Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cranach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cranach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Edam z Radameru cz. 1: wiele twarzy jednego Erazma

Kiedyś, w efekcie śmichów-chichów (Ewelino, pozdrawiam) jakie wynikły w czasie pewnych zajęć na uczelni, powiłam na szybko takie oto graficzne dziecię: 



Dawno, dawno temu, wspominałam wam może o tym, że uwielbiam portrety. Często moja znajomość z takim czy innym, nieżyjącym od setek lat człowiekiem, zaczynała się właśnie od wymiany spojrzeń. Zaintrygowana wykrojem powieki, kształtem brody, sposobem wygięcia kołnierzyka albo nadspodziewaną pulchnością policzków, starałam się dowiedzieć więcej. 

Przypatrywanie się obcym twarzom (choć niektóre z nich stawały się z biegiem czasu bliskie i znajome) jest w ogóle zajęciem dość zabawnym i wesołym. Bawić może wiele - sztucznie napuszona poza, idiotyczny lok nad czołem, podobieństwo do sąsiada albo znanego aktora... Jedno jest niezmienne - wszystkie te wizerunki zdecydowanie wpływają na sposób, w jaki dzisiaj postrzegamy (nie tylko w sensie wizualnym) daną postać. Truizm. Ale niektórzy tylko w ten sposób mają szansę zaistnieć w tym całym after ages. Bo kiedyś zamówili sobie portret, i ten portret jakimś cudem przetrwał. 

Były jednak twarze wszechobecne i to od nich chciałabym zacząć coś, co mam nadzieję stanie się na poły żartobliwym cyklem postów poświęconych portretom osobistości "mojego" okresu, czyli ogólnie rzecz biorąc, XV i XVI wieku. Na pierwszy ogień idzie Erazm z Rotterdamu, którego portrety wydają się czasem stanowić wręcz osobny gatunek. Przede wszystkim jednak wszechobecność własnej twarzy w ówczesnych "mediach" (grafika ulotna i książkowa) stanowiła nie lada problem dla samego portretowanego.

Ach, Erazm. Stara znajomość, w pewnym momencie nawet całkiem zażyła - poświęciłam mu cały, bity rozdział mojego Eposu (znanego gdzie indziej jako praca magisterska), mimo tego mój stosunek do tej przesławnej postaci zawsze pozostaje lekko podszyty ironią, na co pewnie już nic nie poradzę. Owszem, bywa, że mu przyklaskuję i że trzymamy sztamę (np. kiedy opowiada się za reformą, ale nie za reformacją), bywa, że czytając o jego życiowych niepowodzeniach stwierdzam - ot, nic co ludzkie nie jest nam obce (casus mocno dwuznacznych, "romansowych" listów Erazma do kolegi z czasów klasztornych,różnie interpretowanych, ale mimo tych interpretacji ciągle równie mocno dwuznacznych). Bywa też tak (często), że po prostu ręce mi opadają i jakoś nie mogę traktować tego pana do końca serio. Pomijam kwestie typu "bo wielkim myślicielem był" - jeśli siedzę w jakimś okresie odpowiednio długo, zaczynam sobie wyrabiać kompletnie subiektywne, czasami wręcz arbitralne opinie odnośnie wielu różnych ludzi epoki; stają się oni czymś bliższym, niż tylko kilkoma suchymi datami znaczącymi narodziny i zgony. Sympatie i antypatie. Czasem nie podoba mi się czyjś wyraz twarzy na portretach. Czasem razi mnie stosunek do męża lub żony. Sposób załatwiania interesów. Czasem lubię za coś, czasem pomimo czegoś. Często - bez wyraźnych powodów. Mam prawo, nie sądzę, żebym kogokolwiek w ten sposób krzywdziła (zresztą - sami też tak robicie, prawda?). Jednych tak zwyczajnie i po ludzku lubię, innych nie. Erazma ani lubię, ani nie lubię - istnieje też taka możliwość.  W jego przypadku mam ochotę po prostu gromko zakrzyknąć, choć to nic nie zmieni, bo krzyk nie poniesie się pięćset lat wstecz: chłopie - ogarnij się!

Wtedy, kiedy odkładane przez lata pieniądze w głupi sposób traci na kontroli celnej, opuszczając Anglię. Kiedy w młodości tak się maże przed tym kolegą od listów, Servatiusem. Kiedy w niektórych pismach tak się kryguje, po stokroć tłumaczy i mruga oczkiem - że niby on tak, ale z drugiej strony tak... Wtedy, kiedy bywa przewrażliwiony. Wtedy, kiedy kwituje jeden z prezentów od naszego wrocławskiego biskupa, Jana Turzona - futrzaną czapę - komentarzem: ech, niemodne (widać we Wrocławiu się nie znali). Kiedy tak strasznie przejmuje się opiniami innych. Kiedy podejrzewam go o narcyzm. Kiedy tak bardzo przejmuje się swoim wyglądem - co skłania mnie to napisania tej notki.

Zawsze wtedy, coś we mnie krzyczy - Erazm, do licha, ogarnijże się!

Kwestia wyglądu Erazma (zwanego pieszczotliwie Erkiem) interesuje mnie bardzo, bo jako historyka sztuki interesują mnie jego portrety, zwłaszcza w aspekcie - nazwijmy to - proto-celebryctwa. Erazm był jedną z pierwszych osób, których wizerunki trafiły pod strzechy w ilościach naprawdę masowych - wszystko rzecz jasna dzięki popularyzacji druku. Można było mieć Erazma nad łóżkiem. Mógł spoglądać na ciebie, kiedy męczyłeś się nad jakimś łacińskim przekładem. Ciągle tam wisiał, tam, w jadalni, w której popisywałeś się przed współbiesiadnikami znajomością Adagiów. Jego czujne oko szpiegowało cię, kiedy połykałeś jego bestsellery, sprawdzało, czy i w jaki sposób śmiejesz się czytając Pochwałę głupoty.

Co na to sam główny zainteresowany?

Jak pisał Huizinga, w swojej sędziwej już (1924), klasycznej biografii Erazma, do dzisiaj pozostającej często punktem wyjścia różnych erazmiańskich studiów i wycieczek badawczych,

wstydzenie się samego siebie jest przyczyną, dla której nie lubi [on] własnej twarzy i powodem, dla którego - według własnej jego opowieści - jedynie z trudem daje się namówić przyjaciołom na namalowanie swojego portretu. (...) To głębokie poczucie niezadowolenia podsuwa mu też słowa przypisu do własnego portretu: "Lepszy obraz ukażą wam jego pisma"

Oh, dear. Co pozostaje nam zrobić? Sprawdzić, czy rzeczywiście było aż tak źle. Zgromadziłam trochę różnych Erazmów (w żaden sposób nie wyczerpujących tematu) i myślę sobie, że faktycznie. Było. Niejednokrotnie. 

Quentin Massys (Metsys), Erazm z Rotterdamu, 1517; źródło: wga.hu

Tu Erazm wczesny, z 1517 roku. Prezent dla Thomasa More'a, stanowił część dyptyku (po drugiej stronie widniał inny przyjaciel Erazma, Peter Gilles). Mamy tu do czynienia głównie z bardzo, bardzo wyrazistą kością policzkową. Prawie Mads Mikkelsen. Prawie. 


Quentin Massys (Metsys), medal z wizerunkiem Erazma, 1516; źródło: wga.hu

Słynny medal projektu Massysa. Do kompletu biret + mega-kość policzkowa dochodzi jeszcze długi nos. Tu jeszcze całkiem zgrabny, ale poczekajcie...

nieznany artysta flamandzki, medal z wizerunkiem Erazma, 1531; źródło: wga.hu

Tadam! Medal niewątpliwie wzorowany na projekcie Massysa. Z nosem Erazma stało się coś niedobrego. Bardzo niedobrego. 

Albrecht Dürer, Erazm z Rotterdamu, 1520; źródło: wga.hu

A to już Dürer. Chcę mu, podobnie jak w wielu innych przypadkach, ufać. Mamy Erazma w trzech-czwartych, zupełnie wyględnego, choć z solidną, kwadratową szczęką, czego nie widzieliśmy u Massysa. 

Hans Holbein Mł., Portret Erazma z Rotterdamu, 1523; źródło: wga.hu

Szczęka powraca u Holbeina. To chyba mój ulubiony Erazm - ze wzrokiem nieco nieobecnym, ciepłym, "budyniowym" uśmiechem... 

Hans Holbein Młodszy, Portret Erazma z Rotterdamu, 1523; źródło: wga.hu

Kolejny Holbein i tym razem powrót nosa. Erazm poważny, Erazm skupiony. Erazm, jakiego najchętniej wklejano by do podręczników. Erasmus Magnus. Powściągliwy, w pewien sposób surowy. Mam wrażenie, że ktoś chce nam tu zrobić kawał. 

Albrecht Dürer, Erazm z Rotterdamu, 1526; źródło: wga.hu

Dowód na to, że i największym zdarzają się potknięcia. Koszmarek, który zafundował Erazmowi Albrecht Dürer we własnej osobie. Co się stało z twarzą Erazma? Dlaczego przypomina poobijany kartofel z nasadzoną na niego pieczarką (sezon grillowy w pełni, mam skojarzenia szaszłykowe)? Albrechcie, why?! 

Hieronymus Hopfer, Erazm z Rotterdamu; źródło: wikimedia

Sama nie wiem, który gorszy. Jak widać - Erazm nie miał szczęścia do portretów graficznych, a to one były najszerzej rozpowszechniane. Tutaj - inspiracja medalem Messysa, ale jak przetworzona... Wielka, brutalna, chłopska kalafa. Nie mogę tego inaczej określić. 

Lucas Cranach St. (warsztat?), Erazm z Rotterdamu, lata 30-te XVI w.

Ponieważ no fun without Cranach - jest i on. Hm. Nos niebezpiecznie przypomina skocznię narciarską. Chomiczkowate policzki. Podbródek jakby się rozrósł. Do tego sucha, cranachowska kreska i Erazm upodobniony do gryzonia - gotowy. 

Zapytajmy więc sami siebie, drodzy współcześni, czy będąc człowiekiem zakompleksionym na punkcie własnego wyglądu, udałoby nam się nie podłamać, widząc takie cuda? 

Bohater następnego postu, który już teraz zapowiadam, wychodził z założenia, że o ile może, będzie swoje wizerunki kontrolował. Brał w rękę pędzel i przekreślał to, co mu się nie podobało, po czym odsyłał artyście. A że był posiadaczem najsłynniejszego nosa Europy przełomu XV i XVI wieku - miał o co się troszczyć. Nad zalewem gargameli jednak nie zapanował. Wiele z nich pokaże się tutaj - już wkrótce. 

Do zobaczenia.

niedziela, 24 marca 2013

Szmery-Bayer(n)y cz. 1: radości w Alte Pinakothek.

Drodzy miłośnicy średniowieczności i wczesnych nowożytniaków (nie mylić z nowożytnikami, choć i oni pewnie miewają swoich miłośników) – przywożę wam upolowaną właśnie zwierzynę rodem z wybitnie nie kojarzącej się z takimi klimatami metropolii, gdzie świeci kolorami Allianz Arena, gdzie grzmi dorocznie Oktoberfest i gdzie boski Leo – ale nie DiCaprio tylko von Klenze – dwieście lat temu roztoczył swoje portyki i kolumnady. Zwierzyna broniła się dzielnie: remontami, rusztowaniami, wejściami, których nie szło znaleźć, zesłaniem na mnie choroby i przez większą część czasu – deszczową pogodą. Ale oto jest. Mam nadzieję, że soczysta.
 
 
Tropieniem tych przyjemności zajmowałam się po godzinach pracowitej orki bynajmniej nie na ugorze, a na bujnej niwie instytucji w pewnych kręgach niemal już mitycznej, znanej jako Zentralinstitut für Kunstgeschichte, gdzie w dosłownym pocie czoła zbierałam materiały do cranachowej pracy o której bywała już mowa. Na szczęście w moim przypadku pozyskiwanie potrzebnych tekstów odbyło się w tempie lotu Szatana, więc jako-taki pozyskany czas można było spożytkować w sposób nieco bardziej urozmaicony, niż szamotanie się między Instytutem, hotelem i jakimś miejscem, gdzie dają jedzenie. Buszując wśród dobrodziejstw literatury bądź co bądź w przeważającej ilości o sztuce XVI wieku traktującej, nie można było nie myśleć o tym, że praktycznie przecznicę dalej stoi Stara Pinakoteka i przyjaźnie mruga do mnie okiem.

 
Biorąc pod uwagę to, jak bardzo w czasie zwiedzania tamtejszych zbiorów roznamiętniłam się w robieniu zdjęć – monachijskie rarytasy pozwalam sobie podzielić na dwie części i najpierw skupić się właśnie na zasobach tego dostojnego muzeum. Robię to zresztą kompletnie nie chronologicznie – odwiedziłam je w piątek, mając już za sobą czwartkowy krótki tour w terenie, z którego garść zdjęć i wrażeń mam zamiar pokazać w następnym poście. Jak już się kiedyś rzekło – w zderzaniu się z dziełami sztuki face to face zwykle najbardziej interesuje mnie możliwość wsadzenia nosa i oka w detal. Żeby nie przeładowywać bloga dodatkowymi zdjęciami – wszystkich zainteresowanych tym, jak prezentowane tu łupy prezentują się w całej swojej rozciągłości, odsyłam na stronę Pinakoteki: większość z nich powinno się tam znajdować.

 
Hasłem przewodnim mojej wizyty było pewne imię, zresztą – nie tylko wizyty w Alte Pinakothek, ale w Monachium w ogóle: w chwilach zwątpienia przedwyjazdowego (z cyklu: nie lubię podróży dalszych niż z Zielonej Góry do Warszawy, jestem chora, jest zima i w ogóle to mój niemiecki właśnie w tajemniczy sposób wyparował) motywowałam się właśnie między innymi tym, że jeśli sprawnie się uwinę, to może zdążę zajrzeć na pewne tajemnicze pierwsze piętro, gdzie czekać na mnie będzie pierwsza litera alfabetu.

 
A jak Albrecht.


Kto pomyślał w tym momencie o Dürerze ręka do góry. Powinnam właściwie napisać: dwa razy ‘a’. Albrechtem, dla którego wspięłabym się po tych niebosiężnych schodach nawet na klęczkach (och, Leo)…

Alte Pinakothek - wnętrze; fot. Mergia

był Albrecht Altdorfer. Powiem tak: ostatni raz taką silną zachciankę zobaczenia konkretnych obrazów konkretnego artysty, co wiąże się z pędzeniem do nich przez galeryjne korytarze niczym Speedy Gonzales w swoich najlepszych momentach, odczuwałam chyba we wczesnym liceum. No, już jakiś czas temu. To było to: sunąć pieszo i bez mapy przez kawałek Londynu (kawałek, ale powtarzam – bez mapy, na Boga, cóż za poświęcenie…) tylko po to, żeby 10 minut stać przed ‘Chrztem Chrystusa’ Piera della Francesca, po czym wyjść, właściwie wybiec, dokładnie po tych 10 minutach, bo i więcej czasu nie było. Oczywiście, ostatnio też zdarzało mi się jakiegoś konkretu zachcieć i nawet ten konkret odwiedzić, jednak wczoraj zupełnie i całkowicie przypomniałam sobie to odczucie sprzed kilku lat, kiedy tak po prostu coś się chce zobaczyć, bezsensownie, mocno i już. Jest w tym coś wręcz prymitywnego, w taki miły sposób, bo nie rozbija się to o wiedzę, tylko o zwykłe podobanie. Wczoraj chciałam zacząć z godnością, powoli i spokojnie, no ale skoro tylko wparadowałam do pierwszej sali, odwróciłam się i zobaczyłam, co zobaczyłam, to mi się ten zapomniany odruch wziął i odblokował, i tak biegałam między tymi Altdorferami z jednego pomieszczenia do drugiego jak istna wariatka.

Albrecht Altdorfer, Bitwa Aleksandra, 1529; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Pan pilnujący, swoją drogą sobowtór Alfreda Moliny, zaczynał mieć w oczach jakieś podejrzliwe błyski, chociaż pewnie widuje takich sfiksowanych osobników codziennie.

Albrecht Altdorfer, Zuzanna w kąpieli, 1526, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Albrecht Altdorfer, Zuzanna w kąpieli, 1526, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Albrecht Altdorfer, Zuzanna w kąpieli, 1526, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Dlaczego Altdorfer? To pytanie trochę w stylu romansowego ‘co tym w nim widzisz’. Najchętniej postawiłabym sprawę tak: nie wiem co widzę, podoba mi się i już, i że w ogóle najbardziej na świecie lubię całą tą germańską bandę z pierwszej połowy XVI wieku (zwaną poufale Altdojczami), z czym już się kiedyś trochę zdradziłam. Na dzień dzisiejszy można to jeszcze powiedzieć tak (chociaż jutro mogę zmienić zdanie): mam wrażenie, że przy tej swojej nieopisanej barwności, precyzji, jakiejś prawie sennej baśniowości, kompletnej eksplozji detalu, dzieła pana o wdzięcznych inicjałach AA są czymś, czym – gdybym je wtedy znała – absolutnie zachwyciłabym się w dzieciństwie. I to mocniej pewnie niż teraz. Mam wrażenie, jakbym całe dzieciństwo ich szukała i dopiero po latach (z powrotem?) znalazła. Jakby było to bardziej wspomnienie ‘podobania się’ niż aktualne ‘się podobanie’. Są  te Aldorfery czasami takie małe (pilnuję się, żeby nie zdrabniać: „altdorferki”, „malusie” etc.), i jednocześnie takie wsysające do środka. Chyba tego mi teraz trzeba. Żeby detal i kolor co jakiś czas wyłączały i resetowały mi mózg.


Albrecht Altdorfer, Pejzaż naddunajski, po 1520, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia


Albrecht Altdorfer, Narodziny Marii, ok. 1520, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Zerwane więzi czyli najbardziej nieoczekiwane z nieoczekiwanych spotkań.


Nie napisałam, że ci, którzy pomyśleli o Dürerze kompletnie nie mieli racji, prawda? Gdybym ja wcześniej wiedziała… Dwa Albrechty wzięłyby się za bary. Skoro już jestem dzisiaj w tak wylewnym nastroju (mało snu, to pewnie to), powiem bez ogródek: jakim trzeba być kompletnym bałwanem, żeby jako oddanna fanka malarskich portretów, mająca tych swoich najbardziej ulubionych gąb pięć na krzyż, nie potrafić spamiętać, gdzie się te gęby znajdują? Z portretami sprawa wygląda tak oto: zbieram wybrane. Osobny folder – ciach – wrzucam obrazki. Nie muszą być rewelacją pod względem artystycznym (choć często są), model(-ka) nie musi, wręcz nawet nie powinien być ‘ładny’, tylko osobliwy, taki w typie ‘aktora charakterystycznego’. Albo jak panie z wybiegów – często bardziej dziwne niż urodziwe. Takie małe zboczenie, brak zboczenia też zboczenie, inni zbierają znaczki. Koronny przypadek: cesarz Maksymilian I, którego podobizn wypatruję naprawdę pasjami. To jest coś doskonałego. Najbardziej frapujący nos epoki.

Albrecht Dürer, Maksymilian I, 1519; Kunsthistorisches Museum, Wiedeń; źródło: wga.hu
 
Wczoraj pewien młody pan z innego obrazu Dürera przyprawił mnie o zawał, wisząc naprzeciwko stłoczonych w małym pomieszczeniu Altdorferów i atakując mnie, gdy tylko się od nich odwróciłam. Co ja myślałam, że gdzie się znajduje? Padł na mnie ten wzrok szaleńca i strasznie chciało mi się śmiać. Poczułam się, jakbym spotkała sąsiada zza płotu powiedzmy na targu w Bangladeszu albo wychowawczynię z podstawówki nad jeziorem Titicaca. Znacie Oswolta Krela? Faceta, który na pierwszy rzut oka wygląda normalnie, a za każdym następnym (ale tu konieczne są dobre reprodukcje) coraz bardziej podejrzanie?

Albrecht Dürer, Oswolt Krel, 1499, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Oswolt, poza tym, że też obdarzony wielkim nochalem i ze śmieszną grzywką, wygląda w gruncie rzeczy jak ktoś, w czyim środku przetacza się właśnie huragan Katrina. Nie wiem, czy wygląda bardziej na wkurzonego, zdesperowanego, zirytowanego, rozgoryczonego, czy bardziej przecina wzrokiem czy nim ucieka, czy taki jest właśnie wściekło-zrozpaczony, strasznie mocno starając się jednak, by nie było po nim nic widać, a tu pech, bo widać wszystko – siedzi taki spięty i cały zaciśnięty? No i jeszcze ci ‘dzicy mężowie’ z tarczami herbowymi.   

No dobra - czynię całościowy wyjątek.
Albrecht Dürer, Oswolt Krel, 1499; Alte Pinakothek, Monachium; źródło: wga.hu
 
Ejże, zdecydujcie się Oswolcie. Na żywo te dziwne oczyska wydają się być jakby bardziej mętne i załzawione. Ten portret jest w pewien sposób niesamowicie płynny i za to właśnie go lubię. I jeszcze w tym wszystkim pytanie – zasługa to wyłącznie artysty, czy tego, że świetny portrecista trafił na ciekawego (żeby nie powiedzieć – ‘zniuansowanego’) modela?

 
Chłopcy z ferajny – dawnych Niemców ciąg dalszy.

 
Do przesławnego pomieszczenia z Oswoltem i kilkoma Altdroferami wracałam chyba z pięć czy sześć razy, więc reszta eskapady wypadła nieco chaotycznie. Zastana na miejscu ekipa spisała się jednak na medal, chociaż odwiedzałam ją mając chronologię w kompletnej pogardzie. No i tak też ferajnę prezentuję. Kogo tam nie było…

Lucas Cranach St., Kardynał Albrecht Brandenburski przed krucyfiksem,
lata 20-te XVI w., fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Znamienna mina ‘na smutnego karpia’: to musi być kolejny Albrecht. Przysięgam – to już ostatni. Dla miłośników Cranachów i klimatów około-Lutrowych – kardynał Albrecht, ten kardynał Albrecht. Albrecht Hohenzollern. Swoją drogą - w tym samym pomieszczeniu gościnnie użyczający swych rysów św. Erazmowi, na obrazie Grünewalda. Uwierzcie - tego człowieka spotyka się wszędzie.


Po drodze – ci, których imiona są nieznane, np. Mistrz Ołtarza św. Bartłomieja. Właściwie nie można wykluczyć – może też mu było Albrecht? Wesołe to jego opus magnum: absolutnie fenomenalna mina w pełni zasłuchanej św. Cecyli…

Mistrz Ołtarza św. Bartłomieja, Ołtarz św. Bartłomieja, ok. 1500-1510, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
… bardzo groźny św. Bartłomiej, który wygląda, jakby chciał ogolić brodę klęczącemu mnichowi…

Mistrz Ołtarza św. Bartłomieja, Ołtarz św. Bartłomieja, ok. 1500-1510, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
… wyjątkowo pękaty baranek (wyobraziłam sobie, że biedactwo wstało)…

Mistrz Ołtarza św. Bartłomieja, Ołtarz św. Bartłomieja, ok. 1500-1510, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
… i arcydzieło wśród zwierzów fantastycznych: smok spod stópek św. Małgorzaty.

Mistrz Ołtarza św. Bartłomieja, Ołtarz św. Bartłomieja, ok. 1500-1510, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Idźmy dalej. Stefan Lochner i jego osobisty Wielki Błękit:

Stefan Lochner, Boże Narodzenie, 1445;Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Plus cała plejada obrazów historycznych z serii wykonanej dla Wilhelma IV Bawarskiego. Jeśli z czymś wam się to kojarzy, kojarzy się słusznie – jeden Altdorfer (Bitwa Aleksandra) też do tego zacnego grona należy.

Hans Schöpfer St., Historia Zuzanny, 1537, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Hans Schöpfer St., Historia Zuzanny, 1537, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Melchior Feselen, Historia Cloelii, 1529, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Melchior Feselen, Historia Cloelii, 1529, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

W międzyczasie Hans Burgkmair okazywał się być na żywo trzysta razy bardziej porywającym niż na reprodukcjach, a ptaszęta śpiewały św. Janowi na Patmos.

Hans Burgkmair, Ołtarz św. Jana, 1518, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Obok numerowano dzieci...
 
Numerki nad głowami.
Bernhard Strigel, Konrad Rehlinger St. z dziećmi, 1517, fragm. tabl. prawej;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

… a piętro niżej Michael Pacher popisywał się chwytami perspektywicznymi.

Michael Pacher, Ołtarz Ojców Kościoła, ok. 1480, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
W tak dostojnym towarzystwie dbano rzecz jasna o wystawność ubioru.

Marx Reichlich, Ołtarz św. Jakuba i Stefana, 1506 fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Wśród wielkich ołtarzy – coś, co przy nich zdawało się być maleństwem, ale i tak okazało się jednym z odkryć dnia. Piękna, prawie monochromatyczna robota.

Gabriel Angler, Kalwaria, ok. 1440; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Gabriel Angler, Kalwaria, ok. 1440, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Gabriel Angler, Kalwaria, ok. 1440, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Przyszło się żegnać.

Michael Pacher, Ołtarz Ojców Kościoła, ok. 1480, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Byłoby smutno, na szczęście z odsieczą przyszli

 
Niderlandczycy.


Mistrz Historii Józefa, Józef i żona Putyfara, ok. 1490-1500, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Niestety - kopia Rogiera. Jedna z trzech współczesnych.
Naśladowca Rogiera van der Weyden, Św. Łukasz Malujący Madonnę, po 1484, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Dokąd pędzicie, w cwal odziani?
Hans Memling, Siedem radości Marii, 1480, fragm,;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Te przejrzyste, świetliste krajobrazy!
Dirk Bouts, Ecce agnus dei, ok. 1462-1464, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Uroda porcelanowej laleczki.
Jan Gossaert, zw. Mabuse, Danae, 1527, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium;
fot. Mergia
 
Wśród nich jedna z kolejnych, nieoczekiwanych gwiazd wyprawy – Św. Krzysztof i popis kolorystyczny.

Ależ znakomitość!
Dirk Bouts, tzw. Perła Brabantu, ok. 1465, fragm,; Alte Pinakothek, Monachium;
fot. Mergia

Naprawdę. Ostrzegam miłośników. Można stracić głowę.

Naprawdę!
Joos van Cleve, Ołtarz Zaśnięcia Marii, 1520-1525, fragm.;
Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Do ziemi włoskiej.


W końcu trzeba było. Po tylu przygodach, które żeśmy w przeszłości razem przeszli – nie potrafię już wykrzesać dla poczciwych Italiano tyle entuzjazmu co kiedyś. Początkowo musiałam pewnie mieć minę jak ten oto (udany zresztą) św. Jan Chrzciciel:

Raffaellino del Garbo, Opłakiwanie Chrystusa, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Włosi ostatecznie nie dawali za wygraną i też chcieli popisać się kolorami…

Masolino da Panicale, Madonna z Dzieciątkiem, ok. 1435; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
quattrocento pokazywało się od mojej ulubionej, maksymalnie upraszczającej formy, prawie kubizującej i niemal nowoczesnej w posmaku strony (tu nawet z dodatkiem makabry)…

Fra Angelico, Uwolnienie Lizjasza od demonów, ok. 1440;Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
… przy okazji rozciągając te swoje dziwnie puste, trochę surrealistyczne w nastroju pejzaże.


Piero di Cosimo, Mit Prometeusza, 1515; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia 
 

Żałuję tylko, że XV-wieczny portret reprezentowany był wyjątkowo mało licznie.

Malarz florencki, Portret młodego mężczyzny, b.d. (XV w.); Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Zaskoczenie – mimo że pod Rafaelem tłumy, tuż obok, przy Leonardzie… nikogo. Przypadek, albo zmienne sympatie tłumów? Niemal omijany, wciśnięty przy przejściu (w następnej sali – XVI-wieczni Wenecjanie). Przy okazji – jeden z gwoździ programu: ramy. Ramy!
 

Leonardo da Vinci, Madonna z goździkiem, 1478-1480.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia
 
Antonello da Messina, Zwiastowanie, b.d.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

Antonello da Messina, Zwiastowanie, fragment ramy; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia


I na tym trzeba dziś skończyć. Bez dodatkowych komentarzy, na co – jeśli będzie potrzeba – przyjdzie pora przy okazji zdjęć z ‘sesji terenowej’. Nie mogę się powstrzymać i pozwolę sobie również na 2-3 skoki w stronę epok późniejszych.

Gabriel Angler, Kalwaria, ok. 1440, fragm.; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia

 A co. Czasem przecież wolno.


Któż się oprze takiemu spojrzeniu?
Peter Paul Rubens, Dwóch satyrów, 1618-1619 ; Alte Pinakothek, Monachium; fot. Mergia