Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witraże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witraże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

Wracała długo (jak Ryszard z krucjaty)



Co można powiedzieć, kiedy wraca się po półtorarocznej przerwie?
W dodatku - z półrocznym poślizgiem w stosunku do terminu, na który się powrót planowało?

Właściwie to miałam już w ogóle się tu nie pojawić. Bo roboty dużo, bo motywacja taka sobie, bo myślami podryfowałam już w trochę inne średniowiecze, bo...
Tymczasem jadąc dzisiaj samochodem z Zielonej Góry do Wrocławia, gdzieś za Środą Śląską (nie wiem, czy te dane mają jakiekolwiek znaczenie, ale odczuwam jakiś kronikarski obowiązek, żeby je podać) naszła mnie nagle taka myśl, że muszę wrócić do blogowania. Teraz. Dzisiaj. W takim wymiarze, w jakim sobie to zaplanowałam kilka miesięcy temu. Bo czemu nie.

No właśnie.
Czemu nie.

Przez cały ten czas milczenia, jedno napawało mnie zdumieniem.
Cisza tu, wiatr hula, a tymczasem - powoli, bo powoli (nie piszę bloga o modzie - mimo wielokrotnych zapędów - ani o wychowywaniu dzieci, ani o nowinkach technologicznych; ot, co) - czytacieli przybywało.
Może więc jednak zbyt głębokie to milczenie?
Kilka razy złapałam się też na mówieniu na głos: o, ale to by pasowało na blogasa! Cóż, najczęściej myślałam jednak o całej tej sprawie po prostu z żalem.

W tak zwanym międzyczasie (jak mawiała moja wychowawczyni w liceum) o interesującym nas czasokresie co nieco pisałam - choć oczywiście w sposób zgoła odmienny od tutaj uprawianego (znacie przecież, drodzy młodzi i starzy naukowcy, ten moment, kiedy przypisy zajmują większą część strony). Uprawiałam trochę turystyki konferencyjnej. Szwędałam się po muzeach. Nie obejrzałam ani jednego filmu z akcją osadzoną w średniowieczu / wczesnych nowożytnych. Poziom papki, którą zaserwowałam sobie na krótko przed porzuceniem bloga, i która była tak niestrawna, że ostatecznie nie byłam nawet w stanie wydusić z siebie recenzji, sprawił, że poczułam nagle - ach, niech to zabrzmi patetycznie! - ciężar wieloletniego zmagania się z materią kostiumówek. Ostatnio jednak do nich wracam. Z oporami, na razie wałkuję wiek XVII i XVIII.

Mediewalizmy w modzie śledziłam. W muzyce - niekoniecznie. Zwłaszcza od momentu, w którym nie dotrwałam do końca ostatniej płyty Fauna: w czasie tego niefortunnego odsłuchu czułam się jak na para-średniowiecznej Eurowizji. Straszne, straszliwe rozczarowanie, oj, straszne.

Poza tym wszystkim wyczyniałam rzecz jasna sto tysięcy innych rzeczy, reorganizowałam sobie żywot, nabyłam najbardziej puchatego psa na świecie (który imię dostał na cześć jednego z modeli Dürera), złapałam kilka bakcyli - ale to tematy na prywatne rozmowy.
Wracając do średniowiecznego meritum: robiłam dużo zdjęć. Tak sądzę.

I kusi mnie, żeby faktycznie - więcej, więcej pokazywać, mniej mówić. Ktoś powie: lenistwo niebożę owionęło. A może raczej większa powściągliwość w słowie (czemu ten wpis wydaje się jednak brutalnie przeczyć)?

Zapraszam więc do zaglądania. Będzie więcej materiałów "terenowych". Więcej humoru, który, jak mam nadzieję, faktycznie okaże się zabawny (specjalna seria sponsorowana przez najsłynniejszego Erazma świata - o tym już wkrótce). Więcej martwych ludzi. No tak, wszyscy, którzy na co dzień zajmujemy się czasami minionymi, chcąc nie chcąc zajmujemy się martwymi ludźmi. Niektórzy jednak bardziej niż inni (w tym, na razie jeszcze, ja). Ci wszyscy od nagrobków, epitafiów, kazań pogrzebowych, kultury funeralnej jako takiej... Ponieważ, jak wiadomo, umarli tańczą, trochę tego tańca pokazać warto.

Na razie, na zachętę, dla zabicia czasu, dla rozpędu, dla uciechy: nieco średniowieczności moim okiem widzianych, z całego tego długiego półtorarocza, trochę w ramach ekspiacji i przede wszystkim - z dedykacją dla tych, którzy faktycznie czekali.

Do rychłego!


Bolonia: widoki na Piazza del Nettuno; fot. Mergia
Bolonia: Opłakiwanie Niccolo dell'Arca, S. Maria della Vita; fot. Mergia
Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia


Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Student rozmarzony... / Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia


Katedra w Magdeburgu
Najsłynniejszy facepalm średniowiecza: jedna z Panien Głupich w katedrze w Magdeburgu; fot. Mergia




Oczki jak paciorki, główki jak makówki; kościół w Burg; fot. Mergia



Bo zawsze jak ją widzę, to muszę zrobić zdjęcie; Madonna ze Skarbimierza, MNWr; fot. Mergia

Gładkie jak... ; Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Mergia

Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 1; Pieta z Lubiąża; MNW; fot. Mergia
Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 2; Piękna Madonna z Wrocławia, MNW, fot. Mergia


sobota, 31 sierpnia 2013

Wielogłos historyczno-modowy: od Chanel po... Modę Polską



Sprawdziłam. O damskim przyodziewku pisałam ostatni raz już na tyle dawno temu, że mogę spokojnie do tego jakże sympatycznego zagadnienia wrócić, bez narażania się na bycie posądzoną o faworyzowanie jednego tematu i zamienianie się nieomal w blogerkę modową. Z całym szacunkiem dla blogerek modowych.

No cóż, wyznanie to ani nikogo pewnie nie zaskoczy, ani też nie będzie specjalnie wstydliwe, trzeba to jednak powiedzieć - tak zwany "temat tekstylny" jest jednym z najbliższych mojemu sercu i strasznie się pilnuję, żeby nie zaczął tu dominować, jestem bądź co bądź zwolenniczką równowagi w przyrodzie. Dlatego zamiast kilku odrębnych notek proponuję jedną, spójnością może nie grzeszącą, ale za to prezentującą co ciekawsze znaleziska z ostatnich paru miesięcy, a wpisujące się w temat odprysków średniowiecza/wczesnej n. zaistniałych na szatach, które do noszenia (rzadziej) bądź oglądania (częściej) proponują swojej klienteli współcześni projektanci.

Poprzednim razem, przy okazji pisania o "mozaikowej" kolekcji Dolce&Gabbana, wyraziłam chęć zobaczenia na niwie współczesnej mody jakiś soczystych, konkretnych, twórczych i ogólnie rzecz biorąc - szczękę luzujących i oczy wybałuszających inspiracji renesansowych, zwanych poufale renesansizmami. Zdębiałam, kiedy następnego dnia po opublikowaniu wspomnianego posta, niczym z machnięcia czarodziejskiej różdżki (albo Zaczarowanego Ołówka) wyskoczyła mi na ekranie kolekcja RTW Alexander McQueen na jesień/zimę 2013-14. Mniej wtajemniczonych uczulam, że jak zwykle określenie "ready-to-wear" jest w przypadku tego domu mody ewidentnie mylące. Are you ready (nawet jeśli nie koniecznie "to wear")? 


Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 1; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 4; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 3; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 5; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 7; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 8; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Mam wrażenie, że w tych projektach stojąca obecnie za mcqueenowymi sterami Sarah Burton najbardziej zbliżyła się do modowego historyzmu w wydaniu jej świetnego poprzednika, nieodżałowanego Alexandra. Można gdybać, że sam McQueen identyczne inspiracje pewnie potraktowałby w sposób - no, nie bójmy się tego słowa - nieco bardziej mroczny, ciemny, gęsty i ciężki, w rozumieniu ciężaru gatunkowego wywoływanych przez kolejne sylwetki skojarzeń. Dawność (w tym przypadku trudna nawet do jednoznacznego uchwycenia i nazwania - mamy tu klimaty elżbietańskie, ale i trochę rosyjskiego baletu serwowanego z jajkami Fabergé, a w samym kształtowaniu sylwetki nawet nieco lat 40-tych czy 80-tych, tym razem ubiegłego stulecia) w rękach Burton rozciąga się jednak w podobną stronę jak u McQueena, ach, i jest to strona przeze mnie wyjątkowo ukochana, o czym pewnie już kiedyś mówiłam. To ten moment, w którym historyzm staje się nagle futurystyczny. Przeszłość wydaje się być równie obca i odległa jak przyszłość, obie więc świetnie ze sobą współgrają i może właśnie dlatego projekty z metką Alexander McQueen tak często wyglądają jak stroje niewiast z innej planety.

Nie zawsze jest jednak tak pięknie. Dla zwolenników prostszych rozwiązań McQueen naszykował coś innego. Witrażowe printy. 


Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Och, na brodę Merlina, skąd my to znamy? Na MAAA pojawiły się już w przypadku kolekcji Carven. Zieją również po ulicach. Zainteresowanym melduję, że opatrzoną nadrukiem w witraże koszulę miałam ostatnio w ręku we wrocławskim TK Maxx-ie, za bardzo zresztą przyzwoitą sumę. Nie kupiłam, nie moja to bajka: obnosić się z późnym średniowieczem na piersi, ale rzecz była niezgorzej skrojona, polecam. Nadal jestem zdania, że potencjał witraży jako abstrakcyjnego wzoru zdobiącego kawałek odzieży jest fenomenalny, ale trochę mnie serce boli, że u McQueena robi się coś, co robią teraz wszyscy. Cyfrowe printy oparte na "dziełach sztuki dawnej". E.

Zostawmy nadruki, wróćmy do krawiectwa. Przed renesansizmami spod ręki Sarah Burton pojawiła się jeszcze Szkocja Stuartów w wykonaniu samego Karla Lagerfelda. To, w czym paradowano na pokazie Chanel - Pre AW 2013-14 w założeniu miało być hołdem dla Szkocji w ogóle. Historię uwzględniono. W bardziej muzealnym, momentami wręcz zastanawiająco rekonstrukcyjnym wydaniu niż u McQueena, nie mniej jednak - bardzo spektakularnym. Z niesamowitą dbałością o detal, zróżnicowanie materiałów, ich faktur... Naprawdę piękna rzecz. Po Lagerfeldzie nie spodziewałam się takiego historycznego pędu. Być może to było jednorazowe, być może chciał pokazać, że jak chce, to i w ten sposób potrafi. Oj, potrafi. 

Chanel - PRE Autumn 2013; look 11; źródło: vogue.co.uk
Chanel - PRE Autumn 2013; look 29; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 41; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 45; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 61; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 69; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 70; źródło: vogue.co.uk


Tego rodzaju "wizje całościowe", jak u McQueena czy Chanel to poważna sprawa i ciągle jeszcze coś, co pozostaje w mniejszości. Mniej totalne podejście do historii nie musi jednak kończyć się na printach. Cóż, ciągle nie obumarła jeszcze Ona, przyjaciółka wszystkich projektantów którym nagle zachce się sięgnąć po ociupinkę (ale tylko ociupinkę) "średniowiecza". Zbroja ma się dobrze.

Można robić pancerzowate płaszcze z materiału, jak kiedyś Viktor&Rolf, i wyjść z orężnego niebezpieczeństwa obronną ręką. Można też po prostu opakować modelki żelastwem. Efekty są na pierwszy rzut oka nęcące. Przy drugim spojrzeniu mnie to zwykle bawi. No dobra. Czasem bawi mnie już przy pierwszym.

Oto promo na lato 2013, prezentujące prace pań tworzących pod szyldem Sisters of the Black Moon. Edytorial zatytułowano Dawn of Fortitude. Zdjęcia Dagny Piasecki. 

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sistersoftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

I akurat to zdjęcie mi się podoba. / Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com


Widzę tu straszną przejażdżkę po kliszach. Kobieta-wojowniczka, mrocznie-powiewne, czarne jak smoła przyodziewki, buciory ciężkie, ruina w tle... Hm.

Wytrawni zawodnicy radzą sobie z tematem lepiej. 2013 to bez wątpienia rok wspominania modowej spuścizny punku. Na fali wznieconej przez wystawę w nowojorskim Met Museum Punk: Chaos To Couture powstała kooperacja internetowego potentata Moda Operandi z dwunastoma wiodącymi markami (w tym Dolce&Gabbana czy Balmain). Mikro-kolekcja miała rzecz jasna "uchwycić ducha punkowego" i poddać go reinterpretacji. Jest więc czarno, czarno-biało lub czarno-srebrno, trochę ćwieczaście, bardzo smakowicie i aż portfel swędzi, aż tu nagle Ricardo Tisci i propozycja Givenchy...

Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk

Cóż powiedzieć? Rzecz wygląda kuriozalnie. Ale mówcie co chcecie. Kaptur kolczy w kontekście wystawy poświęconej modowemu dziedzictwu punkowemu. Kaptur kolczy z fantastycznie skrojonym czarnym garniturem. Świeże. Mrugnięcie okiem.

I jeszcze trochę żelastwa od Givenchy.


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


To wszystko za miedzą. A co u nas, na polskim podwórku? Nie jestem w stanie wyrazić tego, ile radochy sprawiło mi ujrzenie w lipcowo-sierpniowym numerze polskiej edycji Harper's Bazaar tego oto zdjęcia:

Moda Polska, suknia "średniowieczna"; fot. Stanisław Bobrowiec Boniecki, Harper's Bazaar Polska, nr 05-06 2013

Ów twór, opisany jako "suknia średniowieczna" to najprawdziwszy okaz sprzed ponad 20-lat, spod ręki (a w przypadku tego egzemplarza - także z piwnicznych zbiorów) nie kogo innego, jak samego Jerzego Antkowiaka dla Mody Polskiej. Pseudo-średniowieczna sukienka rodem z PRL-u cieszy jakoś tak zupełnie inaczej. Mam nadzieję natykać się na takie rzeczy częściej.

A już na sam koniec, nie mogę się powstrzymać, żeby jeszcze nie wkleić jakże buńczucznej, uśredniowiecznionej PJ Harvey, jak zawsze jedynej w swoim rodzaju.


Owocnego kompletowania garderoby na zimniejszą część roku!

czwartek, 20 września 2012

Ubiór średniowiecznie lekkostrawny - Carven FW 2012


W związku z tym, że świat mody aktualnie pochłonięty jest prezentacją, oglądaniem, sortowaniem i wyrokowaniem propozycji na sezon następny, wiosenno-letni, wypada choć delikatnie zahaczyć o temat może i coraz mniej aktualny z punktu widzenia radaru trendów, coraz bardziej za to z punktu widzenia pogody, czyli o kolekcje jesienno-zimowe Anno Domini 2012. Oczywiście o żadnej eksplozji mediewalizmów mowy być nie może. Nie było nawet tak silnego akcentu jak pamiętny „krucjatowy” pokaz Victor&Rolf na zimę ubiegłą, z którym zresztą na pewno się tu jeszcze spotkamy, być może w momencie nastania nastrojów na ciepłe płaszcze. Dostaliśmy za to rzecz naprawdę przyjemną. ‘Przyjemny’ to oczywiście, podobnie jak ‘ładny’ i ‘miły’, broń obosieczna. Komplement nie-komplement.
 
A zatem Carven RTW FW 2012. Dom mody po stanowczym i skutecznym liftingu, korzeniami sięgający lat czterdziestych ubiegłego stulecia, wówczas gracz na polu haute-couture, a od 2009 roku rozwijający skrzydła jako marka produkująca rzeczy dobre i solidne tak pod względem designu jak i wykonania, przede wszystkim jednak – absolutnie zdatne do noszenia, łatwe do spacyfikowania i łączenia z zastaną już garderobą potencjalnej klientki. Ready-to-wear naprawdę znaczy tu ready to wear. Autorem tej spektakularnej przemiany jest Guillaume Henry, paryżanin po trzydziestce, który rozbiegu nabierał w Givenchy i Paule Ka.

Średniowiecznymi motywami postanowił się pobawić, co sam przyznał. Nic zbyt serio, zbyt na poważnie. Jesteśmy więc na przeciwnym biegunie względem tego, co proponował McQueen, a o czym mowa była tutaj. Wizji totalnej i precyzyjnej, wyposażonej w co najmniej dwa, a pewnie i ze trzy dodatkowe ‘dna’ przeciwstawia się potraktowanie motywów średniowiecznych jako elementu czysto dekoracyjnego, z cichym akcentem jeśli nie całkiem zasługującym na miano humorystycznego, to na pewno stanowiącym mrugnięcie okiem do potencjalnego klienta. Zobaczmy, jak to wyszło.
 
Tradycyjnie pierwsze rzucają się w oczy printy. Przynosi je dopiero sylwetka dziewiąta i żeby było zabawniej – za pierwszym, drugim a nawet trzecim razem w ogóle tam średniowiecza nie dostrzegłam. Musiałam przeczytać wypowiedź projektanta, żeby coś do mnie dotarło. Bo w tym wypadku nie uświadczy się przeciągów ziejących z dziejowego korytarza. Historią tu nie wieje (najwyżej chucha), a przynajmniej nie ściśle w sensie ‘historyzmu’. Bo i owszem, posmak dawności towarzyszy wielu tym prostym sukienkom, dzianinom w kolorze musztardy, płaszczom zastygłym w niezdecydowaniu między linią A, trapezem a mariażem z trenczem. Lekki posmak mody sprzed lat – uśredniając – około czterdziestu. Obfite zastosowanie wzoru paisley zdecydowanie się temu przysłużyło. Aż tu nagle…


Carven RTW FW 2012, look 11; źródło: style.com
 
Flamandowie na bis. Cóż za recykling. Prosty pomysł, prawda? Trochę… zbyt prosty?


Absolutnie nie zgadniecie, co pojawiło się dalej.


Carven RTW FW 2012, look 13; źródło: style.com
 
To oczywiście nasz dobry znajomy Hieronim i jego Ogród rozkoszy ziemskich. Co się stało z kolorami? Bosch upodobnił się do barwy tkanin wykorzystywanych w innych miejscach kolekcji, adaptując (przyznaję, że naprawdę piękny) złocisto-musztardowy odcień. Pole Złotogłowia. (Możliwe, że to właśnie ten soczysty odcień curry skłonił jednego z bardziej wziętych polskich projektantów do włączenia w swoim felietonie owej kreacji w obręb trendu… orientalnego.) Odmłodzony pięciusetlatek pojawia się wielokrotnie – okupuje niemal całą sylwetkę, jak tutaj, lub gości tylko na spódnicy czy koszuli, a bywa, że wystaje ino kawałek rękawka lub kołnierzyka. Bosch jako autor printów może będzie mógł kiedyś konkurować z takimi klasykami tej kategorii, jak charakterystyczne wzory Pucci czy ‘szlaczki’ Missoni.


Carven RTW FW 2012, look 15; źródło: style.com

Dość ironii. I dość malarstwa. Henry postawił na coś jeszcze. Na witraże. I to podwójnie. Raz – na czystą geometrię, dwa – na jej wypełnienie.


Carven RTW FW 2012, look 9 - patrzcie na rękawy!; źródło: style.com
 
Z daleka czy z bliska – nie ważne: dla mnie, bez podpowiedzi ze strony autora, wygląda to po prostu jak lansowane m.in. w kolekcjach Prady i Miu Miu (żeby wymienić tylko najsilniejszą reprezentację) wzory ‘tapetowe’, kojarzące się trochę psychodelicznie, trochę kalejdoskopowo, trochę (czasem mocno) 60s-70s – trend mocny i moim zdaniem kapitalny, w przypadku Carven też prezentujący się naprawdę dobrze i na miejscu. Tymczasem projektant utrzymuje niezbicie, że inspiracją były gotyckie witraże, koniec, kropka. Świetne zaskoczenie. Nawet jeśli efekt niejednoznaczny. To tylko dowodzi elastyczności motywów sprzed kilkuset lat.


Carven RTW FW 2012, look 27; źródło: vogue.co.uk

I zobaczcie jak to wypada z połączeniu z paisley – dwie zupełnie inne epoki (jedna i druga nie nazywa się ‘XXI wiek’), zachód i wschód… I swoją drogą – dobra lekcja trudnej sztuki łączenia wzorów.


Carven RTW FW 2012, look 26; źródło: style.com

Czysta geometria wypada chyba jeszcze lepiej. Materiały mięsiste, cięte ażurowo (laserem), i wszędzie te rozety, rozety i rozety – zwielokrotnione, nachodzące na siebie, raz wyraźnie prezentujące swój średniowieczny rodowód, raz prawie futurystyczne.
 
Carven RTW FW 2012, look 10; źródło: style.com


Carven RTW FW 2012, look 19; źródło: style.com


Carven RTW FW 2012, look 37; źródło: style.com
 
 
Kolejny średniowieczny pomysł, który w ściśle dekoracyjnym sensie okazuje się być niesamowicie nośny. Wręcz samonośny. Pojawił się w bardzo wielu konfiguracjach i nie ma sensu pokazywać tu wszystkich. Jeden wariant jest na tle kolekcji jednorazowy:


Carven RTW FW 2012, look 29; źródło: style.com


Mimowolnie skojarzyło mi się to z pamiętnym pasiakiem Lady Marion.

The Adventures of Robin Hood (1938) - Olivia de Havilland jako Lady Marion

Przyjemna to kolekcja. Jak już się rzekło – niesamowicie ‘noszalna’. Średniowiecze potraktowane lekką ręką. I o lekkim ciężarze gatunkowym. Wariacje na temat witraży moim zdaniem więcej niż przyjemne, po prostu bardzo dobre. A traktowaniem tkaniny jako pola do umieszczenia reprodukcji ‘znanego i lubianego’ chyba już jestem lekko znudzona. W momencie, kiedy z każdej strony atakują mnie swetry z Rubensem (i tak, tak, z Boschem też), albo legginsy z Botticellim, kiedy jedna z polskich marek wypuszcza serię ubrań o bardzo prostych krojach, gdzie elementem krzyczącym (wrzeszczącym wręcz) są reprodukcje obrazów Davida… Przesyt. Chyba mam dość. Daleko to wszystko odbiegło od klasycznego punktu, w którym Yves Saint Laurent robił swoją Mondrian Dress. Ale mariaż ubioru z malarstwem to już zupełnie odrębny temat.