy z brakiem akceptacji, oraz wszystkie innego tego typu sprawy, które wypłynęły i zrobiły zawrotne kariery mniej więcej w tym czasie, kiedy Dan Brown zarabiał najwięcej. Niewątpliwie wydarzyła się tu pewna krzywda, trend jednak wydaje się już powoli wysychać, zatem pozwolę sobie nie drążyć tematu. Wybaczyłam tego Leo. Wybaczyłam już na starcie wszystkie konsekwencje wynikające z tego, że nie będzie to da Vinci biograficzny, tylko popkulturalny. Czyli na pewno będzie mowa o wielkich sekretach ludzkości. Które tylko Leo potrafi odkryć. Na to też byłam gotowa. Byłam gotowa na dowolne manipulacje faktami, na groteskową Florencję czasów Wawrzyńca Wspaniałego. Nie, to nie jest ironia. Naprawdę, chciałam się po prostu dobrze bawić. Odmóżdżyć. I odrobić kronikarski obowiązek, ale o tym cicho. W czasie mężnego przedzierania się przez pierwsze odcinki wybaczałam nawet kompletne, scenograficzne idiotyzmy (bo już nawet nie michałki), z których szezlong obity futrem zebry, stojący na poczesnym miejscu w Palazzo Medici, wcale nie był najśmieszniejszy czy dość niefortunne kostiumy. W Internecie w tym czasie gotowało się od wrzasków oburzonych na "niepoprawność historyczną". Ależ to mnie denerwowało. Dajcie spokój! To serial przygodowy przecież. Oglądałam dalej. Po którymś z odcinków (chyba trzecim albo czwartym) poczułam nawet, że jestem lekko zaciekawiona. W końcu jednak poszczególne odcinki zaczęły... no jak to określić? Nijak miały się do siebie nawzajem. Nie kleiły się. Jeden chyba miał być nakręcony w konwencji kostiumowego thrillera. Jeden silił się (niedobrze) niemal na dramat psychologiczny. Wampiry w modzie, więc był odcinek wampiryczny. Jakiś inny - typowo sensacyjny. Czynnik spajający? To, że wszystko w gruncie rzeczy przypominało grę komputerową, gdzie każdy następny poziom pozostaje w bardzo luźnej zależności od poprzedniego. Nie chodzi nawet o to, że trailery poszczególnych odcinków były na youtubie zawalone komentarzami typu "Where is Ezio?!". Początkowo akcja toczy się mniej więcej tak: rubaszny, zawadiacki i trochę szalony Leonardo musi (mając do dyspozycji swój mózg, swoje wynalazki i dwóch kumpli) zrobić to i to. W tym celu należy znaleźć to i tamto. Żeby znaleźć to i tamto, należy a) porozmawiać z takim a śmakim b) pójść tam a siam c) skontruować tamto a siamto. Żeby skontruować tamto a siamto należy zdobyć owamto i tamto. I tak dalej. Jakbyście grali w przygodówkę. I to taką z przełomu tysiącleci. Trudno w takich okolicznościach fabuły wyrobić sobie sympatie i antypatie. Przygrywa dobra muzyka. Ale wizualnie miszmasz. Z jednej strony zabawa ze slow motion, wizualizacje myśli (sposobu myślenia?) naszego Leo, z drugiej wyjątkowo koszmarne panoramy. I najpoważniejszy zarzut, którego już wybaczyć nie dałam rady, bo niby jak. Niezależnie od tego, że raz czy dwa poczułam się nieco wciągnięta, stwierdzić muszę, że "Demony da Vinci" są po prostu nudne. Przewidywalne do bólu. Do tego niezborne. Ach, no i na każdym kroku nachalnie widać oszczędności. Robienie kina kostiumowego jest drogie. It is known. Rzadko kiedy udaje się zrobić i dobrze, i tanio.

Cały czas zastanawiałam się - do kogo ten serial jest właściwie skierowany? Do łaknących przygód i tajemnic 13-latków? Może dziesięć lat temu... Nie wiem, czy ten wyjątkowo płaski poziom intrygi jest w stanie wciągnąć kogoś, kto wiek nastoletni ma już za sobą. Często przy próbie ustalenia targetu przydatne okazuje się prześledzenie obsady pod kątem "skąd my ich znamy". Jakiego typu widz kojarzy te twarze. Nie wiem, jakie to może mieć w tej chwili znaczenie (pewnie żadne), ale trochę rozbawił mnie fakt, na który zwrócono uwagę bodaj na jakimś forum, że trójka odtwórców głównych ról męskich, czyli Tom Riley jako da Vinci, Elliot Cowan jako Lorenzo Medici i - och, znów go spotykamy - Blake Ritson jako "główny zły", czyli Girolamo Riario, to aktorzy bardzo dobrze znani... miłośniczkom Jane Austen (dwaj pierwsi swego czasu osobliwie wsławili się w najbardziej idiotycznej, około-austenowskiej produkcji, czyli "Lost in Austen", trzeci z panów ma w CV bardziej klasyczne ekranizacje jej prozy). Dodajmy do tego fakt, że w pilocie miga przez chwilę sam Hugh Bonneville... Ostatecznie - gwiazd w obsadzie nie było (co zresztą zarzutem nie jest). Odpowiedzią na pytanie "na kogo chciano przyciągnąć" brzmi li i jedynie: "na Leonarda".

Niewysokich lotów te "Demony". Ale może nie mam racji. Widziałam wiele wysokich ocen tej produkcji. Będę pluć sobie w brodę i przyznawać się do błędu? Mówi się o tym, że dla stacji Starz wyprodukowanie przygód Leonarda i jego kolegów (oraz jednej koleżanki) miało stanowić pewien rodzaj kontynuacji bardzo koniec końców popularnego "Spartakusa", który ponoć po umiarkowanie dobrym sezonie pierwszym wzbił się na wyżyny w swych kolejnych odsłonach. Ponoć. Nie mam zdania, bo... odpadłam po kilku odcinkach owego sezonu pierwszego. Optymiści wieszczą jednak, że w przypadku "Demonów da Vinci" sytuacja się powtórzy. Drugi sezon obejrzę zatem. Z ciekawości poprawy. I tego, w jakich konwencjach tym razem utrzymane będą poszczególne odcinki. Bo zaręczam - nie dla fabuły.

Jeśli chodzi o "Demony", to jednak ostatecznie rzecz biorąc: przeżyć, przeżyłam. O porażce można mówić wtedy, kiedy człowiek nie jest w stanie nawet dokończyć pierwszego odcinka. Choćby stanął na uszach. Mało jest filmów kostiumowych, których nie byłam w stanie zmęczyć do końca. Nawet jeśli są fatalne, cierpliwie oglądam, czerpiąc z tej ich fatalności jakąś perwersyjną przyjemność. Nie mogłam przebić się przez taki rarytas jak "Niebezpieczna piękność" aka "Uczciwa kurtyzana", gdzie już sam tytuł zwala mnie z nóg, a fabuła śmieszy, tumani, przestrasza. Suma summarum: to chyba najbardziej irytujący film "renesansowy" (ekhe, ekhe) jaki widziałam. I najgorszy kostiumowy występ Rufusa Sewell'a. Chyba. Mniejsza o to. Drugim zaszczytnym tytułem jest ostatnia "Anna Karenina", która mimo napakowania aktorską śmietanką i fikuśnymi konceptami mającymi chyba na celu odświeżyć wizerunek trochę już ramotowatych ekranizacji rosyjskiej klasyki, jest dla mnie tak pretensjonalna, że aż niestrawna. Ostatnio do tego grona zacnych niewiast, do "Piękności" i do "Anny", dołączyła ich średniowieczna koleżanka, "The White Queen". 


"TAKING YOU". Please, no, not me! / źrodło: filmweb

Wojna Dwóch Róż (fabuła startuje w 1464 roku), "polityka widziana z kobiecej perspektywy" (czyli jak? cóż, może powinnam obejrzeć, to się dowiem) no i proza Philippy Gregory jako podstawa. W obsadzie w większości twarze jeszcze nieopatrzone, plus zasłużony już dla kina kostiumowego James Frain i David Oakes, który najwyraźniej (po "Filarach" i "Rodzinie Borgiów") płynnie przeskakuje między tego rodzaju serialami i ugruntowuje się jako kolejny "etatowiec". 

Z pierwszego odcinka obejrzałam jakieś 3/4. Nie dałam rady. Wiem, nie powinnam w takim razie w ogóle o tym pisać. Oczy wybałuszyłam, nie podobało mi się nic. Niech to wystarczy. Kiedyś może jeszcze podejmę to wyzwanie. Może ktoś mnie przekona?

Dla porządku trzeba jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym półroczu debiutowali również "Wikingowie". Na razie nie widziałam, opinie są bardzo dobre. Koniecznie do nadrobienia.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Szmery-Bayer(n)y cz. 2: jak oni gotyczą (plus brodate winogrona)

O święta naiwności, żeby tak sądzić, że jak się podzieli notkę na dwie, to ta druga nastanie w niedługim czasie po pierwszej… Miało być w okolicach świąt, ale z racji roztrzepaństwa (już prawie mojego znaku firmowego), czyt. pozostawienia pendrive’a z (między innymi) porcją monachijskich zdjęć w pewnym zacnym pomieszczeniu na czwartym piętrze Instytutu Historii Sztuki we Wrocławiu (pomieszczenie znane jako Biuro, Gabinet, Samotnia albo Kanciapa – rezydentów niniejszym najserdeczniej pozdrawiam) – nie doszło to jak widać do skutku. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, przyrzeczenia dotrzymać należy, więc żeby już nie przedłużać i otworzyć sobie pole dla następnych after-ejdżyzmów w już zupełnie innym tonie – pokazuję co jeszcze mogę pokazać.
 
fot. Mergia
 
 To jakże reprezentacyjne zdjęcie idealnie moim zdaniem oddaje tragikomedię poszukiwania i znajdowania średniowiecza w stolicy Bawarii. Po drodze trzeba przedrzeć się przez a) hordę neostylów, z neoklasycyzmem na czele – podziwiajcie tą pięknie pomalowaną dorykę, b) remonty. W oddali czasem coś majaczy. Tak jak widoczna tu katedra. Która oczywiście była w remoncie. Że jedna z wież, to do przeżycia, że cały portal główny zakryty dyktą i zieloną siatką – to już inna para przysłowiowych kaloszy. Podobnie jak kościół św. Michała (kamień węgielny kładziony w 1583). Czarne chmury dosłownie kłębiły się nad głową.


kościół św. Michała i wyłaniająca się katedra; fot. Mergia
 
No ale cóż w tym naszym Frauenkirche?
 
fot. Mergia
 
Oczywiście epitafia. Na zewnętrz. W większości niemiłosiernie roztrzaskane, powyciągane z gruzów i podoczepiane do nowych-starych ścian (to tak dla przypomnienia, że nie tylko na Warszawę bomby spadały), w większości heraldyczne albo inskrypcyjne. Ale bywały momenty, że się oko zawiesiło.


fot. Mergia

fot. Mergia

Jacyż oni rachityczni! fot. Mergia 


fot. Mergia

Płyty nagrobne też były. fot. Mergia

fot. Mergia
 
Po dokładnym obejściu katedry (patrzono na mnie trochę dziwnie, kiedy tak przystawałam przed każdym, nawet najbardziej zgruchotanym epitafium) wreszcie udało się wyswobodzić z tego korowodu zmarłych i wleźć dośrodka. Ale zaraz! Po drodze był jeszcze portal południowy.
 
fot. Mergia

fot. Mergia

fot. Mergia
A co we wnętrzu? W pierwszym momencie (bogowie wybaczcie) pomyślałam, że szału nie ma.
 
fot. Mergia
 
Szał czaił się jednak tuż obok. Jeśli przypadkiem, będąc w Monachium, macie ochotę na trochę późnogotyckiej plastyki nagrobnej, albo z jakiegoś powodu chcielibyście ujrzeć rzeźbione oblicze Ludwika IV Bawarskiego, co to w 1347 zmarł i cesarzem sobie było – to mam dla was bardzo złą wiadomość.
 
Żeby go zobaczyć musielibyście stoczyć walkę z tym:
 
Cenotaf Ludwika IV Bawarskiego. Się dzieje. / fot. Mergia
 
Poza tym – atrakcje znalazłyby się dla każdego. Gotyckich rzeczy sporo, malarstwa i rzeźby, trochę sympatycznych nowożytniaków, w tym jakże liczne Totenschild­-y i pewne (tak, tak) epitafium, na które nikt nie zwracał uwagi, ale kiedy zaczęłam przed nim wystawać z aparatem – nagle zbiegła się spora trzódka. Ot, magia turystycznej perswazji.
 
 
fot. (wiem, że krzywo) Mergia
fot. Mergia
Zawieszeni w kosmicznej pustce... /fot. Mergia

fot. Mergia
 
No dobrze, co dalej?


W przypadku Monachium na pytanie „jak oni gotyczą?” odpowiedź brzmi: na całego. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego, jak na żywo prezentuje się Nowy Ratusz (1867-1909, architekt Georg von Hauberrisser). To jest neogotyk w wersji eksplodującej. Jak się przez kilka dni codziennie po kilka razy przełaziło przez Königsplatz, który stara się być bardziej grecki niż sama Grecja (patrz niżej), to pod czymś takim ma się wrażenie, jakby wpadło się do jakiegoś ogromnego leja śmigających z prędkością światła detali. Aż się uśmiechnęłam (tym bardziej, że kiedy już się pod nim zatrzymałam, gdzieś w pobliżu właśnie zaczął grać chyba trochę podpity akordeonista, a dwóch starszych Rosjan spotkało się przypadkiem i padło sobie w ramiona – klimat absurdu w najlepszym wydaniu).
 
fot. Mergia
 
 
fot. Mergia


Jedni za broń chwytają... /fot. Mergia

 
... inni po prostu wyglądają ... /fot. Mergia



... niektórzy myślą bardzo intensywnie ... /fot. Mergia
... a ładni nie muszą nic robić, ino stać. / fot. Mergia

fot. Mergia

I co jeszcze? Dla chcącego nic trudnego – interesujące nas tu czasy dają się w takiej czy innej formie zupełnie dobrze w Monachium namierzyć. Mnie już kurczył się czas. Po drodze zdążyłam jeszcze obejrzeć dwie z trzech zachowanych średniowiecznych bram miejskich. Patrząc na zdjęcia nasuwa się myśl, że „zachowane” to czasem bardzo pojemne słowo.


Karlstor; fot. Mergia
Sendlingertor; fot. Mergia

Sendlingertor - jak widać: ktoś tam pomieszkuje; fot. Mergia

Sendlingertor; fot. Mergia
 
Ciała obce, czyli –gdzie jeszcze?


Po pierwsze – do kościoła teatynów. Jako bardzo umiarkowana fanka baroku (eufemizm) chodziłam z uśmiechem wyciętym na twarzy na kształt sierpu.


Kościół teatynów, zdjęcie jedno z kilkudziesięciu./ fot. Mergia

Po drugie – do kościoła św. Jana Nepomucena aka Asamkirche. Jako już trochę przekupiona bielą u teatynów i najbardziej mięsistymi sztukateriami, jakie można sobie wyobrazić – odwiedziłam i to dziwo: prywatny kościół braci-artystów Asamów, mały, ciemny, klaustrofobiczny, artystycznie klasy najwyższej itp. itd.. Kiedy weszłam akurat było pusto i akurat ćwiczył organista, grając chyba najbardziej ponure kąski muzyki barokowej jakie mu przychodziły do głowy. Było w tym wszystkim coś przerażającego. Trzeba doświadczyć samemu, nawet jeśli się jest zatwardziałym mediewistą, któremu nawet stojący w rozkroku wiek XVI wydaje się zbyt nowy, a co dopiero kościółek (kościołeczek w zasadzie) z XVIII wieku (1733-1746).


Asamkirche; fot. Mergia

Asamkirche, zdziwiony kościotrup; fot. Mergia

Asamkirche - dekoracja sklepienia kruchty - na tak!/ fot. Mergia


Po trzecie – dać się nabrać. Zabytki Monachium lubią płatać psikusy (zazwyczaj świadomie) i np. starają się zrobić wszystko,żebyście sądzili, że to Italia a nie Germania.


Residenz - widok od zachodu; fot. Mergia


Opcjonalnie wspomniana już Grecja.
 
Königsplatz - Leo von Klenze i jego Propyleje; fot. Mergia

Königsplatz,  twórczości Leo ciąg dalszy, a w tle wyłania się Zentralinstitut für Kunstgeschichte; fot. Mergia

Widok zza winkla (to brzmi prawie jak 'zza Winckelmanna'): kawałek Propylejów i Gliptoteka, nadal Leo v K.;
fot. Mergia
 
Widząc, jak zza dzieł boskiego Leo (i zza bardzo złego wzroku Ateny, która przypomina mi czekoladowe zajączki Lindt, opakowane w tą ich złotą folię) wyłania się Zentralinstitut für Kunstgeschichte – kończę, bo tylko na chwilę oderwałam się od poczynionych tam skanów.


Wzrok prawie jak u Madonny z Essen; fot. Mergia


Byłabym zapomniała – wśród wertowanych tam tomów zdarzało się całe morze wyposażonych w doskonałe ilustracje książek traktujących o XVI-wiecznej niemieckiej grafice. Można być sobie miłośnikiem tej najwyższego sortu, ale nic, uwierzcie mi – nic nie może równać się z uczuciem, które towarzyszy przeglądaniu przykładów tej najbardziej obiegowej, popularnej i przypominającej – bez przesady – dzisiejsze artykuły z ‘Faktu’ albo ‘Superexpressu’. A że ktoś kogoś finezyjnie zamordował, a że matka dziecko utopiła (przypomina wam to coś?), a że zając z sześcioma nogami i ryba wielkości wołu, a że jakiś zwierzyniec z nieba spadał, Słońc świeciło kilka i w ogóle Apokalipsa nadchodzi – to wszystko jasne. Dla mnie jednym z największych hitów wyjazdu, grafiką, która absolutnie zrobiła mi dzień, są brodate winogrona. Wyrosły sobie tak pięknie w 1580 roku, nieopodal Pragi.

Brodate winogrona - ulotka rodem z Norymbergi, z 1580 r./ za:
Walter L. Strauss, The German Single-Leaf Woodcut, 1500-1600, New York 1975.
 

Smacznego!