Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2015

Edam z Radameru cz.2: do czego cesarz Maksymilian miał Nosa

No to jestem. Ostatnimi czasy wszechświat robił wszystko, żeby tylko odciągnąć mnie od blogowania. Poświęciłam się walce z rekrutacją na studia doktoranckie (z sukcesem), powrotom do psychodelii i zagadnień okładkowych (też z sukcesem - chyba) oraz licznym próbom sprzedaży jakiegoś obrazu w galerii, w której pracuję (daremnie - zważywszy na to, nie można mnie jednak nazwać Kobietą Sukcesu).

Sama notka, którą niniejszym kładę przed Wasze oczy, powstała już parę tygodni temu (to tylko upiorne wybieranie i wklejanie zdjęć zabiera mi potem tak dużo cennego czasu) - zamieszczam ją tu w niezmienionej formie.



Dzisiaj, w ramach cyklu "Edam z Radameru" (o idei: tutaj) atrakcje zapewnia (i piwo stawia) Maksymilian I Habsburg (1459-1519), z łaski Bożej uświęcony cesarz rzymski, zwany niżej Maksem. Miłej zabawy.

***********************************************************************************



Najbardziej znany portret Maksa: autorstwa Dürera, powstały w roku 1519 - roku śmierci cesarza; Kunsthistorisches Museum Wien
Nasz romans zaczął się nie wiadomo kiedy. 

Są romanse różne; wszyscy je miewamy. Miłości muzyczne, filmowe, sportowe... Jestem skłonna twierdzić, że na każdym poletku naszych zainteresowań uprawiamy odrębne, nie zawsze znowu tak ciche, romanse. 

Jeśli chodzi o historię (i historię sztuki), mogę powiedzieć o sobie jedno: jestem niewierna. Niekoniecznie kochliwa, ale niewierna jak cholera. Ale lubię wracać. Jako ta Lassie. Dlatego niektóre romanse utrzymują się naprawdę długo. To takie zresztą bardziej przyjaźnie niż miłostki. Albo małżeństwa o wysokim stopniu zużycia. W każdym razie, po wielu emocjonujących rejsach w nieznane, po niezbadanych wodach innych epok, innych państw, innych społeczeństw pełnych innych, na swój sposób wspaniałych, mężczyzn i kobiet, dobrze czasem wrócić na stary fotel przed kominkiem (ależ zrobiło się ckliwie), popatrzyć z sympatią na tego, który okupuje mebel naprzeciwko, i stwierdzić: o, stary, nic a nic się przez ten czas nie zmieniłeś.


Dürerowy Maks, wersja rysunkowa, 1518.

Początki romansu zwykle bywają dość wyraźnie uchwytne. "Zaczęło się, kiedy sięgnęłam po książkę taką a taką...". "Ujął mnie tym, jak postąpił w sytuacji takiej a takiej". "Uwielbiam to, że nie znosił małych dzieci, ale kochał kocięta!". Tymczasem ja i Maks - nie wiem, naprawdę nie wiem od kiedy to trwa. Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że musiało się to zacząć jakieś sześć... może siedem lat temu. A może wcześniej? I dlaczego właściwie, dlaczego?

... i jeszcze wersja graficzna; 1518.

Bo nie było tak, że czytając o nim, szczęka mi oklapła (jak to miało miejsce z arcyboskim Machiavellim w gimnazjum). 
Nie ujął mnie cyrkową wręcz brawurą i iście fantazyjną impertynencją (to Jean Lannes, jeden z napoleońskich marszałków). 
Nie przyśnił mi się, jako wyjątkowe ciacho (to Henryk Probus - mówię wam, dziewczyny - też byście się pośliniły). 
Nie wzruszył życiorysem godnym naprawdę dobrej powieści (to Antoine-Jean Gros, jeden z tych, do których wracam jak bumerang).
Udana zrzynka z powyższych, czyli Maks pośmiertny, wersja Lucasa van Leyden; 1520.

No i - rzec prozaiczna - nie powalił aparycją. 
Bądźmy szczerzy - wam też zdarza się na widok dawnych (i to czasem naprawdę dawnych) portretów pomyśleć "ale laska" albo "no ten to przystojny"... 

O co więc chodzi? 
Może trzeba by sprawę ująć tak: dałam się złapać w sidła maksowej charyzmy, która została solidnie podpompowana pięćset lat temu, i najwyraźniej nadal nie straciła wiele na sile swego oddziaływania. 

Bądźmy sprawiedliwi i dodajmy, że nie zrobiono tu czegoś z niczego i że istotnie było co podpompowywać.

Ani młody, ani piękny: Maks wg Joosa van Cleve, 1508 rok - prawdopodobnie powstały w oparciu o wcześniejszy wzierunek, kiedy portretowany faktycznie był jeszcze młody.

Nie znam jego życiorysu na wyrywki. Nie mam na to czasu. Lubię go, ale często jest to lubienie "pomimo" niż "za coś". Acz rozwala mnie to, w jaki sposób potrafił łączyć megalomanię z poczuciem humoru na swój własny temat. Pokazywać pazury, kiedy wszyscy najmniej się tego spodziewali. Jego dziwactwa, które współczesnych doprowadzały do szału (weźmy takich angielskich posłów, których przemowy w czasie audiencji były notorycznie przerywane przez maksowe żartobliwe uwagi na temat gości, kierowane do jego urzędasów - oczywiście po niemiecku; Angole nie rozumieli, dlaczego wszyscy się śmieją, ale wiedzieli, że śmieją się z nich). To, że jego zalety i słabości można stale zamieniać miejscami, w zależności od punktu widzenia. Czy częste zmienianie zdania to zaleta czy wada? Może i czyniła współpracę z Maksem (zwłaszcza na szczeblu międzynarodowym) istnym horrorem, ale czy przez bycie totalnie nieprzewidywalnym nie zwiększał swoich notowań jako Gracz Z Którym Należy Się Liczyć? Nie znoszę tego, w jaki sposób totalnie zmarginalizował swoją żonę numer dwa. Ale wzrusza mnie to, jak długo bolał po śmierci żony numer jeden.

Z małżonką nr 1, Marią Burgundzką; ilustracja (autorstwa Hansa Burgkmaira) z Weisskunig - jednego z dzieł własnych Maksa, ok. 1514-1516.

 Wkurzają jego przechwałki w "autobiografiach". I wiele innych spraw, ale przecież miało być...

Czyżby apetyt nadmiernie dopisywał, mój drogi? Maks utyty; malował Bernhard Strigel, b.d.

... o portretach. 

Wszyscy piszą, że Maks był brzydki, w najlepszym razie charakterystyczny albo specyficzny. Że to ten nos. Dajcie spokój, to nie tylko wina nosa. Spójrzcie na podbródek. Jednak, śmiem twierdzić, miłościwie nam panujący cesarz Maksymilian Pierwszy nie był brzydki tak po prostu. On był brzydki brzydotą majestatyczną. Taką, z którą należy obnosić się co najmniej tak samo, a nawet i bardziej, jak z nadzwyczajną urodą. I wiecie co jest najlepsze? 

Że Maks dokładnie to właśnie robił.

W zbroi czy w cywilu - najsłynniejszy nos epoki widać tak czy siak; Hans Burgkmair, 1508.
Nie wiem, czy to on sam, czy ktoś z jego otoczenia pierwszy zauważył, że na takiej facjacie można zbić nieprzeciętny kapitał. Profil, którego się nie zapomina. Rzymski! Orli nos! Szybko połapano się w cesarskich skojarzeniach, jeszcze lata przed tym, zanim nominalne, maksowe cesarzowanie doszło w ogóle do skutku. Charakterystyczne nosisko zaczęło pojawiać się wszędzie. Na drukach okolicznościowych. W książkach - szczególnie tych autorstwa samego głównego zainteresowanego. Na malarskich portretach. I ich kopiach. I kopiach tych kopii.

Seryjne Maksy Bernharda Strigla (lub jemu przypisywane) z lat 1496-1508. Znajdź dziesięć szczegółów...
Na medalach. Maksy rozpełzły się po świecie niemieckojęzycznym. Gdyby główny zainteresowany pożył dłużej i gdyby nie horrendalnie popularni: Erazm (o którym wcześniej) i Luter (o którym później), można by go uznać za najpopularniejszą gębę epoki. 

Patrzcie i uczcie się wszyscy - tak się zamienia wady w zalety. Coś, w czym ten facet z orlim nochalem był naprawdę świetny.

O piękności! Wielki Łuk Triumfalny Maksa, a zarazem triumf nowego medium - druku; Dürer, Altdorfer, Kölderer i inni, 1515.

Tak Wielki Łuk wygląda w przybliżeniu. Wypatrywanie szczegółów zapewnia rozrywkę na godziny, żeby nie powiedzieć - na dni całe.

Zresztą - pod wieloma względami można go uznać za ojca nowożytnej propagandy wizualnej. Udało mu się wywołać w północnej Europie modę na rzeczy takie jak pochody i łuki triumfalne, znane co prawda w Italii, ale dopiero przez zabójczy mariaż osoby panującego z jego artystami (Dürer, Altdorfer - żeby wymienić najważniejszych) podniesione do rangi elementów niemal obligatoryjnych w obrazowej otoczce każdego panującego.

Fragment jednej z wersji Pochodu Triumfalnego (tu akurat wersja Dürera) - Wielki Wóz cesarza Maksa.

Jeśli macie wątpliwości co do tego, czy bohater dzisiejszego posta faktycznie brał czynny udział w projektowaniu swojego - nie bójmy się tego wyrażenia - wizerunku medialnego, spieszę donieść, że miał on w zwyczaju nadzorować wydania swoich dzieł i innych prac tworzonych ku jego chwale i zadowoleniu - zachowane są m.in. przykłady miniatur wykreślonych zamaszyście ręką własną pana Maksymiliana. Do kwestii swoich podobizn miewał stosunek dość luźny: ironizował, że powinien zatrudniać każdego, nawet najmarniejszego malarzynę, jeśli tylko potrafi on namalować - no zgadnijcie co? Wielkie, orle nosisko.

Tak, to jest jedna z tych osób już dawno w proch obróconych, z którymi naprawdę chciałabym porozmawiać.
Nasz romans zaczął się nie wiadomo kiedy, ale nie sądzę, żebym miała się kiedykolwiek nim znudzić, never ever.

(Na koniec, w kontekście moich obecnych badań, mały bonus: dwa wiersze Hansa Sachsa, szesnastowiecznego niemieckiego poety o cudownym poczuciu humoru - opowieść o Maksie i alchemiku, oraz o Maksie i mistrzu czarnej magii.)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Wracała długo (jak Ryszard z krucjaty)



Co można powiedzieć, kiedy wraca się po półtorarocznej przerwie?
W dodatku - z półrocznym poślizgiem w stosunku do terminu, na który się powrót planowało?

Właściwie to miałam już w ogóle się tu nie pojawić. Bo roboty dużo, bo motywacja taka sobie, bo myślami podryfowałam już w trochę inne średniowiecze, bo...
Tymczasem jadąc dzisiaj samochodem z Zielonej Góry do Wrocławia, gdzieś za Środą Śląską (nie wiem, czy te dane mają jakiekolwiek znaczenie, ale odczuwam jakiś kronikarski obowiązek, żeby je podać) naszła mnie nagle taka myśl, że muszę wrócić do blogowania. Teraz. Dzisiaj. W takim wymiarze, w jakim sobie to zaplanowałam kilka miesięcy temu. Bo czemu nie.

No właśnie.
Czemu nie.

Przez cały ten czas milczenia, jedno napawało mnie zdumieniem.
Cisza tu, wiatr hula, a tymczasem - powoli, bo powoli (nie piszę bloga o modzie - mimo wielokrotnych zapędów - ani o wychowywaniu dzieci, ani o nowinkach technologicznych; ot, co) - czytacieli przybywało.
Może więc jednak zbyt głębokie to milczenie?
Kilka razy złapałam się też na mówieniu na głos: o, ale to by pasowało na blogasa! Cóż, najczęściej myślałam jednak o całej tej sprawie po prostu z żalem.

W tak zwanym międzyczasie (jak mawiała moja wychowawczyni w liceum) o interesującym nas czasokresie co nieco pisałam - choć oczywiście w sposób zgoła odmienny od tutaj uprawianego (znacie przecież, drodzy młodzi i starzy naukowcy, ten moment, kiedy przypisy zajmują większą część strony). Uprawiałam trochę turystyki konferencyjnej. Szwędałam się po muzeach. Nie obejrzałam ani jednego filmu z akcją osadzoną w średniowieczu / wczesnych nowożytnych. Poziom papki, którą zaserwowałam sobie na krótko przed porzuceniem bloga, i która była tak niestrawna, że ostatecznie nie byłam nawet w stanie wydusić z siebie recenzji, sprawił, że poczułam nagle - ach, niech to zabrzmi patetycznie! - ciężar wieloletniego zmagania się z materią kostiumówek. Ostatnio jednak do nich wracam. Z oporami, na razie wałkuję wiek XVII i XVIII.

Mediewalizmy w modzie śledziłam. W muzyce - niekoniecznie. Zwłaszcza od momentu, w którym nie dotrwałam do końca ostatniej płyty Fauna: w czasie tego niefortunnego odsłuchu czułam się jak na para-średniowiecznej Eurowizji. Straszne, straszliwe rozczarowanie, oj, straszne.

Poza tym wszystkim wyczyniałam rzecz jasna sto tysięcy innych rzeczy, reorganizowałam sobie żywot, nabyłam najbardziej puchatego psa na świecie (który imię dostał na cześć jednego z modeli Dürera), złapałam kilka bakcyli - ale to tematy na prywatne rozmowy.
Wracając do średniowiecznego meritum: robiłam dużo zdjęć. Tak sądzę.

I kusi mnie, żeby faktycznie - więcej, więcej pokazywać, mniej mówić. Ktoś powie: lenistwo niebożę owionęło. A może raczej większa powściągliwość w słowie (czemu ten wpis wydaje się jednak brutalnie przeczyć)?

Zapraszam więc do zaglądania. Będzie więcej materiałów "terenowych". Więcej humoru, który, jak mam nadzieję, faktycznie okaże się zabawny (specjalna seria sponsorowana przez najsłynniejszego Erazma świata - o tym już wkrótce). Więcej martwych ludzi. No tak, wszyscy, którzy na co dzień zajmujemy się czasami minionymi, chcąc nie chcąc zajmujemy się martwymi ludźmi. Niektórzy jednak bardziej niż inni (w tym, na razie jeszcze, ja). Ci wszyscy od nagrobków, epitafiów, kazań pogrzebowych, kultury funeralnej jako takiej... Ponieważ, jak wiadomo, umarli tańczą, trochę tego tańca pokazać warto.

Na razie, na zachętę, dla zabicia czasu, dla rozpędu, dla uciechy: nieco średniowieczności moim okiem widzianych, z całego tego długiego półtorarocza, trochę w ramach ekspiacji i przede wszystkim - z dedykacją dla tych, którzy faktycznie czekali.

Do rychłego!


Bolonia: widoki na Piazza del Nettuno; fot. Mergia
Bolonia: Opłakiwanie Niccolo dell'Arca, S. Maria della Vita; fot. Mergia
Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia


Bolonia: Abbazia di Santo Stefano; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Student rozmarzony... / Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia

Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia
Bolonia: Museo Civico Medievale; fot. Mergia


Katedra w Magdeburgu
Najsłynniejszy facepalm średniowiecza: jedna z Panien Głupich w katedrze w Magdeburgu; fot. Mergia




Oczki jak paciorki, główki jak makówki; kościół w Burg; fot. Mergia



Bo zawsze jak ją widzę, to muszę zrobić zdjęcie; Madonna ze Skarbimierza, MNWr; fot. Mergia

Gładkie jak... ; Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Mergia

Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 1; Pieta z Lubiąża; MNW; fot. Mergia
Taka znana, a z tyłu widziana, pt. 2; Piękna Madonna z Wrocławia, MNW, fot. Mergia


niedziela, 7 kwietnia 2013

Szmery-Bayer(n)y cz. 2: jak oni gotyczą (plus brodate winogrona)

O święta naiwności, żeby tak sądzić, że jak się podzieli notkę na dwie, to ta druga nastanie w niedługim czasie po pierwszej… Miało być w okolicach świąt, ale z racji roztrzepaństwa (już prawie mojego znaku firmowego), czyt. pozostawienia pendrive’a z (między innymi) porcją monachijskich zdjęć w pewnym zacnym pomieszczeniu na czwartym piętrze Instytutu Historii Sztuki we Wrocławiu (pomieszczenie znane jako Biuro, Gabinet, Samotnia albo Kanciapa – rezydentów niniejszym najserdeczniej pozdrawiam) – nie doszło to jak widać do skutku. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, przyrzeczenia dotrzymać należy, więc żeby już nie przedłużać i otworzyć sobie pole dla następnych after-ejdżyzmów w już zupełnie innym tonie – pokazuję co jeszcze mogę pokazać.
 
fot. Mergia
 
 To jakże reprezentacyjne zdjęcie idealnie moim zdaniem oddaje tragikomedię poszukiwania i znajdowania średniowiecza w stolicy Bawarii. Po drodze trzeba przedrzeć się przez a) hordę neostylów, z neoklasycyzmem na czele – podziwiajcie tą pięknie pomalowaną dorykę, b) remonty. W oddali czasem coś majaczy. Tak jak widoczna tu katedra. Która oczywiście była w remoncie. Że jedna z wież, to do przeżycia, że cały portal główny zakryty dyktą i zieloną siatką – to już inna para przysłowiowych kaloszy. Podobnie jak kościół św. Michała (kamień węgielny kładziony w 1583). Czarne chmury dosłownie kłębiły się nad głową.


kościół św. Michała i wyłaniająca się katedra; fot. Mergia
 
No ale cóż w tym naszym Frauenkirche?
 
fot. Mergia
 
Oczywiście epitafia. Na zewnętrz. W większości niemiłosiernie roztrzaskane, powyciągane z gruzów i podoczepiane do nowych-starych ścian (to tak dla przypomnienia, że nie tylko na Warszawę bomby spadały), w większości heraldyczne albo inskrypcyjne. Ale bywały momenty, że się oko zawiesiło.


fot. Mergia

fot. Mergia

Jacyż oni rachityczni! fot. Mergia 


fot. Mergia

Płyty nagrobne też były. fot. Mergia

fot. Mergia
 
Po dokładnym obejściu katedry (patrzono na mnie trochę dziwnie, kiedy tak przystawałam przed każdym, nawet najbardziej zgruchotanym epitafium) wreszcie udało się wyswobodzić z tego korowodu zmarłych i wleźć dośrodka. Ale zaraz! Po drodze był jeszcze portal południowy.
 
fot. Mergia

fot. Mergia

fot. Mergia
A co we wnętrzu? W pierwszym momencie (bogowie wybaczcie) pomyślałam, że szału nie ma.
 
fot. Mergia
 
Szał czaił się jednak tuż obok. Jeśli przypadkiem, będąc w Monachium, macie ochotę na trochę późnogotyckiej plastyki nagrobnej, albo z jakiegoś powodu chcielibyście ujrzeć rzeźbione oblicze Ludwika IV Bawarskiego, co to w 1347 zmarł i cesarzem sobie było – to mam dla was bardzo złą wiadomość.
 
Żeby go zobaczyć musielibyście stoczyć walkę z tym:
 
Cenotaf Ludwika IV Bawarskiego. Się dzieje. / fot. Mergia
 
Poza tym – atrakcje znalazłyby się dla każdego. Gotyckich rzeczy sporo, malarstwa i rzeźby, trochę sympatycznych nowożytniaków, w tym jakże liczne Totenschild­-y i pewne (tak, tak) epitafium, na które nikt nie zwracał uwagi, ale kiedy zaczęłam przed nim wystawać z aparatem – nagle zbiegła się spora trzódka. Ot, magia turystycznej perswazji.
 
 
fot. (wiem, że krzywo) Mergia
fot. Mergia
Zawieszeni w kosmicznej pustce... /fot. Mergia

fot. Mergia
 
No dobrze, co dalej?


W przypadku Monachium na pytanie „jak oni gotyczą?” odpowiedź brzmi: na całego. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego, jak na żywo prezentuje się Nowy Ratusz (1867-1909, architekt Georg von Hauberrisser). To jest neogotyk w wersji eksplodującej. Jak się przez kilka dni codziennie po kilka razy przełaziło przez Königsplatz, który stara się być bardziej grecki niż sama Grecja (patrz niżej), to pod czymś takim ma się wrażenie, jakby wpadło się do jakiegoś ogromnego leja śmigających z prędkością światła detali. Aż się uśmiechnęłam (tym bardziej, że kiedy już się pod nim zatrzymałam, gdzieś w pobliżu właśnie zaczął grać chyba trochę podpity akordeonista, a dwóch starszych Rosjan spotkało się przypadkiem i padło sobie w ramiona – klimat absurdu w najlepszym wydaniu).
 
fot. Mergia
 
 
fot. Mergia


Jedni za broń chwytają... /fot. Mergia

 
... inni po prostu wyglądają ... /fot. Mergia



... niektórzy myślą bardzo intensywnie ... /fot. Mergia
... a ładni nie muszą nic robić, ino stać. / fot. Mergia

fot. Mergia

I co jeszcze? Dla chcącego nic trudnego – interesujące nas tu czasy dają się w takiej czy innej formie zupełnie dobrze w Monachium namierzyć. Mnie już kurczył się czas. Po drodze zdążyłam jeszcze obejrzeć dwie z trzech zachowanych średniowiecznych bram miejskich. Patrząc na zdjęcia nasuwa się myśl, że „zachowane” to czasem bardzo pojemne słowo.


Karlstor; fot. Mergia
Sendlingertor; fot. Mergia

Sendlingertor - jak widać: ktoś tam pomieszkuje; fot. Mergia

Sendlingertor; fot. Mergia
 
Ciała obce, czyli –gdzie jeszcze?


Po pierwsze – do kościoła teatynów. Jako bardzo umiarkowana fanka baroku (eufemizm) chodziłam z uśmiechem wyciętym na twarzy na kształt sierpu.


Kościół teatynów, zdjęcie jedno z kilkudziesięciu./ fot. Mergia

Po drugie – do kościoła św. Jana Nepomucena aka Asamkirche. Jako już trochę przekupiona bielą u teatynów i najbardziej mięsistymi sztukateriami, jakie można sobie wyobrazić – odwiedziłam i to dziwo: prywatny kościół braci-artystów Asamów, mały, ciemny, klaustrofobiczny, artystycznie klasy najwyższej itp. itd.. Kiedy weszłam akurat było pusto i akurat ćwiczył organista, grając chyba najbardziej ponure kąski muzyki barokowej jakie mu przychodziły do głowy. Było w tym wszystkim coś przerażającego. Trzeba doświadczyć samemu, nawet jeśli się jest zatwardziałym mediewistą, któremu nawet stojący w rozkroku wiek XVI wydaje się zbyt nowy, a co dopiero kościółek (kościołeczek w zasadzie) z XVIII wieku (1733-1746).


Asamkirche; fot. Mergia

Asamkirche, zdziwiony kościotrup; fot. Mergia

Asamkirche - dekoracja sklepienia kruchty - na tak!/ fot. Mergia


Po trzecie – dać się nabrać. Zabytki Monachium lubią płatać psikusy (zazwyczaj świadomie) i np. starają się zrobić wszystko,żebyście sądzili, że to Italia a nie Germania.


Residenz - widok od zachodu; fot. Mergia


Opcjonalnie wspomniana już Grecja.
 
Königsplatz - Leo von Klenze i jego Propyleje; fot. Mergia

Königsplatz,  twórczości Leo ciąg dalszy, a w tle wyłania się Zentralinstitut für Kunstgeschichte; fot. Mergia

Widok zza winkla (to brzmi prawie jak 'zza Winckelmanna'): kawałek Propylejów i Gliptoteka, nadal Leo v K.;
fot. Mergia
 
Widząc, jak zza dzieł boskiego Leo (i zza bardzo złego wzroku Ateny, która przypomina mi czekoladowe zajączki Lindt, opakowane w tą ich złotą folię) wyłania się Zentralinstitut für Kunstgeschichte – kończę, bo tylko na chwilę oderwałam się od poczynionych tam skanów.


Wzrok prawie jak u Madonny z Essen; fot. Mergia


Byłabym zapomniała – wśród wertowanych tam tomów zdarzało się całe morze wyposażonych w doskonałe ilustracje książek traktujących o XVI-wiecznej niemieckiej grafice. Można być sobie miłośnikiem tej najwyższego sortu, ale nic, uwierzcie mi – nic nie może równać się z uczuciem, które towarzyszy przeglądaniu przykładów tej najbardziej obiegowej, popularnej i przypominającej – bez przesady – dzisiejsze artykuły z ‘Faktu’ albo ‘Superexpressu’. A że ktoś kogoś finezyjnie zamordował, a że matka dziecko utopiła (przypomina wam to coś?), a że zając z sześcioma nogami i ryba wielkości wołu, a że jakiś zwierzyniec z nieba spadał, Słońc świeciło kilka i w ogóle Apokalipsa nadchodzi – to wszystko jasne. Dla mnie jednym z największych hitów wyjazdu, grafiką, która absolutnie zrobiła mi dzień, są brodate winogrona. Wyrosły sobie tak pięknie w 1580 roku, nieopodal Pragi.

Brodate winogrona - ulotka rodem z Norymbergi, z 1580 r./ za:
Walter L. Strauss, The German Single-Leaf Woodcut, 1500-1600, New York 1975.
 

Smacznego!