Od kilku dni zastanawiam się nad
tym, jak opisać pewne wrażenie, którego czasami doświadczam oglądając dzieła
malarstwa włoskiego XIV i XV wieku, i które od lat wyślizguje mi się za każdym
razem, kiedy próbuję je jakoś w miarę jasno i logicznie zwerbalizować. Myślę
też nad tym, jak oddać słowem ten moment, w którym okazuje się, że jedne obrazy
dopowiadają inne obrazy, kiedy te współczesne pomagają dookreślić to, co tylko
mgliście przeczuwam patrząc na ich dawnych kuzynów. W nieco podobnym kontekście
pisałam tu już zresztą o malarstwie Joanny Chrobak, teraz jednak kłopot mam
większy, każde słowo wydaje mi się zgrzytliwe.
Mam więc nadzieję, że widoczne
niżej obrazy w zasadniczej mierze skomentują się same.
Och, to nie wynik lenistwa.
Prezentowany tu urywek twórczości Łukasza Huculaka (artysty z Wrocławia, notabene) wysysa z tradycji malarskiej
trecenta/quattrocenta te przedziwne pierwiastki, które sprawiają, że patrząc na
dzieło ma się wrażenie (no, ja przynajmniej mam) obcowania z jakąś obcą
planetą, na której każdy ruch jest automatyczny, nie istnieje przypadek,
przedmioty są zredukowane do absolutnego minimum, ale za to wydają się żyć w
jakimś osobliwym natężeniu, bardziej intensywnie, niż precyzyjnie poruszające
się między nimi człekokształtne marionetki. Źle to brzmi, prawda?
Pretensjonalnie? Uprzedzałam. Słowa są zgrzytliwe.
Więc może, dla czystości
sumienia, oddajmy głos samemu artyście:
"Patrząc dziś na te
kompozycje XIV-, XV-wieczne, dostrzegamy w nich rzeczy surrealistyczne, dziwne.
Takimi są często sytuacje w teatrze czy operze, z pogranicza życia i oniryzmu,
oglądamy wszak rzeczy możliwe, ale przecież nienormalne." (wywiad z
listopada 2006, w całości do przeczytania tutaj).
Poszukiwanie śladów
"surrealizmu dawnych mistrzów" w malarstwie XX, XXI wieku ostatecznie
nie jest rzeczą trudną. Można zacząć od
tuzów. De Chirico, Balthus... Ale ich nie trzeba nikomu przedstawiać.
Powtórzę znowu, przy kolejnej już
okazji. Rozchodzi się tu o ten moment, w którym najsilniej akcentowaną cechą
dawności jest jej obcość.
Wybór wybitnie subiektywny.
Łukasz Huculak, Fuori le mura, 2007; źródło: kerstengallery.com.pl
Piero della Francesca (?), Luciano Laurana (?), Widok miasta idealnego, ok. 1460
Ambrogio Lorenzetti, Sceny z życia św. Mikołaja, ok. 1332
Ambrogio Lorenzetti, Sceny z życia św. Mikołaja, ok. 1332
Luciano Laurana (?), Widok miasta idealnego, ca. 1460 (?)
Domenico Veneziano, Zwiastowanie, ok. 1445
Wyjątkowo w tonie nieco odmiennym
niż zwykle, ale amatorów zwyczajowo panujących na MAAA klimatów zapewniam, że powrócą one już niebawem. Będzie m.in. o kolejnej (raczej udanej, z
akcentem na "raczej") telewizyjnej, średniowiecznej rozrywce dla mas,
oraz o czymś, co bardzo mnie frapuje, a na co nigdy nie mam czasu - o
prehistorii neo-medievalu, czyli o tym, jak to się robiło w głębokich latach
70-tych. Na marginesie tego wszystkiego będzie być może okazja dowieść (w co może niektórzy gotowi nie do końca uwierzyć), że poza uprawianą tu radosną twórczością jestem w stanie popełnić coś... hm. Poważnego. Słowem - gdzie i co piszę, kiedy tu nie piszę. Ale to dopiero pieśń przyszłości. W każdym razie - do zobaczenia!
(Przepraszam jednocześnie, że nie
zawsze odpowiadam na Wasze tyczące bloga wiadomości/komentarze - po prostu
często umyka mi to w nawale wydarzeń. Wiele spraw wywróciło się do góry nogami,
jednak jak widać - w tym całym ogarnianiu nowej perspektywy, MAAA z oczu ciągle
jeszcze nie tracę.)
O karygodnej przerwie w pisaniu
nie ma co gadać. Nadmiar obowiązków, jak się można domyślić. MAAA powraca
jednak i mam nadzieję, że podobnych turbulencji w najbliższych miesiącach już
nie doświadczy. Dzięki za motywację, dzięki za zaglądanie, dzięki za wszelakie
polubienia - zawsze mnie to zaskakuje, że wpadają tu nie tylko osoby będące
moimi znajomymi "z reala" - tych mogę przynajmniej posądzać o to, że
nabijając licznik po prostu chcą, żeby było mi miło. Obecność "nowych
twarzy", jest, nie powiem, wysoce motywująca.
Jak się w odległej przeszłości
słowo rzekło - tym razem rzecz o serialach. Czyli, przywołując końcówkę
poprzedniego posta, o tym, co sprawia, że młodzież zarzuca pisanie licencjatów,
magisterek i doktoratów, co powoduje, że dzieci w kołyskach nie mogą dowołać
się swoich matek i że do niektórych znajomych nie idzie się dodzwonić w weekendy
w okolicach godziny 20:00, pomimo tego, że siedzą w domu. O pocieszycielach i
wspomożycielach znoju dnia codziennego. Wyznam - wieczorami, kiedy mogłam tu
ewentualnie coś napisać - oglądałam. Macie (nie jedynych, ale zawsze)
winowajców.
Zdarzyło mi się przywoływać tu filmy
mniej znane, więc tym razem bez wyrzutów pozwalam sobie odnieść się do czegoś,
co dla odmiany znają wszyscy lub prawie wszyscy. Z cyklu: ja także się
wypowiem! I pochwalę. Następnym razem (mam nadzieję, że już na dniach) polecą
nagany. Domyślam się, że następny raz brzmi bardziej zachęcająco. Nie mniej
jednak...
W świecie serialowym żałoba. I
nie, wcale nie chodzi tu o przesławne Red Wedding (wszak płakała tu ta część
społeczeństwa, którą określa się jako "ci-którzy-nie-czytali";
"ci-którzy-czytali" wiedzą zresztą doskonale, że wesela to w Westeros
najbardziej niepewne i najgroźniejsze imprezy). Zgon, który mam na myśli, był
jednak nie mniej nieoczekiwany, niż zgony fundowane nam przez George'a R.R.
Martina (czemu w ogóle wywlekam tu kwestię "Gry o Tron"/"ASoIAF"
- o tym następnym razem). Miały być cztery sezony, proszę państwa. Czwarty
zgładzono, embrionem (bo jeszcze nie dziecięciem) będąwszy. Wiecie już, o czym
mowa? Ależ tak. Zabrano nam "Rodzinę Borgiów".
Nie sądziłam, że będę ich
opłakiwać.
Kiedy w 2011 roku wchodziło
"The Borgias", sytuacja rysowała się dość kuriozalnie. Prawie
jednocześnie wystartował inny serial o tej jakże zacnej i sympatycznej
rodzince, który wydawało się, że umarł już po pierwszym sezonie (okazało się,
że pozornie: tej wiosny , nagle i raczej po cichu, zmartwychwstał), i który już
w czasie emisji pozostawał w cieniu swojego ewidentnie lepiej sytuowanego (co
uwidoczniło się nie tylko w doborze obsady) krewniaka. W Polsce zresztą rzecz
wyemitowano pod dość zabawnym tytułem "Prawdziwa historia roduBorgiów". Wszak jakoś trzeba było odróżnić coś nazwanego po prostu
"The Borgias", od czegoś nazwanego po prostu "Borgia"...
Komunikat kierowany do polskiego widza był zatem jednoznaczny: może i nie mamy
Ironsa w roli papy Aleksandra, ale to my dzierżymy prawdę. Koniec końców jedne i drugie "Borgie" leżały
chyba w podobnej bliskości (lub odległości) od prawdy, czymkolwiek owa prawda
(przecież nieuchwytna) by w istocie była. "Borgia" (aka
"Prawdziwa historia" - tak na marginesie, pamiętacie dzieło kabaretu
Limo - "Balcerowicz: prawdziwa historia"? Jakoś tak mi się zawsze kojarzyło...),
a właściwie pierwszy tego serialu sezon (drugiego jeszcze nie nadrobiłam)
ostatecznie tkwi mi w pamięci jako wizualnie dość przyjemne widowicho,
momentami rozbijające się o mielizny drewnianego dialogu, z mocnym akcentem
miscastingowym (vide zwłaszcza Mark Ryder jako Cezar B.). Kłami w czasie
projekcji nie kłapałam, ale łez zachwytu też nie wylałam. Dublowanie klimatów
borgiowskich owym roku 2011 otworzyło mi jednak przysłowiowy nóż w kieszeni. No
bo ileż można. Tkwiła mi jeszcze w pamięci przygoda z pewnymi hiszpańskimi Borgiami (Lluís Homar jako Aleksander VI proszę państwa!), której
nie wspominam dobrze (tak po prawdzie - wspominam ją źle), miała ona jednak
miejsce na tyle dawno temu, że pozwolę sobie nie drążyć tematu. Dość, że już samo
to wspomnienie w kontekście kolejnych
bordżyzmów mających zawitać na ekranie mojego telewizora napawało pewnym
niepokojem. Kilka lat wcześniej cieszyłabym się jak dzika. Gdzieś tam w wieku
lat trzynastu czy czternastu przeczytałam sobie "Rodzinę Borgiów"
Puzo (zresztą - zanim jeszcze sięgnęłam po "Ojca Chrzestnego") i był
to jeden z tych "rozbiegów do renesansu" (upraszczając), których
przedziwne i zmodyfikowane genetycznie owoce zbieram po dziś dzień. U Puzo po
raz pierwszy objawiły mi się jako persony z krwi i kości takie tuzy jak Machiavelli
(który wcześniej jawił mi się mgliście jako ktoś, kim się dzieci straszyło),
najważniejsza bodaj postać mojego środkowego nastolectwa (miałam nawet taką
fazę, że kiedy coś tam sobie wypiłam w pewnym momencie wpadałam w monologi spod
znaku "Machiavelli zawsze miał rację"). Rozumiecie zatem.
Smęty-sentymenty. I wówczas nadszedł ten Jeremy Irons z całym dobrodziejstwem
inwentarza.
Pierwszy sezon. Wszyscy tacy młodzi i wszyscy tacy żywi... / źródło: filmweb.pl
Pierwszy sezon za pierwszym
podejściem przyjęłam raczej chłodno. Jakoś nie mogłam się wciągnąć. Czy to
kwestia tego, że "wszyscy razem już tyle przeżyliśmy..." (czułam się
trochę tak, jakbym dwudziesty raz oglądała wideo z pierwszego wesela Lukrecji,
na którym sama się bawiłam i potem cierpiałam z przejedzenia - lub coś w tym
stylu), czy pewnej rozlewności, momentami wręcz spokoju narracji (wiem, że
wielu się nie zgodzi)... Sezon drugi (w moim odczuciu najlepszy) oglądałam już z
wypiekami. Trzeci rozpoczęto z wysokiego C, balansując wręcz na pograniczu
estetyki kina akcji zmiksowanej z teledyskiem - nie miałam pojęcia, że obśmiewane
slow motion może w taki sposób zafunkcjonować w kinie kostiumowym, tu dałam się
totalnie zaskoczyć. Im bliżej ostatniego odcinka (moim zdaniem nieznośnie i jak
to się mówi - trochę "bez pomyślunku" zakończonego), tym całość
zdawała się coraz bardziej rozchodzić twórcom w palcach. Ale, ale. Czas na pean. Mimo tego, że w owym 2011 trochę mnie
wynudziło. Matko Boska, jaka to była solidna produkcja. Wizualnie - nie
twierdzę, że miała tam miejsce historyczna hiperpoprawność (były takie rodzynki
jak pseudorokokowe lustro w Neapolu albo podejrzanie nowoczesne - biorąc pod
uwagę czas akcji rzecz jasna - portreciki u Gonzagów), ale jakiś rzucających
się w oczy kicksów było na tyle mało, a całość tak ciesząca oko, że naprawdę
zasługuję na wysoką pochwałę. Jakość, jakość! Słuchając dialogów człowiek nie
wierci się z zażenowania. Co w przypadku kostiumów zdarza mi się często. Są
takie finezje scenariuszowe... Jak rozwiązać moment bratobójstwa, żeby mimo
jego ciężaru gatunkowego i nocnej (więc banalnej) scenerii nie wyszło ani zbyt
łzawo, ani zbyt krwawo? Kurcze, można. Świetnie toto wyprodukowane, świetnie
zagrane. Co za soczystość drugiego planu. Nawet nie ma sensu wszystkiego i
wszystkich wymieniać. Mrugnięcia okiem dla fanów ówczesnej artylerii - te
wszystkie "próby techniczne" u Francuzów - ślinka leci, jakkolwiek
okropnie to w takim kontekście brzmi. Już sama czołówka była świetna. Wystąpiły
w niej nawet dwa czy trzy Cranachy. A co. Ale to już wszystko sami wiecie, bo
pewnie w większości oglądaliście.
Ostatecznie uważam, że w związku
z brakiem kontynuacji widzom szkoda stała się wielka. Szkoda paru zmarnowanych
potencjałów (bo niedokończonych), np. mój ukochany wątek neapolitański
(momentami mocno niekanoniczny, ale co tam! Co tam!), gdzie każdy ważniak
okazuje się być psychopatą. W różnym stopniu. Od trucia pokojowych piesków po
istną tortur finezję. Co za miasto, ten Neapol.
Przy okazji płakania nad
borgiowskimi marami nie da się nie myśleć o ich (żywych lub też już martwych)
kuzynach ze średniowiecznego i wczesnonowożytnego (błagam, wymyślcie mi jakiś
skrót tego słowa) poletka. Jak się borgiowskiej fantazji Neila Jordana jeszcze
nie widziało, to należy spiesznie nadrabiać, a jak się widziało, to co?
Promo czwartego sezonu "The Tudors". Co jak co, ale akurat materiały promocyjne pozostawiały w przypadku tego serialu trochę do życzenia... / źródło: wikipedia
To wtedy zawsze można wrócić do
poprzednika, obliczonego na ten sam target. Kierunek północ i "TheTudors". U mnie w domu znani jako "Heniek". "Heniek"
dokonał rzeczy karkołomnej, bowiem walnie przyczynił się do przemiany niżej
podpisanej: z jakiegoś koszmarnego ortodoksa, któremu każdy ahistoryczny
odprysk w łonie kina kostiumowego jawił się jako zbrodnia niesłychana, w... No
cóż. No w to coś, co prezentuję tutaj, kiedy o filmach pisuję. Temat
"wierności historii" (aka prawdzie,
he he) powraca tu jak bumerang. Raz jeszcze. Do czego służyć ma mi serial
kostiumowy/historyczny? Do zdobycia/pogłębienia wiedzy? Nie. Wieczorem, kiedy
padam na twarz, nie miewam już na to ochoty. Do "wsiąknięcia w
klimat"? Jak najbardziej. Żeby "klimat" zaistniał, pewna poprawność
realiów istotnie musi być zachowana. Pewna.
Im większa, tym lepiej, ale tak czy owak, najważniejsze dla mnie pozostają dwie
inne rzeczy: czy owe kostiumowe dzieło lub dziełko broni się po prostu i
zwyczajnie jako dobry kawałek kina. I
czy dostarcza mi porządnej, niekłamanej, czystej rozrywki. Od serialu nie
oczekuję, że mi życie wywalił do góry nogami. Żebym doznała światopoglądowego
wstrząsu (chociaż "Tudorowie" jak widać niechcący zdołali wywrzeć
wpływ na zmianę poglądów). Wstrząs trudno rozpisać na dziesięć odcinków. No,
może się mylę. Ale co z tym "Heńkiem"? Pamiętacie, co się działo,
kiedy wchodził na ekrany? Pamiętacie, kiedy zewsząd spozirał na nas Jonathan
Rhys Meyers? Który jako odtwórca głównej roli aż zdawał się krzyczeć
"JESTEM NIEKANONICZNY"? Kostiumy. Fakt, że były mocno zmodernizowane
i w wielu przypadkach stały bardzo daleko od muzealnych eksponatów, tłumaczono
podobnie, jak takie a nie inne obsadzenie roli Henryka VIII,
jak-wiadomo-rudego, jak-wiadomo-(później)-grubego. Kostiumy miały być
atrakcyjne dla współczesnego oka, tak jak ich pierwowzory były atrakcyjne dla ludzi
współczesnych Henrykowi. Trudno wmówić współczesnej kobiecie, zwłaszcza tej,
która z XVI-wiekiem ma do czynienia raz od wielkiego dzwonu, że facet, z
którego sylwetki ubranie robi odwrócony trójkąt (ramioniska, jakich nie powstydziłby
się ludzik Michelin'a), to największe na dworze ciacho (albo jedno z
największych ciach). Podobnie z naszym głównym bohaterem. Młody Henryk uchodził
za przystojniaka? No to zróbmy przystojniaka. Wedle współczesnych, naszych, XXI-wiecznych kanonów. "Heniek"
zatem gwałcił historię na prawo i lewo. W scenariuszu. W kostiumach. W doborze
obsady (chociaż np. taki Jeremy Northam był Tomaszem More'm istnym i
wskrzeszonym). W scenografii trochę mniej. I co? I oglądało się to świetnie.
Cztery sezony młócone pod rząd zleciały jak z bicza strzelił. Choć to też była
przecież historia, którą w zasadniczych zarysach (acz "Dynasta
Tudorów" potrafiła zamieszać nawet w kwestiach zasadniczych) wszyscy doskonale
znamy.
Słódźmy dalej. Ani Borgiowie, ani Tudorowie w wydaniach
serialowych nie są jednak moimi prywatnymi zwycięzcami w swojej kategorii.
Najwięcej niekłamanej rozrywki dostarczyła mi inna produkcja.
Plakat straszny. Niech nie zniechęca! / źródło: filmweb.pl
Jaki jest miernik "serialu
skutecznego"? Tak bardzo-bardzo skutecznego w rozrywaniu? Dla mnie
probierzem jest to, czy po obejrzeniu zaczyna on żyć własnym życiem. Nie chodzi
o żadne tam fandomy, tylko o prozę życia. W mojej rodzinie "Filary Ziemi" to już chyba istotnie rzecz kultowa. "Mamo, no nie zdzierżę
więcej tej nauki łaciny" - "Nie martw się, Jack też musiał, a nie
chciał". Funkcjonuje określenie "zrobić happening jak Filip pod
kopalnią". Albo "bać się czegoś, jak William piekła".
Ostatecznie można rzec "ale z niego brat Remigiusz" i każdy wie o co
chodzi. I wszystko, absolutnie wszystko związane z budowaniem, remontowaniem i
innymi weekendowymi czynnościami musi prędzej czy później wywołać imię Toma
Budowniczego. Można też "zarosnąć jak Rysiek po krucjacie". Nic z
tego bełkotu nie da się zrozumieć? Och, język hermetyczny. Myśleliście, że
tylko bohaterowie "Pierwszej Miłości" mogą przenikać do codzienności
szarego obywatela ("o, patrz, u nas Boże Narodzenie, i w Klanie też!")? BŁĄD.
"Filary" powiodą was
oczywiście przez parę klisz. Będziecie się zastanawiać, czemu was w sumie tak bardzo
ekscytuje: kto, z kim i po co, czy się zemści - czy się nie zemści, kim był
jego ojciec etc. - pełen arsenał "Mody na sukces", nie da się ukryć,
plus: dlaczego duchowni wysokiego szczebla zawsze są tacy nikczemni (ci
średniowieczni najbardziej). Ależ banały, prawda? Więc naprawdę trudno
uwierzyć, że "Filary", kiedy wyłączy się myślenie o
"poprawności" (budowa katedry, która jest jedną z osi tej opowieści,
to momentami ciężka próba dla zorientowanych historyczno-sztucznie) i o
"ambitności", są w stanie rozerwać człowieka tak dokumentnie, że może
je potem oglądać i dziesiąty raz, a ciągle będzie się rozrywał tak samo. Pod
względem realizacji rzecz ta oko kusi. Zagrane wybornie. Grają zresztą
kostiumowi "etatowcy" (to zagadnienie na osobną notkę), tak zasłużeni
jak Rufus Sewell (który "żył" już chyba w każdej epoce, raz jako Agamemnon,
raz jako Karol II angielski i jeszcze wiele innych postaci), nabierający
rozpędu i kostiumowego doświadczenia (Hayley Atwell, a przede wszystkim Matthew
Macfadyen i Eddie Redmayne), oraz ci w przedbiegach, o których można
prorokować, że "na etacie" zostaną (David Oakes, czyli Juan z
"Rodziny Borgiów", który nawet specjalnie nie musiał wychodzić w tej
sytuacji z "Filarowej" roli). No i Ian McShane jako biskup Waleran, faworyt
mój absolutny, Schwarzcharakter doskonały, którego sama już zblazowana mina
"na zdegustowanego karpia" wywołuje mój szaleńczy i pełen entuzjazm. Produkowali
(między innymi) Tony i Ridley Scott. O czym jak o czym, ale o kostiumówkach
wiedzą wiele.
Na koniec rzecz wymowna.
"Filary" są, jak zapewne wiecie, ekranizacją powieści Kena Folleta.
Książkę zaczęłam czytać. Po obejrzeniu
(mini)serialu, który - jak się okazuje - jest w większym stopniu inspirowany
literackim pierwowzorem, niż ściśle na nim bazujący. Poczytałam trochę... i
przestałam. Sama trochę się sobie dziwię, ale filmowe "Filary" wydały
mi się na tyle kompletne, że chyba po raz pierwszy w życiu nie chciałam sobie
zmieniać ani uzupełniać odbioru fabuły i klimatu poprzez dopełnienie ich
książkowym poprzednikiem.
Najbardziej zaleca się
"Filary" raczej niedzielnym miłośnikom średniowiecza, a już zwłaszcza
totalnym debiutantom. Sama znam kilka osób, które złapały bakcyla i z takich
opowiastek ruszyły w stronę "twardej" historii.
Zarówno w wersji papierowej jak i
filmowej, "Filary ziemi" doczekały się kontynuacji. O tym następnym
razem, w kolejnym poście serialowym, tym razem krytykanckim, bo poświęconym
zmarnowanym szansom, zaprzepaszczonym potencjałom i temu, że jak nie wiadomo o
co chodzi, to chodzi o pieniądze - a kreowanie średniowiecza na ekranie jednak jakiś pieniędzy wymaga.
Dopychając kolanem zdjęcia z
ostatniej notki postanowiłam, że kiedy następnym razem się tu zjawię (coś
czułam, że prędko to nie nastąpi) muszę zdecydowanie zejść z poletka sztuk
plastycznych, a najlepiej w ogóle z poletka średniowieczności wizualnych – tak
dla odmiany. A konkretnie – uraczyć czytelników porcją muzyki.
Kompletnie nie potrafiłam się
zdecydować, z jakiej strony temat ugryźć, więc ostatecznie gryzę z
najprostszej. Mianowicie – zapraszam do zapoznania się z bardzo krótkim
wyciągiem z goszczącej na moim dysku około-średniowiecznej playlisty. Z całą
szczerością i dla oddania sprawiedliwości muszę na wstępie zaznaczyć, że aktualnie nie są
to klimaty, których słuchuję codziennie, ba, potrafię ich nie słuchiwać całymi
tygodniami i często podchodzę do nich na takiej samej zasadzie, na jakiej
grzebię w kinie kostiumowym w ogóle,
a nie tylko tym, które mi się podoba, czyli – nie zawsze dla przyjemności, ale za
każdym razem z ciekawości i swego rodzaju poczucia kronikarskiego obowiązku. Są
oczywiście utwory, które na stałe weszły do kanonu moich rzeczy ulubionych,
jednak na poważne posiedzenie z tego rodzaju muzyką po prostu muszę mieć dzień. Podstawowy walor wszelkich tego rodzaju atrakcji, czyli pozostawanie w bliższym lub dalszym związku ze średniowieczem, jest jednak dla mnie na tyle dużym i stałym magnesem, że raz na jakiś czas wracam, szperam i wyławiam.
Nie będę wdawać się w dywagacje
gatunkowe, to znaczy – który kawałek muzyki możemy zaliczyć do tego, co zwiemy
neo-medievalem, a co jest po prostu jedną z odmian folku, gdzie te wszystkie
granice przebiegają i czy w ogóle jest sens cokolwiek w ten sposób różnicować –
zresztą problem ten kiedyś już sygnalizowałam. Ostatecznie jestem zwolenniczką jak
najbardziej niefrasobliwego podejścia do wszelkich tego rodzaju definicji.
Wybór jest bądź co bądź niewielki
i trochę przypadkowy. Zresztą – zawartość niniejszej notki zalecam zwłaszcza
tym, którzy z klimatami średniowiecznymi w muzyce jak najbardziej współczesnej
tak-zwanej-rozrywkowej mieli dotąd do czynienia w stopniu minimalnym, albo i
wcale. Znawców tematu (do którego to miana sama zresztą w żadnej mierze nie
pretenduję, jako niedzielny słuchacz tego rodzaju klimatów) pewnie niczym tutaj
nie zaskoczę, a może nawet nieopatrznie wywołam niezadowolenie spod znaku ‘dlaczego
jest to, a nie ma tamtego’. Ufna jednak w miłe usposobienie moich zacnych
czytelników, mam nadzieję, że i starzy wyjadacze z przyjemnością założą
słuchawki i nawet jeśli niczego nowego nie poznają, to przynajmniej coś sobie
przypomną, a może i jakaś łza wspomnienia się w ich oku zakręci.
Pisząc te słowa słucham
poniższego zestawu po raz w dniu dzisiejszym drugi i muszę przyznać, że obok
wartości ciekawostkowo-poznawczej posiada to wszystko dodatkowo pewien walor
odprężający, tak bardzo jest oderwane od wszystkiego, co dookoła. Ostatnio, w mocno stresującym i jeszcze bardziej robotnym sezonie
katuję się głównie utworami z rodzaju „mobilizujących”, albo usilnie staram się
wychwycić (czasem wręcz wymyślić…) wątek motywujący w ich tekstach, do tego
stopnia, że nawet kiedy słyszę takie dajmy na to „Salt of the Earth” Stones’ów,
to wydaje mi się, że słowa „let’s drink for the hard working people”
wydają mi się apelem o toast w intencji mojej, a nie tych wszystkich „common
foot soldiers” i innych, naprawdę ciężko (zwłaszcza fizycznie) pracujących
ludzi. Ech. A wystarczyłoby po prostu zanurzyć się w przaśnej
średniowieczności - w której tkwi zresztą pewne niebezpieczeństwo, zwłaszcza dla
osób, które są w tej materii nowicjuszami. Łatwo ulec wrażeniu, że to wszystko
czasami trochę wieje jakimś Disneylandem i innymi parkami rozrywki, albo –
częściej i jeszcze bardziej złowrogo – Eurowizją. Na szczęście – tylko czasami.
Średniowiecze można muzycznie mielić na tak wiele różnych sposobów, że –
zaręczam – nawet jeśli jeden albo i dwa z nich was zrażą (mnie razi pewnie co najmniej
kilkanaście), zawsze znajdziecie taki, który uszu wam nie kaleczy, a może nawet
sprawia przyjemność.
Gotowi?
Przykłady układam alfabetycznie. (I z góry przepraszam za to, co jawić się wam będzie przed oczami - niestety skazani jesteśmy na youtube'a, a tam pomysłowość nie zna wszak granic...)
Corvus Corax –
Sverker
Całe szczęście, że „C” jest
jedną z pierwszych liter alfabetu. Co tu się rozwodzić – Corvus Corax to w
swoim gatunku po pierwsze gwiazda największego formatu, a po drugie –
najprawdziwsi nestorzy sceny. Nie czas i miejsce, by opiewać szczegółowo dzieje tej grupy, koniecznie jednak trzeba odnotować, że na tle tej naprawdę stosunkowo
jeszcze młodej sceny są to prawdziwi weterani – korzenie zespołu tkwią w roku
1989. Uwierzcie – w tym przypadku to nie lada wyczyn. Od tego czasu panowie
średnio co dwa lata wydają coś nowego, po drodze przydarzyła się im. m.in. Carmina Burana, tj. ich własna wariacja
na temat, którą warto sobie przesłuchać, chociażby po to, żeby uświadomić
sobie, że nie jednym Orffem Carmina żyje.
Poza tym muzycy sporo koncertują i o stronę wizualną, a jakże, dbają, chociaż wolę o niej nie pamiętać...
Gruppenfoto Corvus Corax. Wiem. To nie budzi zaufania.
Dla mnie osobiście najważniejszą
kwestią w tym przypadku jest to, co ma Corvus Corax czego nie mają inni
reprezentanci neo-średniowiecznej sceny. W swoich początkach zainteresowania
tym tematem byłam w pewnym momencie strasznie zniechęcona, wszystko, czego się
tknęłam, brzmiało mi jak jakieś natchnione pitu-pitu, takie średniowieczowanie
kompletnie bezkrwiste i bez przysłowiowego „wykopa”. Wszystko piękne i
eteryczne aż do zanudzenia, jakby – przepraszam za te słowa – ktoś wykastrował
dawnych minstreli świata tego, a wesołe, pląsające dziewki napełnił lekami
nasennymi. No i w tym momencie pojawili się Corvus Corax, ze swoim muzycznym
„średniowieczem” potężnym jak mury romańskich kościołów w Normandii. Panowie
często w wywiadach podkreślają, jaką to im sprawia frajdę, że na wielu
festiwalach występują jako jedyny zespół spod znaku neo-mediavala obok kapel
metalowych. Coś w tym jest. Chcecie wykrzesać takie uderzenie, jakie oni
krzesają na tym swoim instrumentarium? Nie próbujcie tego w domu. Potężna
energia i równie potężna wyobraźnia – pomysły niekiedy szalenie oryginalne, bo
to jest przecież średniowiecze uwspółcześniane (jednak klimat nigdy nie chyli
się nadmiernie ku współczesności). No i to, co osobiście lubię najbardziej –
ich sekcja rytmiczna! W wielu utworach po prostu wysuwająca się na plan
pierwszy, soczysta jak mięsiwo wielgachnego, obłego dzika, a nie jakiejś
nędznej kury, jaką zdarza się, że serwują nam ich koledzy po fachu.
Sverker, z krążka pod tym samym tytułem (z 2011 roku) to jeden z przykładów
pod tym względem idealnych, przy tym – z jakże skutecznym stopniowaniem napięcia: pięknym i
chwytliwym, „samotnym” motywem przez pierwsze pół minuty – no i wtedy… I cóż te
bębny imitować miały? Pewnie sami już poznaliście. Rytm wioseł. Płyniemy na
wojnę.
Corvus Corax – Skudrinka
A tu przykład – nazwijmy to –
koncertu „pokoleń”, a raczej stuleci. Kiedyś śmiałam się z koleżanką (ciekawe,
czy pozna, że to o niej mowa) jak to by było zabawnie zostać pierwszym
neo-medievalowym dj-em (dj-ką w zasadzie) miasta Wrocławia (zakładając, że
takowi nie istnieją). Miałam wtedy w głowie właśnie aranże takie jak ten.
Przysłuchajcie się, jak ta torpeda narasta, jak przyobleka się w kolejne
warstwy, jak przygasa, żeby potem się rozpętać na nowo, a pod koniec po prostu
pozostaje już tylko rzec – jak w tytule tego posta – zacny bit, moiściewy!
Corvus Corax - Bacchus
Na koniec Bacchus. Jako dziewoja pochodząca z Zielonej Góry nie mogłam sobie
nie pozwolić na to, żeby go nie zamieścić. Podobnie jak Skudrinka, to utwór z krążka Viator
z 1998. I w ogóle pierwszy utwór CC jaki usłyszałam – nie był to zresztą
przypadek, pochodziłam do sprawy wiedząc już, że będę mieć do czynienia z
tuzami, no i cóż – wybierałam po tytułach, padło na Bachusa. Miałam wrażenie,
że zaczął się konwencjonalnie, no ale potem weszły bębny. O Dionizosie, co za
ulga.
Faun – Da que Deus
Faun dostał tu już kiedyś całą
notkę na temat swojego Edenu – po co
więc znowu? Zespół wydał ostatnio nowy album, a ja pomyślałam, że trzeba cofnąć
się do ichniej klasyki, czyli do Renaissance
z 2005 roku. Da que Deus to
utwór, który był już odmieniany na różne sposoby, dla mnie sposób a’la Faun
pozostaje jednak najbardziej świeżym i doskonale ilustrującym to, co dla mnie
stanowi o specyfice zespołu i o czym już pisałam – lekkość, jakąś niemal
elegancką powściągliwość (o ile w przypadku takiej muzyki w ogóle może być mowa
o powściągliwości). W sposobie, w jaki zaaranżowali Da que Deus jest coś jakby niezamierzenie klasycznego. Nadal uważam
– to jedna z najlepszych grup na dobry początek, jeśli nie najlepsza.
Garmarna – Gamen
Ach, Garmarna! W mniejszym
stopniu można tu mówić o średniowieczu, więcej po prostu o szeroko rozumianej
muzyce dawnej – ten szwedzki zespół głównie parał się tworzeniem nowych
aranżacji tradycyjnych, ludowych ballad. Gamen
to utwór otwierający Vedergällningen
z
1999 r. – i w jaki sposób on go otwiera… Zawsze kojarzy mi się z czymś w
rodzaju matrioszki – można go rozebrać na kilka warstw, które stojąc obok
siebie będą wyglądać samowystarczalnie i nawet trochę jak każde z innej parafii
(bo matrioszki będą w różnych kubraczkach), ale potem nagle ktoś je składa,
potrząsa tą największą i pozostałe zaczynają w niej grzechotać… Odarty z
podkładu wokal, nieco spowolniony, byłby sobie faktycznie po prostu przaśną,
może trochę nastrojową balladą. Na to smyczki – klimat (w dobrym słowa
znaczeniu) wiejskiej imprezy. Dalej perkusja – z takim przyspieszeniem i takim
rwaniem z kopyta, że z siodła wysadza no i do pozostałych składników pozornie
pasuje pozornie jak wół do karety. Do tego wokal Emmy
Härdelin, czysty, przejrzysty i nie nachalny. To jest ten rodzaj wokalu,
który niezmiernie lubię – umiejętnie powściągający naprawdę duże możliwości,
prosty i skuteczny. Polecam pod tym kątem prześledzić całe Vedergällningen. Efekt tego miksu?
Bardzo smaczny. Zwłaszcza podany na głośno.
Hedningarna – VargTimmen
Pozostańmy w Szwecji.
Hedningarnie zawsze bliżej było do pogan, niż do średniowiecza chrześcijańskiego.
To zresztą kolejni nestorzy – zespół powstał w 1987 r., ale z racji wyżej
wspomnianego przesunięcia akcentów jakoś nie są wymieniani jednym tchem obok
Corvus Corax jako eksponaty z tego samego wora. Ja jednak chętnie widzę ich na
jednej półce i ramach jednej playlisty. VargTimmen
(z Trä, 1994) to utwór pogięty jak szlaczki, które dzieci rysują we
wczesnej podstawówce i w podobny sposób, zamierzenie prymitywny. Po
otwierającym go zaśpiewie w żaden sposób nie spodziewacie się tego, co dzieje
się później. Energia prawie punkowa, słowa bardziej skandowane niż śpiewane. A
to, co następuje około trzeciej minuty? Cóż to takiego? Skrzaty w lesie? Jak
daleko odeszliśmy od… Od czego właściwie? Gdzie tu jeszcze są „inspiracje”, a
gdzie nowe jakości?
Sava – Cernunnos
Cóż. Sava i kolejna twarz
około-średniowiecznych klimatów. Przyjemna, prosta w odbiorze i w zastosowaniu.
I chyba trochę bez ikry. Prezentuję tu dokonania Savy jeszcze z czasów, kiedy zasadniczo
był to duet i kiedy obok Birgit Muggenthaler tworzył pod tym szyldem również
Oliver s. Tyr, znany szerzej jako frontman Fauna. „To nie to” chciałoby się
rzec, chociaż trzeba tu brać pod uwagę czynnik czasu – płyta Aire, z której Cernunnos pochodzi, powstała w 2004 r., wyprzedzając Renaissance o rok, nie mówiąc już o
bardzo dobrym Edenie. Cóż więc
niespecjalnie porywający (mnie) utwór robi w tym wyciągu? Mam wrażenie, że
zarówno on, jak i całe Aire prezentuje
taki właśnie umiarkowany poziom „niewiele powyżej średniej”, czyli właściwie
stanowi idealną, bo przeciętną ilustrację swojego gatunku, reprezentatywną
zwłaszcza dla ubiegłej dekady. Dla chętnych rozgrzebania tematu od tej strony –
rzucam taką oto przynętę.
Schandmaul – Traumtäntzer
I na koniec przykład, że tak też
może być. Odwrotna proporcja, gdzie procent współczesności dominuje nad
„dawnością”. Nie przeczę. Chwytliwe to. Nie przeczę też i sumiennie informuję,
że również Schandmaul obecnie należy do grona tuzów sceny (przyznam, że sama
nigdy do końca nie rozumiem, dlaczego). Podobnie zresztą brzmi spora jej część,
przynajmniej takie odnoszę wrażenie. No ale co z odwrócenia proporcji wychodzi?
Coś nieco groteskowego? Takie kawałki nieodparcie kojarzą mi się ze
„średniowieczem w stylu MTV”, filmami w rodzaju Obłędnego rycerza, opcjonalnie też z muzycznymi talent-show. Nie
jest to wszystko takie od razu i bezdyskusyjnie deprecjonujące takie utwory jak
Schandmaulowy Traumtäntzer (rany,
jeszcze ten tytuł...), tym bardziej, że potrafi się on (ostrzegam!)
nieopatrznie wkręcić na amen na cały dzień - jednak chyba chciałoby się rzec,
że nie tędy droga. Chociaż – skoro oglądamy czasem (ja oglądam) naiwne komedie
romantyczne, filmy o tym, jak jeden facet w podkoszulku pokonuje jednym ruchem
pięści pięciu opancerzonych osiłków albo połykamy czytadła, w porównaniu z
którymi Danielle Steel zaczyna nagle przypominać Hemingway’a – to pewnie czasem
może się zdarzyć, że potrzebować będziemy takiej trochę kuriozalnej muzyki.
Zresztą – jest wiosna. Więc choć na chwilę – mózgi na bok i przed siebie! Z
przytupem. Tego życzę, zwłaszcza na majowy weekend.
I dlatego – zapowiadam, żeby
później nie mieć wymówki – następnym razem coś o tym, co sprawia, że młodzież zarzuca pisanie
licencjatów, magisterek i doktoratów, co powoduje, że dzieci w kołyskach nie mogą
dowołać się swoich matek i że do niektórych znajomych nie idzie się dodzwonić w
weekendy w okolicach godziny 20:00, pomimo tego, że siedzą w domu. O
pocieszycielach i wspomożycielach znoju dnia codziennego. O serialach.W kostiumie i w wyborze subiektywnym.
W ramach misji prezentowania kina
kostiumowego trochę mniej znanego – pora poluzować dominację produkcji
angielskich i francuskich i zachęcić do wizyty gdzie indziej. Np. w Hiszpanii.
Dzisiaj Walentynki, więc czas
napisać coś o miłości.
Bądźmy szlachetnego ducha i
pomyślmy w tym momencie o tych, którym na jej polu wybitnie nie wyszło. Kino
ubrane w kostium zwykle stara się nam zasugerować albo wręcz wytapetować przed
oczami, że grupą zawodową szczególnie skazaną na miłosne porażki jest grupa
rządzących, w przeciwieństwie do rządzonych, którym jednak czasem się udaje.
Zwłaszcza w ekranizacjach powieści Jane Austen. Filmowi monarchowie mają jednak
zwykle pod górkę. Bo i takich film wybiera. Pardon, nie tyle monarchowie, co
ich mniej lub bardziej zacne małżonki. Oczywiście widuje się na ekranie pary,
które jakoś się razem trzymają, pomimo wszelkich niesprzyjających okoliczności
(czasem bardzo osobliwych, jak w Szaleństwie króla Jerzego), są tacy, którzy utrzymują, że pobrali się z miłości (jak
Henryk i Eleonora, ale Lew w zimie
pokazuje, że to tylko dobre złego początki). Istnieje jednak pewien trend
ukazywania małżeńskich porażek, który proponowałabym ująć w ramy osobnego podgatunku
i określić mianem dramatu matrymonialnego.
Pewnie przychodzą wam teraz do głowy
liczne przykłady, pewnie każdemu inne, a to już niezbity dowód na to, że pod
względem ilościowym dramat matrymonialny jako podgatunek dramatu historycznego
ma się doskonale.
W dramacie matrymonialnym stroną
poszkodowaną jest zwykle ona. Biedna Ona, młoda, niedoświadczona, musi nagle
opuścić swoje gniazdko i przemierzyć drogę liczącą czasem i kilka tysięcy
kilometrów (którą da się też przeliczyć na wiadra wylanych łez), na końcu
której czeka On – uosobienie Dramatu. Upraszczając – dramatyczność Onego może
się wyrażać w:
a) tym, że jest o kilka dekad
starszy od swojej wybranki, i nie, nie jest
pięćdziesięciolatkiem-ciągle-jeszcze-fit, tylko istnym, starym piernikiem; to
wariant jeszcze stosunkowo mało dramatyczny – Ona, widząc Onego, od razu wie,
że nie należy się (pod każdym względem) wiele spodziewać, liczy też, że małżeńska
niedola długo nie potrwa – może dlatego owa niedogodność przypominająca motyw
‘niedobranej pary’, znany z ikonografii, często dotyka bohaterki drugoplanowe;
ostatnimi czasy było tak np. w Dynastii Tudorów, czy francuskim, mocno mizernym, również XVI-wiecznym kostiumie, Księżniczce Montpensier, gdzie co prawda
swata się szlachtę, nie monarchów, ale ta jak wiadomo zwykła przyjmować jak
najlepsze wzorce ze dworu (swoją drogą – ten wariant ożenkuotwierał już najbardziej dostojne klasyki,
żeby wspomnieć Dolinę pszczółz 1968);
Lucas Cranach St., Niedobrana para, ok. 1525-30, Musée des Beaux-Arts et d'Archéologie, Besançon
b) tym, że On może i wiekiem
odpowiedni, żaden zwyrodnialec, ale po prostu ciaputek i się-nie-podoba – to z
kolei problem głównej bohaterki wyżej wspomnianego dzieła kinematografii
francuskiej, które w ogóle jest matrymonialnie tak grubo ciosane, że prawie
rozkoszne – dookoła źle-za-mąż-wydanej Onej kłębi się taki wianek adoratorów,
że podtytułem filmu powinno być ‘Inwazja Absztyfikantów’; ciaputki to chyba w
ogóle problem chętnie roztrząsany przez Francuzów, żeby przypomnieć współczesną
naszej rozrywanej księżniczce Królową MargotChéreau (lub każdej innej wersji)czy ostatnią Marię Antoninę, gdzie poczciwy Ludwik przypomina charakterologicznie budyń;
c) tym, że on jest po prostu
człowiekiem złym – wariant zdecydowanie najgorszy, ale i najbardziej
spektakularny: upokarza, pogardza, odtrąca, czasem rękę podniesie albo jaki
ciężki przedmiot – to tak traktowanym Onym współczujemy najbardziej;
XVIII-wieczne przykłady z ostatnich lat: pamiętna Księżna i zeszłoroczna produkcja duńska (!), w dystrybucji
nadwiślańskiej funkcjonująca pod jakże wdzięcznym tytułem Kochanek królowej, gdzie On był już po prostu szalony, chociaż
dziwnym trafem pod koniec filmu i tak jawił się sympatyczniejszym niż ów kochanek,
któremu nie pomogło nawet to, że grał go Mads Mikkelsen.
Po tym przydługim wstępie pora
wyciągnąć asa z rękawa.
Może się bowiem zdarzyć, że ktoś
postanowi nakręcić film nie o tym, jak to małżonkowie nie przypadli sobie do
gustu, lecz o tym, jak przypadli sobie za bardzo. I o tym, że właściwie nie
wiadomo co gorsze. Happy End? Zapomnijcie.
O tym jest Juana la Loca(2001, reż. Vicente Aranda), hiszpański kandydat do
Oscara w 2002 r., a przede wszystkim - kostiumowy dramat matrymonialny jedyny w
swoim rodzaju.
Bo jeśli ktoś chwyta się takiej
postaci jak Joanna Szalona, osobliwości uniknąć po prostu nie może.
Ona: rocznik 1479, córa dopiero
co posklejanej Hiszpanii, czyli Królów Katolickich - Ferdynanda Aragońskiego i
Izabeli Kastylijskiej. Jak już jesteśmy przy temacie małżeństw – siostra
Katarzyny, pierwszej żony Henia VIII. Ładna, dziarska, nastoletnia, pełna
naturalnych w matrymonialnej sytuacji obaw – a jak to będzie, a że z domu
wyjechać musi, a że już matki pewnie nie zobaczy, a że trzeba się rozstać z
rodzeństwem i przyjaciółmi z dzieciństwa. Zgrabnie. Odpływa daleko, bo aż do
Flandrii. W momencie, kiedy stawia stopę na swojej nowej ziemi, On akurat
poluje. Znamienny to fakt, także w przenośni.
Mistrz legendy św. Marii Magdaleny, Joanna Kastylijska, ok. 1495-96
On: Filip, rocznik 1478, syn
Maksymiliana I, wtedy-jeszcze-nie-cesarza, i Marii Burgundzkiej. Urodę
najwyraźniej wziął po matce, bo trudno by było być miniaturką ojca i nosić
przydomek Piękny. Bynajmniej nie typ intelektualisty. Ulubione rozrywki:
polowanie na zwierzynę i na ładne dziewczęta.
Mistrz legendy św. Marii Magdaleny (?), Filip Piękny, ok. 1500
W 1496 roku Joannę poraziła nawet
nie tyle strzała, co istny grom. Filipowi Joanna się spodobała.
Kilka mniej lub bardziej
oczekiwanych zgonów doprowadziło do tego, że wkrótce Joannie przypadł tron
Kastylii. Małżeństwo zaczynało procentować.
Być może znacie ciąg dalszy tej
historii. Joasia jakoby oszalała. Z miłości co prawda, ale jakoby dokumentnie.
Po śmierci Filipa (w zaledwie dziesięć lat po ślubie) miała jakoby nie rozstawać
się z nim przez czas jakiś dłuższy. Nawet XIX-wieczni autorzy powieści grozy by
na to nie wpadli – jakoby woziła filipowego trupa ze sobą, przemawiając do
niego, sypiając z nim w jednym łożu – no, oszczędzę dalszych szczegółów. Po
pogrzebaniu nieszczęsnych szczątków (co nie nastąpiło bynajmniej szybko),
przybywała jakoby w odwiedziny do zmarłego małżonka, trumnę otwierała… Akcja
Heathcliffa z wykopywaniem zwłok Katarzyny w Wichrowych Wzgórzach to przy tym czysta amatorszczyzna.
Film oglądałam trzykrotnie. Za
pierwszym razem miałam wrażenie, że celem twórców była próba przywrócenia
joasinej godności – inaczej mówiąc: ukazanie, że taka szalona to ona wcale nie
była. Była po prostu zazdrosna. Za drugim zaczęłam wyraźniej dostrzegać pewne
elementy, które sprawiają, że nie jestem w stanie jednoznacznie tego filmu
ocenić, o czym niżej. Za trzecim razem doszłam na powrót do wniosku, że jeśli
nie Joanna-postać historyczna, to przynajmniej Joanna-postać filmowa, szalona
istotnie była. Nie jednak w tym sensie, który stawia znak równości między
słowami „szaleństwo” a „obłęd”. Co chyba jednak jeszcze ważniejsze biorąc pod
uwagę kanon dramatu matrymonialnego, gdzie widz zwykle sympatyzuje ze zdradzaną
i upokarzaną – odniosłam wrażenie, że tak prawdę mówiąc, nijak z nią
sympatyzować nie jestem w stanie. Po tylu seansach przepełnionych współczuciem
dla wzgardzonych małżonek było to naprawdę zaskakujące odkrycie.
Trzeba wyglądać.
Joanna jest nie tylko zazdrosna.
Zanim jeszcze zazdrosną się stanie (czytaj: zanim nie nakryje Filipa w sytuacji
jednoznacznej z inną panią) dąży do absolutnego ubezwłasnowolnienia swojego
małżonka. Nie, nie w tym sensie, w jakim kobiety ze świecznika zwykły to
czasami czynić – w sensie manipulowania swoją drugą połową powiedzmy na arenie
politycznej, czy chociażby w obrębie gospodarstwa domowego. Powiedzmy sobie
wprost – nasza droga bohaterka jest non-stop rozochocona. Filip, początkowo
zachwycony, stopniowo staje się po prostu zdumionym, a z czasem coraz częściej
zażenowanym. A widz wraz z nim i prawie zaczyna mu współczuć, chociaż jest on w
gruncie rzeczy beznadziejnym bawidamkiem i beznadziejnym aspirującym władcą.
Aspiracje prowadzą zresztą do spisku mającego na celu przechwycenie korony
Kastylii, z pominięciem Joanny, którą całe rodzime lobby Filipa uznaje zgodnie
za obłąkaną, w przeciwieństwie do wiernego jej stronnictwa kastylijskiego.
Pierwszy seans: byłam oburzona! Nie dość, że zdradza ją łażąc do burdelu (mało
imponujące, to sami przyznacie), to jeszcze zdradza politycznie! Trzeci seans: przestałam
się dziwić. Chociaż na miejscu biednych Kastylijczyków, widzących obie opcje i
obie możliwości, chyba bym ręce załamywała z rozpaczy. Nasza filmowa Joanna
spędza bowiem czas dwojako: albo snuje intrygi mające na celu odkrycie innych
intryg, mających na celu zakamuflowanie pozamałżeńskich swawoli Filipa, albo
czyni małżonkowi wymówki, w dużej mierze słuszne, ale na Boga, w jakiej ona
formie to robi… I tu dochodzimy do momentu, w którym muszę przyznać, że czasami
nie wiem, jak należałoby naszą Juanę
ujmować i w jaki sposób rekomendować.
Na początku było miło. W dniu ślubu - Filip jeszcze zapatrzony.
Film jako kostium broni się moim
zdaniem bardzo dobrze. Budżet był średni, ale co trzeba było zrobić – to zrobiono.
Wizualnie jest dobrze, dekoracje bardziej proste i skuteczne niż wyszukane i
spektakularne (czyli tak jak lubię). Podobnie kostiumy. Aktorsko film też się
broni, bywa, że drugi plan jest nieco drewniany i zastygły, ale jeśli na
ekranie przez większość czasu gości Pilar López
de Ayala,naprawdę dobra w roli Joanny, przestaje się na to
zwracać uwagę – sama jest taka intensywna.Filmowego
Filipa (w tej roli Daniele Liotti) będę chyba pamiętać do końca życia, nie tyle
nawet ze względu na walory aktorskie (powiedziałabym – bez fajerwerków, ale sam
portret niezbyt lotnego, w gruncie rzeczy dość nieporadnego, próbującego
zgrywać twardziela, wychuchanego książątka – przekonujący), co na fakt, że… prędzej
mógłby uchodzić za rodzonego syna Maksymiliana niż jego prawdziwy syn. Nie
zaryzykuję może stwierdzenia, że ‘skóra zdjęta’, ale naprawdę coś jest na
rzeczy. Małe, a cieszy.
Wszystko gra, no to w czym problem? W tym, że ta historia jest tak
specyficzna, że momentami aż groteskowa. Unosi się delikatny posmak telenoweli.
Język hiszpański bynajmniej nie pomaga… Czego tu nie ma. Poza standardami w
rodzaju ‘przydybanych’ jest jeszcze wzajemne okładanie się po twarzy, po czym –
padnięcie w ramiona (tzn. Joanna pada, Filip wygląda, jakby coś dziwnego się do
niego przykleiło), całe bogactwo odmian niewieściej tyrady spod znaku ‘ty już
mnie nie kochasz’, finezyjne próby wzbudzania zazdrości… Rzeczą naprawdę
zabawną, ale w sposób nie wywołujący pobłażliwego uśmieszku, tylko naprawdę
kapitalny, są filipowe reakcje na wyrzuty małżonki. W wielu przypadkach ma on
dla niej jedną odpowiedź. ‘Jesteś szalona’. Och, obejrzyjcie to koniecznie –
jak ona się miota, jak prycha, jak syczy i słyszy tylko to zdegustowane ‘Estas
loca…’. Wyobrażam to sobie u państwa Kowalskich. Ona: że on się obija, śmieci
nie wyrzuca, leży na kanapie i ma pretensje, że zupa była za słona… ‘Jesteś
szalona’ – słyszy. W tle śpiewa Shakira.
Jeśli jesteście w stanie strawić
to wszystko, co wymienia powyższy akapit – oglądajcie bez obaw. Naprawdę jest
to jeden z najbardziej oryginalnych ‘dramatów matrymonialnych’ w kostiumie,
jakie widziałam. Poza romansidłowymi michałkami – momentami naprawdę
wartościowy. Przypomina mi się scena, w której lud kastylijski manifestuje
swoje przywiązanie do Joanny w momencie, kiedy już prawie odsunięto ją od
tronu. Bardzo soczyste.
Lud stanął murem. Dobre i to.
Poza tym – zawsze warto poznać rodziców ich bez
porównania sławniejszych latorośli – Karola V i Ferdynanda I, dwóch kolejnych
dzierżycieli tytułu cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Pokazana w filmie scena narodzin tego pierwszego, to zresztą doskonały poradnik
pod tytułem ‘co robić, kiedy nagle zacznie się poród’. Widzicie – (bez ironii)
tyle zalet!
Na koniec trailer, niezbyt zachęcający, ale pomocny w obliczu braku dobrych zdjęć:
Sezon obecnie blogowym elaboratom
bynajmniej nie sprzyja, jeszcze nie zaczęłam się egzaminować, a już od co
najmniej miesiąca mam ciągłe poczucie stanu podwyższonego ryzyka. Dlatego
zamiast opróżniać nagromadzony zasób słów i tematów (a są takie co czekają
jeszcze od czasów fazy koncepcyjnej MAAA) – opróżniam nagromadzony na dysku
zasób wizualny. A przynajmniej fragmentarycznie.
Zresztą – wątek okładek płytowych
swego czasu zdążył już tutaj mignąć i było jasne, że prędko powróci.
Na wszystkie prezentowane tu
graficzne cuda i koszmarki natknęłam się w ramach wyłącznie muzycznych
poszukiwań, czasami miało to miejsce kilka lat temu, czasami – w ubiegłych
tygodniach. W każdym razie nigdy nie podjęłam próby przeczesywania monstrualnie
wielkiego materiału okładkowego pod kątem łowienia średniowieczności. Dlatego
te kilka sztuk, które dzisiaj prezentuję jako zbiór, stanowi istny groch z
kapustą, ale może to właśnie przyczynia się do uchwycenia – jak to mówią –
‘szerokiego spectrum problemu’.
Oczywiście nie muszę dodawać, że
celowo nie uwzględniłam gagatków w rodzaju sceny neo-medieval i okolicznej, ani
tych rewirów okładki „metalowej”, gdzie stosuje się z upodobaniem gotycką
czcionkę i inne tego rodzaju chwyty. Im bardziej to średniowiecze (albo wczesne
nowożytniaki) przypadkowe (czyt. wizualnie samodzielne) – tym lepiej. Chociaż
przypadkowość zachodząca na linii muzyka zawarta na płycie – okładka płyty jest
zazwyczaj złudna.
Raz, dwa, trzy – do dzieła.
Po pierwsze – mistrz printów (co już wielokrotnie tu
podkreślano), ale i okładek także (vide Aion Dead Can Dance), miłościwie nam panujący Hieronim Bosch ma konkurencję.
Fleet Foxes, Fleet Foxes (2008)
Pieter Bruegel, Przysłowia holenderskie, 1559, Staatliche Museen, Berlin
To Pieter Brueghel St., proszę państwa.
Pearls Before Swine, Balaklava (1968)
Black Sabbath, Greatest Hits (1986)
O okładkach Trylogii
husyckiej Sapkowskiego przypominam w tym miejscu mimochodem.
Szerzą się te Bruegle obficie. Do znudzenia? Z dzisiejszej
perspektywy może już tak. Nic bardziej nęcącego, niż podzielić się tymi smaczkami
wszechogarniającego zniszczenia albo i szaleństwa, albo i po prostu rozbieganej ludzkiej ciżby, dużo łapiącego oko szczegółu... Biorąc pod uwagę jak
niedaleko pada tu jabłko od jabłoni, a Bruegel od Boscha – trzeba chyba
traktować boschyzmy i breuglizmy łącznie. Szerszy trend i jaki trwały. Okładka
płyty Pearls Before Swine to przecież dopiero pamiętny rok ów 1968, zatem
pradzieje trendu. Swoją drogą – wiedzieliście, że w latach szkolnych Jim
Morrison popełnił był obszerną pracę na temat nie kogo innego, jak Boscha?
Bodajże dowodził w niej powiązań malarza z adamitami (źródło, w którym to swego
czasu wyczytałam nijak tego nie precyzowało). No cóż…
Wracając do pradziejów. Jeśli chodzi o czeluście lat 60-tych
i 70-tych minionego stulecia, order za wierność sztuce interesujących nas tu
wieków bezapelacyjnie przyznałabym Pearls Before Swine właśnie. Popatrzcie
tylko (naturalnie jest i Bosch):
Pearls Before Swine, One Nation Underground (1967)
Pearls Before Swine, These Things Too (1969)
Pearls Before Swine, The Use of Ashes (1970)
Później pojawili się prerafaelici, Waterhouse we
wspominkowym box-ie w 2002 r. (Jewels
Were the Stars), a znacznie wcześniej Millais. Biorąc pod uwagę stopień
średniowiecznego miłośnictwa zakorzenionego w Bractwie Prerafaelitów i wśród
jego kontynuatorów – pozwalam sobie okaz z Ofelią
tutaj włączyć.
Pearls Before Swine, ... beautiful lies you could live in (1971)
A jakby komuś jednak jeszcze Boscha było mało, chociaż nie
wierzę, to proponuję jeszcze wczesnych Deep Purple, z niebezpiecznie
nieodległego czasu w stosunku do One
Nation Underground. Niczego nie sugeruję.
Deep Purple, Deep Purple (1969)
Z podobnych lat pochodzą jeszcze rozliczne michałki.
Nigdy nie przestanie mnie bawić grupa Elizabeth i to oto
arcydzieło:
Elizabeth, Elizabeth (1968)
Oj, ktoś tu lubił florentczyków. Jest i Botticelli, jest
Ghirlandaio… I te „portrety profilowe” członków grupy, w jednym, grzecznym
szeregu! No, panowie, profile profilami, ale trochę jednak wam zbrakło do
dumnych oblicz przedstawicieli italskich szlacheckich rodów. Że już o cezarach
nie wspomnę.
Ach ta stylizacja, przerzucanie pomostów
przeszłość-przyszłość…
King Crimson, Lizard (1970)
No tak, to Lizard
King Crimson. Okładka rodem ze skryptorium. Trudno znaleźć słowo, które w pełni
oddaje mój stosunek do tejże okładki. Chyba po prostu ona mnie cieszy.
Dla miłośników klimatów bardzo wczesnych – wiek VI, fibula w
kształcie orła i The Growing Concern.
The Growing Concern, The Growing Concern (1968)
fibula w kształcie orła, VI w. n.e., Walters Art Museum
Można się też po prostu sfotografować pod zabytkiem.
Przypomnijmy Donovana…
Donovan, Wear Your Love Like Heaven (1966)
… i przedstawmy The Goundhogs. Historyzujących tu na całego,
w dwie różne strony.
The Groundhogs, Blues Obituary (1969)
Niektórych do inspiracji czasem minionym skłaniać może…
własna nazwa.
Renaissance, Novella (1977)
No a na koniec, coś czasowo nam bliższego, co bardzo przypadło
mi do gustu – Hala Strana, granie psychodelizująco-bałkanizujące i upodobanie
do dawnej kartografii.