Wiosna nadeszła pełną parą, aż
chce się wychodzić na miasto! Abstrahując od innych wiosennych doświadczeń (typu: ogródki piwne) - już nie pamiętam kiedy miałam przed sobą miesiąc
tak szczelnie napakowany około-średniowiecznymi atrakcjami. Do
współuczestnictwa gorąco zachęcam. Wrocławiocentryzm trzeba niżej podpisanej po prostu wybaczyć.
Po kolei.
Na początek: Śląska rzeźba gotycka ze zbiorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiegow Muzeum Narodowym we Wrocławiu, wystawa czynna do 28 maja.
Jak głosi notka na stronie MNWr:
"Po raz pierwszy - po prawie 60-ciu latach - we Wrocławiu pokazane zostaną
średniowieczne dzieła sztuki, które Kuria Arcybiskupia we Wrocławiu przekazała
w darze Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu."
"Twarzą" wystawy
została, widoczna na banerach, jedna z kwater retabulum Wielkiej Świętej
Rodziny z kościoła Trzech Króli w Kliczkowie, powstałego w kręgu znanego i
lubianego (choć nadal anonimowego) Mistrza Ołtarza z Gościszowic.
źródło: mnwr.art.pl
Zapowiada się
smakowicie. Relacja z wystawy - już wkrótce.
źródło: wroclaw.pl
Nie wychodzimy z klimatów
muzealniczych. Dalej, 16 maja, mamy Noc Muzeów. Gdzie warto pójść trochę
pośredniowieczyć?
W Narodowym będzie można obejrzeć
wyżej wspomnianą wystawę, a na dodatek, o godz. 19:30, posłuchać wykładu
Michała Pieczki W majestacie gotyckiej
rzeźby. Idealna okazja dla osób początkujących lub umiarkowanie
zorientowanych w temacie, by uzupełnić swoją wiedzę: pokazane i omówione zostaną
najpiękniejsze i najcenniejsze przykłady średniowiecznej rzeźby sakralnej:
ołtarze, przedstawienia Chrystusa, świętych, Piety i Piękne Madonny.
Muzeum Architektury we Wrocławiu, źródło: ma.wroc.pl
Wcześniej warto podskoczyć do
Muzeum Architektury, gdzie od 18:00 można zapoznawać się z historią budynku
Muzeum (dla przypomnienia: dawnego, wzniesionego w XV wieku kościoła i
klasztoru bernardynów) oraz życiem jego pierwszych mieszkańców. Mnisze jadło!
Zioła! (Trunki?) Jeśli jesteście dzieciaci - zabierzcie swoje pociechy na
organizowane w godzinach od 18:00 do 21:00 zajęcia plastyczne odbywające się
pod hasłem Warsztat Iluminatora.
Żałuję, że jestem za stara i w dodatku pozbawiona talentu manualnego
. Oczywiście w
międzyczasie można zapoznać się z ekspozycją stałą, w której średniowieczności
nie brak. Kto jeszcze nie widział szacownych resztek rzeźby architektonicznej z
dawnego opactwa na Ołbinie - niech spieszy bez marudzenia.
Sala Wielka, ratusz wrocławski; źródło: muzeum.miejskie.wroclaw.pl
Ja jednak najbardziej napaliłam
się na to, co dziać się będzie w Ratuszu. Trzeba się trochę zabawić. Muzeum
Miejskie Wrocławia, oddział Muzeum Sztuki Mieszczańskiej (z siedzibą w Ratuszu
właśnie) zaprasza na, cytuję: zabawę w przebieranie w historyczne stroje z
różnych epok (!!!). Podobno można będzie zrobić się na księżniczkę (nuda),
mieszczanina (no, ostatecznie) albo na rajcę (tak!). Jako że w ostatnim czasie
stopień mojego osadzenia we klimatach Wrocławia 1-szej połowy szesnastego wieku
zaczyna już osiągać masę krytyczną, chętnie powydurniam się w strojach
"współczesnych" moim Trzem Wspaniałym Kanonikom, którymi się obecnie
z tak wielkim oddaniem zajmuję... W każdym razie - koniecznie weźcie ze sobą
aparaty fotograficzne. Tym bardziej, że w Ratuszu smakowitości jest więcej.
Na koniec trzeba wstąpić do
Arsenału aka Muzeum Archeologicznego i Muzeum Militariów. Poza ekspozycją stałą
(w tym: Śląsk średniowieczny) zobaczyć będzie można wystawę czasowąZaginione - ocalone. Szczecińska kolekcja
starożytności pomorskich. Czeka na nas 217 obiektów, od epoki kamienia do
średniowiecza. W tym słynny (nieśredniowieczny, ale nie mogę o nim nie
wspomnieć) bursztynowy misiek ze Słupska, zwany "Żelkiem".
Jaki on piękny! Figurka niedźwiadka, bursztyn, młodsza epoka kamienia; źródło: muzeum.szczecin.pl
Jeśli nie
zdążycie w Noc Muzeów - nic straconego, wystawa będzie czynna do 7 czerwca.
Co dalej? Dajmy oczom odpocząć i
otwórzmy uszy.
źródło: okis.pl
Maj z Muzyką Dawną!
Gdzie i kiedy spłynie na nas
trochę średniowiecza?
Ja wybieram się:
- 19 maja (wtorek) do Sali
Wielkiej Ratusza, gdzie o godz. 19:00 program składający się z utworów
średniowiecznych, renesansowych i Bacha zaprezentują uczniowie klasy harfy
Państwowej Szkoły Muzycznej I i II Stopnia we Wrocławiu oraz Zespół Muzyki
Dawnej „Tiboryus”
- 20 maja (środa) do kościoła św.
Piotra i Pawła, gdzie - również o 19:00, również w zakresie
średniowieczno-renesansowym (ale już bez Bacha) zabrzmi Zespół Wokalny Piu
Mosso
Pełen program dostępny tutaj.
Wstęp na wszystkie koncerty jest darmowy!
I wreszcie - konferencja MiŚ-a,
czyli mówiąc oficjalnie: IV Interdyscyplinarne Spotkania Mediewistyczne
organizowane przez Interdyscyplinarne Koło Miłośników Średniowiecza
Uniwersytetu Wrocławskiego, czyt. moje drogie, zacne koło
"macierzyste", którego członkowie od kilku lat dzielnie znoszą moje nieustanne
pojawianie-się-i-znikanie, o gadaniu o ciuchach już nawet nie wspominając.
Program będzie dostępny lada dzień, w każdym razie (wiem, bom listę referatów
już widziała) zapowiada się naprawdę świetnie. W każdym razie - rezerwujcie
czas 21 i 22 maja. Tym razem nie zaistniała żadna kolizja terminów (dwie
poprzednie edycje musiałam sobie niestety odpuścić), więc moja skromna osoba
również będzie się prezentować - nie zgadniecie doprawdy, o czym Mer Niedzielna
Mediewistka będzie tym razem
odpowiadać...
A na koniec miesiąca - wybywam. W
tradycyjnym, doborowym, polsko-niemieckim gronie znanym jako uczestnicy Seminarium
Wrocław-Halle-Siegen. Jedziemy do Przesieki, krążyć będziemy po
Karkonoszach i Górach Izerskich, a ja jak zwykle wypuszczać się będę na
fotograficzne safari.
Dopychając kolanem zdjęcia z
ostatniej notki postanowiłam, że kiedy następnym razem się tu zjawię (coś
czułam, że prędko to nie nastąpi) muszę zdecydowanie zejść z poletka sztuk
plastycznych, a najlepiej w ogóle z poletka średniowieczności wizualnych – tak
dla odmiany. A konkretnie – uraczyć czytelników porcją muzyki.
Kompletnie nie potrafiłam się
zdecydować, z jakiej strony temat ugryźć, więc ostatecznie gryzę z
najprostszej. Mianowicie – zapraszam do zapoznania się z bardzo krótkim
wyciągiem z goszczącej na moim dysku około-średniowiecznej playlisty. Z całą
szczerością i dla oddania sprawiedliwości muszę na wstępie zaznaczyć, że aktualnie nie są
to klimaty, których słuchuję codziennie, ba, potrafię ich nie słuchiwać całymi
tygodniami i często podchodzę do nich na takiej samej zasadzie, na jakiej
grzebię w kinie kostiumowym w ogóle,
a nie tylko tym, które mi się podoba, czyli – nie zawsze dla przyjemności, ale za
każdym razem z ciekawości i swego rodzaju poczucia kronikarskiego obowiązku. Są
oczywiście utwory, które na stałe weszły do kanonu moich rzeczy ulubionych,
jednak na poważne posiedzenie z tego rodzaju muzyką po prostu muszę mieć dzień. Podstawowy walor wszelkich tego rodzaju atrakcji, czyli pozostawanie w bliższym lub dalszym związku ze średniowieczem, jest jednak dla mnie na tyle dużym i stałym magnesem, że raz na jakiś czas wracam, szperam i wyławiam.
Nie będę wdawać się w dywagacje
gatunkowe, to znaczy – który kawałek muzyki możemy zaliczyć do tego, co zwiemy
neo-medievalem, a co jest po prostu jedną z odmian folku, gdzie te wszystkie
granice przebiegają i czy w ogóle jest sens cokolwiek w ten sposób różnicować –
zresztą problem ten kiedyś już sygnalizowałam. Ostatecznie jestem zwolenniczką jak
najbardziej niefrasobliwego podejścia do wszelkich tego rodzaju definicji.
Wybór jest bądź co bądź niewielki
i trochę przypadkowy. Zresztą – zawartość niniejszej notki zalecam zwłaszcza
tym, którzy z klimatami średniowiecznymi w muzyce jak najbardziej współczesnej
tak-zwanej-rozrywkowej mieli dotąd do czynienia w stopniu minimalnym, albo i
wcale. Znawców tematu (do którego to miana sama zresztą w żadnej mierze nie
pretenduję, jako niedzielny słuchacz tego rodzaju klimatów) pewnie niczym tutaj
nie zaskoczę, a może nawet nieopatrznie wywołam niezadowolenie spod znaku ‘dlaczego
jest to, a nie ma tamtego’. Ufna jednak w miłe usposobienie moich zacnych
czytelników, mam nadzieję, że i starzy wyjadacze z przyjemnością założą
słuchawki i nawet jeśli niczego nowego nie poznają, to przynajmniej coś sobie
przypomną, a może i jakaś łza wspomnienia się w ich oku zakręci.
Pisząc te słowa słucham
poniższego zestawu po raz w dniu dzisiejszym drugi i muszę przyznać, że obok
wartości ciekawostkowo-poznawczej posiada to wszystko dodatkowo pewien walor
odprężający, tak bardzo jest oderwane od wszystkiego, co dookoła. Ostatnio, w mocno stresującym i jeszcze bardziej robotnym sezonie
katuję się głównie utworami z rodzaju „mobilizujących”, albo usilnie staram się
wychwycić (czasem wręcz wymyślić…) wątek motywujący w ich tekstach, do tego
stopnia, że nawet kiedy słyszę takie dajmy na to „Salt of the Earth” Stones’ów,
to wydaje mi się, że słowa „let’s drink for the hard working people”
wydają mi się apelem o toast w intencji mojej, a nie tych wszystkich „common
foot soldiers” i innych, naprawdę ciężko (zwłaszcza fizycznie) pracujących
ludzi. Ech. A wystarczyłoby po prostu zanurzyć się w przaśnej
średniowieczności - w której tkwi zresztą pewne niebezpieczeństwo, zwłaszcza dla
osób, które są w tej materii nowicjuszami. Łatwo ulec wrażeniu, że to wszystko
czasami trochę wieje jakimś Disneylandem i innymi parkami rozrywki, albo –
częściej i jeszcze bardziej złowrogo – Eurowizją. Na szczęście – tylko czasami.
Średniowiecze można muzycznie mielić na tak wiele różnych sposobów, że –
zaręczam – nawet jeśli jeden albo i dwa z nich was zrażą (mnie razi pewnie co najmniej
kilkanaście), zawsze znajdziecie taki, który uszu wam nie kaleczy, a może nawet
sprawia przyjemność.
Gotowi?
Przykłady układam alfabetycznie. (I z góry przepraszam za to, co jawić się wam będzie przed oczami - niestety skazani jesteśmy na youtube'a, a tam pomysłowość nie zna wszak granic...)
Corvus Corax –
Sverker
Całe szczęście, że „C” jest
jedną z pierwszych liter alfabetu. Co tu się rozwodzić – Corvus Corax to w
swoim gatunku po pierwsze gwiazda największego formatu, a po drugie –
najprawdziwsi nestorzy sceny. Nie czas i miejsce, by opiewać szczegółowo dzieje tej grupy, koniecznie jednak trzeba odnotować, że na tle tej naprawdę stosunkowo
jeszcze młodej sceny są to prawdziwi weterani – korzenie zespołu tkwią w roku
1989. Uwierzcie – w tym przypadku to nie lada wyczyn. Od tego czasu panowie
średnio co dwa lata wydają coś nowego, po drodze przydarzyła się im. m.in. Carmina Burana, tj. ich własna wariacja
na temat, którą warto sobie przesłuchać, chociażby po to, żeby uświadomić
sobie, że nie jednym Orffem Carmina żyje.
Poza tym muzycy sporo koncertują i o stronę wizualną, a jakże, dbają, chociaż wolę o niej nie pamiętać...
Gruppenfoto Corvus Corax. Wiem. To nie budzi zaufania.
Dla mnie osobiście najważniejszą
kwestią w tym przypadku jest to, co ma Corvus Corax czego nie mają inni
reprezentanci neo-średniowiecznej sceny. W swoich początkach zainteresowania
tym tematem byłam w pewnym momencie strasznie zniechęcona, wszystko, czego się
tknęłam, brzmiało mi jak jakieś natchnione pitu-pitu, takie średniowieczowanie
kompletnie bezkrwiste i bez przysłowiowego „wykopa”. Wszystko piękne i
eteryczne aż do zanudzenia, jakby – przepraszam za te słowa – ktoś wykastrował
dawnych minstreli świata tego, a wesołe, pląsające dziewki napełnił lekami
nasennymi. No i w tym momencie pojawili się Corvus Corax, ze swoim muzycznym
„średniowieczem” potężnym jak mury romańskich kościołów w Normandii. Panowie
często w wywiadach podkreślają, jaką to im sprawia frajdę, że na wielu
festiwalach występują jako jedyny zespół spod znaku neo-mediavala obok kapel
metalowych. Coś w tym jest. Chcecie wykrzesać takie uderzenie, jakie oni
krzesają na tym swoim instrumentarium? Nie próbujcie tego w domu. Potężna
energia i równie potężna wyobraźnia – pomysły niekiedy szalenie oryginalne, bo
to jest przecież średniowiecze uwspółcześniane (jednak klimat nigdy nie chyli
się nadmiernie ku współczesności). No i to, co osobiście lubię najbardziej –
ich sekcja rytmiczna! W wielu utworach po prostu wysuwająca się na plan
pierwszy, soczysta jak mięsiwo wielgachnego, obłego dzika, a nie jakiejś
nędznej kury, jaką zdarza się, że serwują nam ich koledzy po fachu.
Sverker, z krążka pod tym samym tytułem (z 2011 roku) to jeden z przykładów
pod tym względem idealnych, przy tym – z jakże skutecznym stopniowaniem napięcia: pięknym i
chwytliwym, „samotnym” motywem przez pierwsze pół minuty – no i wtedy… I cóż te
bębny imitować miały? Pewnie sami już poznaliście. Rytm wioseł. Płyniemy na
wojnę.
Corvus Corax – Skudrinka
A tu przykład – nazwijmy to –
koncertu „pokoleń”, a raczej stuleci. Kiedyś śmiałam się z koleżanką (ciekawe,
czy pozna, że to o niej mowa) jak to by było zabawnie zostać pierwszym
neo-medievalowym dj-em (dj-ką w zasadzie) miasta Wrocławia (zakładając, że
takowi nie istnieją). Miałam wtedy w głowie właśnie aranże takie jak ten.
Przysłuchajcie się, jak ta torpeda narasta, jak przyobleka się w kolejne
warstwy, jak przygasa, żeby potem się rozpętać na nowo, a pod koniec po prostu
pozostaje już tylko rzec – jak w tytule tego posta – zacny bit, moiściewy!
Corvus Corax - Bacchus
Na koniec Bacchus. Jako dziewoja pochodząca z Zielonej Góry nie mogłam sobie
nie pozwolić na to, żeby go nie zamieścić. Podobnie jak Skudrinka, to utwór z krążka Viator
z 1998. I w ogóle pierwszy utwór CC jaki usłyszałam – nie był to zresztą
przypadek, pochodziłam do sprawy wiedząc już, że będę mieć do czynienia z
tuzami, no i cóż – wybierałam po tytułach, padło na Bachusa. Miałam wrażenie,
że zaczął się konwencjonalnie, no ale potem weszły bębny. O Dionizosie, co za
ulga.
Faun – Da que Deus
Faun dostał tu już kiedyś całą
notkę na temat swojego Edenu – po co
więc znowu? Zespół wydał ostatnio nowy album, a ja pomyślałam, że trzeba cofnąć
się do ichniej klasyki, czyli do Renaissance
z 2005 roku. Da que Deus to
utwór, który był już odmieniany na różne sposoby, dla mnie sposób a’la Faun
pozostaje jednak najbardziej świeżym i doskonale ilustrującym to, co dla mnie
stanowi o specyfice zespołu i o czym już pisałam – lekkość, jakąś niemal
elegancką powściągliwość (o ile w przypadku takiej muzyki w ogóle może być mowa
o powściągliwości). W sposobie, w jaki zaaranżowali Da que Deus jest coś jakby niezamierzenie klasycznego. Nadal uważam
– to jedna z najlepszych grup na dobry początek, jeśli nie najlepsza.
Garmarna – Gamen
Ach, Garmarna! W mniejszym
stopniu można tu mówić o średniowieczu, więcej po prostu o szeroko rozumianej
muzyce dawnej – ten szwedzki zespół głównie parał się tworzeniem nowych
aranżacji tradycyjnych, ludowych ballad. Gamen
to utwór otwierający Vedergällningen
z
1999 r. – i w jaki sposób on go otwiera… Zawsze kojarzy mi się z czymś w
rodzaju matrioszki – można go rozebrać na kilka warstw, które stojąc obok
siebie będą wyglądać samowystarczalnie i nawet trochę jak każde z innej parafii
(bo matrioszki będą w różnych kubraczkach), ale potem nagle ktoś je składa,
potrząsa tą największą i pozostałe zaczynają w niej grzechotać… Odarty z
podkładu wokal, nieco spowolniony, byłby sobie faktycznie po prostu przaśną,
może trochę nastrojową balladą. Na to smyczki – klimat (w dobrym słowa
znaczeniu) wiejskiej imprezy. Dalej perkusja – z takim przyspieszeniem i takim
rwaniem z kopyta, że z siodła wysadza no i do pozostałych składników pozornie
pasuje pozornie jak wół do karety. Do tego wokal Emmy
Härdelin, czysty, przejrzysty i nie nachalny. To jest ten rodzaj wokalu,
który niezmiernie lubię – umiejętnie powściągający naprawdę duże możliwości,
prosty i skuteczny. Polecam pod tym kątem prześledzić całe Vedergällningen. Efekt tego miksu?
Bardzo smaczny. Zwłaszcza podany na głośno.
Hedningarna – VargTimmen
Pozostańmy w Szwecji.
Hedningarnie zawsze bliżej było do pogan, niż do średniowiecza chrześcijańskiego.
To zresztą kolejni nestorzy – zespół powstał w 1987 r., ale z racji wyżej
wspomnianego przesunięcia akcentów jakoś nie są wymieniani jednym tchem obok
Corvus Corax jako eksponaty z tego samego wora. Ja jednak chętnie widzę ich na
jednej półce i ramach jednej playlisty. VargTimmen
(z Trä, 1994) to utwór pogięty jak szlaczki, które dzieci rysują we
wczesnej podstawówce i w podobny sposób, zamierzenie prymitywny. Po
otwierającym go zaśpiewie w żaden sposób nie spodziewacie się tego, co dzieje
się później. Energia prawie punkowa, słowa bardziej skandowane niż śpiewane. A
to, co następuje około trzeciej minuty? Cóż to takiego? Skrzaty w lesie? Jak
daleko odeszliśmy od… Od czego właściwie? Gdzie tu jeszcze są „inspiracje”, a
gdzie nowe jakości?
Sava – Cernunnos
Cóż. Sava i kolejna twarz
około-średniowiecznych klimatów. Przyjemna, prosta w odbiorze i w zastosowaniu.
I chyba trochę bez ikry. Prezentuję tu dokonania Savy jeszcze z czasów, kiedy zasadniczo
był to duet i kiedy obok Birgit Muggenthaler tworzył pod tym szyldem również
Oliver s. Tyr, znany szerzej jako frontman Fauna. „To nie to” chciałoby się
rzec, chociaż trzeba tu brać pod uwagę czynnik czasu – płyta Aire, z której Cernunnos pochodzi, powstała w 2004 r., wyprzedzając Renaissance o rok, nie mówiąc już o
bardzo dobrym Edenie. Cóż więc
niespecjalnie porywający (mnie) utwór robi w tym wyciągu? Mam wrażenie, że
zarówno on, jak i całe Aire prezentuje
taki właśnie umiarkowany poziom „niewiele powyżej średniej”, czyli właściwie
stanowi idealną, bo przeciętną ilustrację swojego gatunku, reprezentatywną
zwłaszcza dla ubiegłej dekady. Dla chętnych rozgrzebania tematu od tej strony –
rzucam taką oto przynętę.
Schandmaul – Traumtäntzer
I na koniec przykład, że tak też
może być. Odwrotna proporcja, gdzie procent współczesności dominuje nad
„dawnością”. Nie przeczę. Chwytliwe to. Nie przeczę też i sumiennie informuję,
że również Schandmaul obecnie należy do grona tuzów sceny (przyznam, że sama
nigdy do końca nie rozumiem, dlaczego). Podobnie zresztą brzmi spora jej część,
przynajmniej takie odnoszę wrażenie. No ale co z odwrócenia proporcji wychodzi?
Coś nieco groteskowego? Takie kawałki nieodparcie kojarzą mi się ze
„średniowieczem w stylu MTV”, filmami w rodzaju Obłędnego rycerza, opcjonalnie też z muzycznymi talent-show. Nie
jest to wszystko takie od razu i bezdyskusyjnie deprecjonujące takie utwory jak
Schandmaulowy Traumtäntzer (rany,
jeszcze ten tytuł...), tym bardziej, że potrafi się on (ostrzegam!)
nieopatrznie wkręcić na amen na cały dzień - jednak chyba chciałoby się rzec,
że nie tędy droga. Chociaż – skoro oglądamy czasem (ja oglądam) naiwne komedie
romantyczne, filmy o tym, jak jeden facet w podkoszulku pokonuje jednym ruchem
pięści pięciu opancerzonych osiłków albo połykamy czytadła, w porównaniu z
którymi Danielle Steel zaczyna nagle przypominać Hemingway’a – to pewnie czasem
może się zdarzyć, że potrzebować będziemy takiej trochę kuriozalnej muzyki.
Zresztą – jest wiosna. Więc choć na chwilę – mózgi na bok i przed siebie! Z
przytupem. Tego życzę, zwłaszcza na majowy weekend.
I dlatego – zapowiadam, żeby
później nie mieć wymówki – następnym razem coś o tym, co sprawia, że młodzież zarzuca pisanie
licencjatów, magisterek i doktoratów, co powoduje, że dzieci w kołyskach nie mogą
dowołać się swoich matek i że do niektórych znajomych nie idzie się dodzwonić w
weekendy w okolicach godziny 20:00, pomimo tego, że siedzą w domu. O
pocieszycielach i wspomożycielach znoju dnia codziennego. O serialach.W kostiumie i w wyborze subiektywnym.
Sezon obecnie blogowym elaboratom
bynajmniej nie sprzyja, jeszcze nie zaczęłam się egzaminować, a już od co
najmniej miesiąca mam ciągłe poczucie stanu podwyższonego ryzyka. Dlatego
zamiast opróżniać nagromadzony zasób słów i tematów (a są takie co czekają
jeszcze od czasów fazy koncepcyjnej MAAA) – opróżniam nagromadzony na dysku
zasób wizualny. A przynajmniej fragmentarycznie.
Zresztą – wątek okładek płytowych
swego czasu zdążył już tutaj mignąć i było jasne, że prędko powróci.
Na wszystkie prezentowane tu
graficzne cuda i koszmarki natknęłam się w ramach wyłącznie muzycznych
poszukiwań, czasami miało to miejsce kilka lat temu, czasami – w ubiegłych
tygodniach. W każdym razie nigdy nie podjęłam próby przeczesywania monstrualnie
wielkiego materiału okładkowego pod kątem łowienia średniowieczności. Dlatego
te kilka sztuk, które dzisiaj prezentuję jako zbiór, stanowi istny groch z
kapustą, ale może to właśnie przyczynia się do uchwycenia – jak to mówią –
‘szerokiego spectrum problemu’.
Oczywiście nie muszę dodawać, że
celowo nie uwzględniłam gagatków w rodzaju sceny neo-medieval i okolicznej, ani
tych rewirów okładki „metalowej”, gdzie stosuje się z upodobaniem gotycką
czcionkę i inne tego rodzaju chwyty. Im bardziej to średniowiecze (albo wczesne
nowożytniaki) przypadkowe (czyt. wizualnie samodzielne) – tym lepiej. Chociaż
przypadkowość zachodząca na linii muzyka zawarta na płycie – okładka płyty jest
zazwyczaj złudna.
Raz, dwa, trzy – do dzieła.
Po pierwsze – mistrz printów (co już wielokrotnie tu
podkreślano), ale i okładek także (vide Aion Dead Can Dance), miłościwie nam panujący Hieronim Bosch ma konkurencję.
Fleet Foxes, Fleet Foxes (2008)
Pieter Bruegel, Przysłowia holenderskie, 1559, Staatliche Museen, Berlin
To Pieter Brueghel St., proszę państwa.
Pearls Before Swine, Balaklava (1968)
Black Sabbath, Greatest Hits (1986)
O okładkach Trylogii
husyckiej Sapkowskiego przypominam w tym miejscu mimochodem.
Szerzą się te Bruegle obficie. Do znudzenia? Z dzisiejszej
perspektywy może już tak. Nic bardziej nęcącego, niż podzielić się tymi smaczkami
wszechogarniającego zniszczenia albo i szaleństwa, albo i po prostu rozbieganej ludzkiej ciżby, dużo łapiącego oko szczegółu... Biorąc pod uwagę jak
niedaleko pada tu jabłko od jabłoni, a Bruegel od Boscha – trzeba chyba
traktować boschyzmy i breuglizmy łącznie. Szerszy trend i jaki trwały. Okładka
płyty Pearls Before Swine to przecież dopiero pamiętny rok ów 1968, zatem
pradzieje trendu. Swoją drogą – wiedzieliście, że w latach szkolnych Jim
Morrison popełnił był obszerną pracę na temat nie kogo innego, jak Boscha?
Bodajże dowodził w niej powiązań malarza z adamitami (źródło, w którym to swego
czasu wyczytałam nijak tego nie precyzowało). No cóż…
Wracając do pradziejów. Jeśli chodzi o czeluście lat 60-tych
i 70-tych minionego stulecia, order za wierność sztuce interesujących nas tu
wieków bezapelacyjnie przyznałabym Pearls Before Swine właśnie. Popatrzcie
tylko (naturalnie jest i Bosch):
Pearls Before Swine, One Nation Underground (1967)
Pearls Before Swine, These Things Too (1969)
Pearls Before Swine, The Use of Ashes (1970)
Później pojawili się prerafaelici, Waterhouse we
wspominkowym box-ie w 2002 r. (Jewels
Were the Stars), a znacznie wcześniej Millais. Biorąc pod uwagę stopień
średniowiecznego miłośnictwa zakorzenionego w Bractwie Prerafaelitów i wśród
jego kontynuatorów – pozwalam sobie okaz z Ofelią
tutaj włączyć.
Pearls Before Swine, ... beautiful lies you could live in (1971)
A jakby komuś jednak jeszcze Boscha było mało, chociaż nie
wierzę, to proponuję jeszcze wczesnych Deep Purple, z niebezpiecznie
nieodległego czasu w stosunku do One
Nation Underground. Niczego nie sugeruję.
Deep Purple, Deep Purple (1969)
Z podobnych lat pochodzą jeszcze rozliczne michałki.
Nigdy nie przestanie mnie bawić grupa Elizabeth i to oto
arcydzieło:
Elizabeth, Elizabeth (1968)
Oj, ktoś tu lubił florentczyków. Jest i Botticelli, jest
Ghirlandaio… I te „portrety profilowe” członków grupy, w jednym, grzecznym
szeregu! No, panowie, profile profilami, ale trochę jednak wam zbrakło do
dumnych oblicz przedstawicieli italskich szlacheckich rodów. Że już o cezarach
nie wspomnę.
Ach ta stylizacja, przerzucanie pomostów
przeszłość-przyszłość…
King Crimson, Lizard (1970)
No tak, to Lizard
King Crimson. Okładka rodem ze skryptorium. Trudno znaleźć słowo, które w pełni
oddaje mój stosunek do tejże okładki. Chyba po prostu ona mnie cieszy.
Dla miłośników klimatów bardzo wczesnych – wiek VI, fibula w
kształcie orła i The Growing Concern.
The Growing Concern, The Growing Concern (1968)
fibula w kształcie orła, VI w. n.e., Walters Art Museum
Można się też po prostu sfotografować pod zabytkiem.
Przypomnijmy Donovana…
Donovan, Wear Your Love Like Heaven (1966)
… i przedstawmy The Goundhogs. Historyzujących tu na całego,
w dwie różne strony.
The Groundhogs, Blues Obituary (1969)
Niektórych do inspiracji czasem minionym skłaniać może…
własna nazwa.
Renaissance, Novella (1977)
No a na koniec, coś czasowo nam bliższego, co bardzo przypadło
mi do gustu – Hala Strana, granie psychodelizująco-bałkanizujące i upodobanie
do dawnej kartografii.
Gdybym miała ugotować obiad
wykorzystując do tego kilka swoich ulubionych składników, w normalnych
warunkach kulinarnych pasujących do siebie jak wół do karety (typu: wiórki
kokosowe i oliwki), wyszłoby z tego pewnie obrzydlistwo nieprawdopodobne i
trudne w ogóle do objęcia rozumem. Z łączeniem rzeczy ulubionych, a
stanowiących część zupełnie odrębnych par kaloszy, bywa na szczęście nieco
łatwiej. Może nie zawsze w przypadku ubioru… Ale weźmy to, co kryje się pod
dość zwodniczym pojęciem zainteresowania
(wobec braku w języku polskim terminu ulubieństwa).
Rzucam więc kilkoma, a że rzucanie dokonuje się na blogu – zaczynam od
średniowiecza. Teraz Święta Trójca, Reczy Podstawowe, żeby nie powiedzieć –
Rzeczy Ostateczne. Muzyka, film, sztuka. Garść mniejszych worków, na
doprawienie – późne lata 60-te, wraz z zazwyczaj się za nimi ciągnącym młodszym
braciszkiem w postaci Zarania Następnej Dekady. Okładki płytowe. I to, czego
(zauważyliście już) nigdy zabraknąć nie może. Przyodziewek. Łączenie wyżej
wymienionych komponentów w pary czy tercety nie przedstawia rzecz jasna
większych trudności, jest proste jak bułka z masłem. Przypadków, w których jestem
w stanie połączyć je wszystkie
wychwyciłam na razie niewiele. Dziś nieco o jednym z nich.
Wszystko to daje się w miarę
sensownie pozbierać (trochę bardziej na zasadzie jakiejś fikuśnej mapy myśli
niż ciągu przyczynowo-skutkowego) jeśli za punkt wyjścia obierzemy twórczość
tego oto pana:
Donovan, Wear Your Love Like Heaven (czyli 1/2 albumu A Gift From a Flower to a Garden), okładka 1966, fot. Karl Ferris
Donovan (właść. Donovan Leitch),
Szkot rodowity, rocznik bardzo dobry, bo 1946. Jak to się nieładnie, bo z obca,
mówi – singer-songwriter zazwyczaj folkowy, w
amerykańskim rozumieniu terminu, to jest jako ‘barda z gitarą’. Bywało, że
nazywany ‘szkockim Bobem Dylanem’, ze szkodą chyba dla obydwu i dla większej
klarowności odbioru, wyłączywszy (ewentualnie) bardzo wczesny etap twórczości
– nie należy się tym określeniem zbytnio przejmować. Debiutancki longplay w
1965 (What's Bin Did and What's Bin Hid aka Catch the Wind) i
od razu duży sukces, zwłaszcza w Brytanii. Do końca lat 60-tych pozycja na
rynku stabilna.
Może przez
tą Szkocję, a może po prostu dlatego, że od folku (w jakiej byśmy ‘odmianie’ go
nie ujmowali, byleby pozostawał - mniej lub bardziej – ukorzeniony w tradycjach
Mamy Europy) do średniowiecza zawsze jakoś podejrzanie blisko – dość rzec, że
mediewistyczne oko nawet nie musi specjalnie brać Donovana pod lupę, żeby
nagle, ku błogości swojej wrażliwej na uroki kilkusetletnich zamczysk etc.
duszyczki, znaleźć to tu, to tam jakiś ciekawy okruszek.
Zaczęło się
dość tradycyjnie, bo od klimatów arturiańskich. Sunshine Superman z 1966 roku, poza tym, że zawierał jeden z
największych hitów w całej donovanowej karierze (utwór tytułowy mianowicie),
poza tym, że chcąc nie chcąc ustawił swego autora(wcześniej w znikomym przecież
stopniu undergroundowego) w awangardzie, jeśli wziąć pod uwagę próby (o różnym
przecież stopniu powodzenia) dodania psychodelicznego posmaku do tego, co się
już wcześniej grało, poza tym, że w pamiętnym The Trip (nomen omen) Donovan dowodził, że charakterystyczne
jąkanie jak-gdyby-pod-wpływem-pewnych-popularnych-substancji nie skończyło się na
My Generation The Who, poza tym, że w
ogóle jest to bardzo dobra płyta i że bardzo pięknie pobrzmiewa tam sitar, tak
więc – poza tym wszystkim – naszemu Szkotowi zachciało się pośpiewać o Ginewrze
pijącej trunki pochodzące z winnic Karola Wielkiego… Tak. (Guinevere of the royal court of Arthur / Draped in white velvet, silk
and lace / The rustle of her gown on the marble staircase / Sparkles on
fingers, slender and pale […]Maroon-coloured wine from the vineyards of
Charlemagne / Is sipped by the queen's lip and so gentle / Indigo eyes in the
flickering candlelight / Such is the silence over royal Camelot) Bardzo to klimatyczne, bardzo
przestrzenne, bardzo powietrzne.
Rok później Donovan porwał się na
stworzenie opus magnum, bo chyba tak
już na wstępnie zwykły się jawić wydawnictwa podwójne (ale od jawienia się do
prawdy jeszcze droga daleka). Niby ‘piękna miska jeść nie daje’, ale A Gift From a Flower to a Garden tak czy
owak interesuje mnie przede wszystkim ze względu na opakowanie. Po pierwsze był
to jeden z pierwszych box-setów, okładka
naprawdę zaczęła przypominać tym samym księgę,
zwłaszcza że ze środka wysypywał się zestaw karteluszek z tekstami utworów (nie
był to więc booklet w tradycyjnym rozumieniu). Ale przede wszystkim – artwork
jako taki, nazwijmy to – sesja okładkowa,
za którą stał sam Karl Ferris, szumnie (ale nie bezpodstawnie) nazywany ‘ojcem
psychodelicznej fotografii’, nadworny artysta Hendrixa, który poza tym
popełniał jeszcze prawdziwe eksplozje koloru dla takich tuzów ówczesnej sceny
jak Cream czy The Hollies, pomagając – zwłaszcza w przypadku tych ostatnich –
dosłownie podkoloryzować ich nowy, doraźny (modniejszy?) i właściwie dość
jednorazowy, psychodeliczny wizerunek. Tym, co powinno nas tutaj szczególnie
interesować, jest plener (odsyłam do fotografii powyżej). Bodiam Castle, proszę państwa. Hrabstwo Sussex,
rocznik 1385.
Bodiam Castle, źródło: wikipedia.
Z sesji do A Gift From a Flower to a Garden.
Na jednych sędziwych murach się nie skończyło...
Czujecie w tym wszystkim jakiś
minimalnie zbyt wielki ładunek ładności i sentymentu? To dobry kierunek.
Na początku nowej dekady
przychodzi zamówienie na soundtrack. Od Bardzo Znanego Reżysera. Film, o którym
mowa, powinien tutaj błysnąć właściwie jako główny bohater tego posta, jako
punkt dojścia, ale i punkt wyjścia, biorąc pod uwagę, że w jakiejś kompletnie
odmiennej czasoprzestrzeni, gdzieś-kiedyś po raz pierwszy zetknęłam się
donovanową twórczością. Nie odwrotnie. Nie było też zresztą tak, że po
obejrzeniu (i odsłuchaniu) rzeczonego filmu jęłam namiętnie wsłuchiwać się w Słonecznego Supermana i jego krewnych. O
nie, najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Donovan przez pewien dłuższy
czas funkcjonował w mojej głowie właśnie tylko i wyłącznie jako autor
rzeczonego zestawu piosenek ‘pod film’.
Treść filmu była następująca i
dla tych, którzy jeszcze nie domyślają się o czym mowa, powinna zabrzmieć
znajomo, i to na dwóch płaszczyznach:
Pewien młody człowiek wyrusza
wraz z przyjaciółmi na wojnę. Taka siła wyższa i wymogi chwili. Z wojny owej
wraca rzecz jasna w złym stanie ciała i jeszcze gorszym stanie ducha, ba, z
duchem kompletnie strzaskanym i pogruchotanym. W zmordowanym wspomnieniami
wojennego terroru umyśle zaczynają się powoli rodzić myśli bardzo konkretne i
klarowne, ale tak nieprzystające do rzeczywistości, że na początku trudno to
nawet wyrazić słowami. Kiedy się jednak znajdują, jedno z nich staje się
słowem-kluczem. Wolność.
Zainspirowanym widokiem ptaków za oknem nasz młodzieniec postanawia być wolny,
wolny totalnie i za wszelką cenę. Chce znaleźć
swoją duszę. Dalszy przebieg zdarzeń
jest do przewidzenia – odrzuca ojcowiznę, odrzuca wszelkie dobra materialne,
koniec końców odrzuca także rodzinę i cóż – wyprowadza
się za miasto. Przy okazji inicjuje coś na kształt działalności
charytatywnej. Ostatecznie nic nie posiadający biedacy okazują się przecież być
bardziej wolni od skrępowanych żądzą
bogactwa, dobrze prosperujących mieszczuchów. Jest przy tym wszystkim jeszcze
element biegania po polach, bliskości natury. Ostatecznie taki model życia, w
myśl zasady wolność i pokój staje się
podejrzanie nęcący dla młodych mieszkańców rodzinnej mieściny głównego
bohatera, którzy przyłączają się do niego coraz większą gromadą. W mieście
starsze pokolenie wpada w popłoch (‘Powiedziano
nam, że śmietanka naszej młodzieży zaraziła się kontaktem z tą ekscentryczną
społecznością.’) Podjęte ostatecznie kroki będą drastycznie i skończy się
na ofiarach. Tak działa władza. Ale wbrew niej, nowa idea będzie się szerzyć… i
szerzyć… i szerzyć.
Był rok 1972 kiedy film wszedł na
ekrany, ale równie dobrze mógłby powstać kilka lat wcześniej. Zresztą – sam
koncept też nie urodził się przecież z dnia na dzień.
Rzecz jasna główny bohater nie
wraca z Wietnamu. Rzecz jasna w tym wszystkim tkwi jeszcze wątek religijny,
który celowo powyżej pominęłam, biorąc jednak pod uwagę fakt, że i w filmie
jest on momentami wręcz marginesowy, że więcej jest mówienia o wolności niż o
wierze. Cóż, poznajcie hipisów z San Damiano. Pod przewodnictwem znanego wam
skądinąd św. Franciszka. A raczej postaci, dla której stanowi on mglisty
pierwowzór.
Brother Sun, Sister Moon Franco Zeffirellego to jeden z takich
filmów, o których nie do końca wiem co myśleć. To, że z biografią prawdziwego
Franciszka z Asyżu ma tyle wspólnego, co Donovan Leitch z Jasonem Donovanem nie
jest samo w sobie wadą. To, że działania bohaterów przyjmują formę nieomal
kontrkulturowego manifestu – też. Odbieram to jako signum temporis. Jest przy tym stale obecny ów wyżej wspomniany
element ‘zeświecczenia’ historii Franciszka – mówi się więcej o ubóstwie
Chrystusa niż o Bogu jako takim. To pomaga odjąć trochę ciężaru gatunkowego i
uniknąć charakterystycznej dla filmów o świętych nachalnej retoryki. Cóż, może
to po prostu nie jest film o świętym.
Pod względem estetyki i nastroju
pozostaje w bliskiej konotacji z najbardziej chyba reprezentatywnym dziełem
Zeffirellego. Mowa oczywiście o Romeo i
Julii. Cóż, Brat słońce, siostra
księżyc to film nakręcony pastelami, dosłownie (ujawnia się to zwłaszcza w
scenach w plenerze) i w przenośni. Momentami wkrada się taki sentyment, taka
czułostkowość, że czuję się jakbym oglądała zbiór XIX-wiecznych religijnych
oleodruków, tylko trochę ładniej (o, to stosowne słowo) wyglądających. Z
drugiej strony – niewyobrażalnie kiczowaty obrazek wodospadu (piękny dzień,
pełne słońce, śliczna dziewczyna) jest momentalnie (i kapitalnie) przełamany
widokiem zastępu trędowatych, wyłaniającego się zza przysłowiowego winkla. Wywołanie
wrażenia naiwności samo w sobie jest pewnie zabiegiem celowym. Ale zajączki i
sarenki hasające wśród maków (całe pola maków!)… Hm.
Tymczasem zdarzają się momenty
tak wizualnie wyśmienite, że naprawdę pobłażliwy uśmieszek znika mi z twarzy.
Weźmy scenę rozmowy z matką, zakomponowaną jak jakieś XV-wieczne Zwiastowanie –
zwracam uwagę na ten wazon z irysem, irysem (!!!) tak kojarzącym się z mieczem,
z bólem matki, ten miecz boleści z
proroctwa Symeona, ech, cała ta ukryta, późnośredniowieczna symbolika.
Rewelacja.
Niektóre ujęcia krajobrazu. Ach ta Umbria i jej doliny, które
wyglądają jak scena teatralna. Wreszcie fakt, że Asyż zagrało San Gimignano - fantastycznie,
z tymi swoimi niebosiężnymi wieżami, wpisujące się w powiastkę o wolności.
Bazylika św. Piotra, w której Innocenty III wygląda jak wielkie jajko Fabergé –
poznajecie mozaikę z katedry w Monreale?
I w tym wszystkim – kostiumy. O
mój Boże, jakżesz ja się kiedyś musiałam oburzać, widząc co się tam wyprawia.
Trudno projektując stroje pofolgować sobie w przypadku przyodziewku braci z San
Damiano, ale już elita Asyżu, świta papieska – to pole do popisu. Zgodność
względem pierwowzorów, tak jak w przypadku zgodności biografii – jest mglista.
Pomysły są karkołomne, niesamowicie efektowne, czasami aż w zabawny sposób. 1209 – Odyseja kosmiczna.
W Asyżu nosimy się na bogato.
Może czasem
właśnie o to chodzi. Nie czerpać pełnymi garściami, tylko podskubywać. Tworzyć
coś nowego, nie muzealnego. A co można powiedzieć o tych, którzy w owych
fantastycznych tworach paradują? Cóż, Graham Faulkner, odtwórca głównej roli,
specjalnie się później nie nagrał i pewnie już do końca pozostanie „tym od św.
Franciszka”. W jego grze też wyczuwalny jest ten trochę pretensjonalny posmak,
chcę myśleć, że momentami zbyt duży pierwiastek – przepraszam za wyrażenie –
szczęśliwego, bożego ‘idioty’ (szaleńcem widzi Franciszka Asyż i szaleńcem
przedstawia się go widzowi) był całkowicie pod kontrolą i zamierzony. Mnie
najbardziej w pamięć zapadli filmowi rodzice przyszłego świętego, czyli Lee
Montague i Valentina Cortese jako Pietro i Pica di Bernardone – soczyści, z
krwi i kości i tacy, że ich postaci nie sposób potępiać. Każdy film posiada
swoje humorystyczne zaplecze w postaci historyjek – kto miał kogo zagrać a nie
zagrał (i dlaczego). Nie inaczej tutaj. Do roli Franciszka rozpatrywano takie
kandydatury jak Caetano Veloso (!) czy Al Pacino (!!!). Zeffirelli podobno
wyznał w swojej autobiografii, że w filmie hurtem zagrać mieli panowie z The
Beatles, ‘w głównych rolach’. Czy miało to oznaczać czworo przyjaciół
Franciszka, czy może któryś z członków Fab Four miał osobiście oblec się w
szaty świętego? Ciekawe który… Pewnie niekoniecznie Ringo.
No a soundtrack? Jak cały film –
oscylujący między przesłodzeniem a naprawdę świetnymi momentami. Co ciekawe –
na potrzeby włoskiej wersji filmu powstał… osobny. A z oficjalnego wydawnictwa
w jakiś przedziwny sposób wypadły utwory Donovana. W związku z zagmatwaną
kwestią praw autorskich ukazały się samodzielnie dopiero w 2004 (!) roku,
nagrane na nowo, w wersji całkowicie akustycznej. To potwierdza moje własne
obserwacje – w przypadku większości utworów ich potencjał został zabity przez
aranżacje – orkiestrę i chóry. Dlatego dla mnie absolutnie najlepszym momentem
soundtracku, na którym tak naprawdę mógłby się właściwie zaczynać i kończyć,
pozostaje chyba najmniej zauważany utwór, który w przeciwieństwie do innych nie
zrobił samodzielnej kariery jako normalnie, regularnie funkcjonująca piosenka
religijna. Utwór, który otwiera film. Słuchajcie.
Ostatnimi czasy zarzuciłam na
moment podczytywanie o nieżyjących od pięciuset lat Niemcach i postanowiłam strzelić
sobie prawdziwe wakacje. Włóczę się po lesie, odgrzebałam rower i przez
większość czasu oddaję się bynajmniej nie drugoplanowym pasjom muzyczno-odsłuchowym.
Szkoda, że olimpiada się skończyła. Jak zatem widać na załączonym obrazku –
intelektualizm pełną gębą. Dlatego dzisiaj, wobec absolutnej niemożności nawet
najmniejszego wytężenia swojego umysłu, pozwolę sobie zaprezentować coś, co
umożliwi mi nie odrywanie się od moich ulubionych ostatnio aktywności –
słuchania muzyki i zachowywania się jak dziecko.
Pamiętacie Strrraszne historie? Osobnicy urodzeni w okolicach przełomu lat
80-tych i 90-tych najpewniej tak. Książki, które pozwalały bezkarnie napawać
się dowcipem czasem bądź co bądź niewybrednym, historyczne daty, wydarzenia i
postacie podając jakby mimochodem i przy okazji. Lało się dużo krwi i było
bardzo uciesznie. Co za czasy: z Wallym zwiedzaliśmy świat, z Horrible Histories wsiadaliśmy do wehikułu. No, może to lekka
przesada, ale jak to było miło dorwać się do takich eposów jak Ci wredni Rzymianie albo Narwani Normanowie. Ja na swojej
półeczce posiadałam tomik wydany w ramach odgałęzienia serii zatytułowanego
jakże urokliwie Sławy z krypty. Była
to „biografia” Kleopatry i do dzisiaj pamiętam dwie zamieszczone tam rymowanki,
które brzmiały mniej więcej tak: „Był raz Rzymianin imieniem Cezar, co go ząb
czasu wziął i przeżarł. A ona w pierwszej choć była wiośnie, dzisiaj oddała mu
się radośnie” oraz „Daj Julek na wstrzymanie – serce ci bić przestanie! Królowa
jeszcze młoda a twego zdrowia szkoda”. Nawet Liz Taylor i Rex Harrison nie
mieli takiego poetyckiego zaplecza. Akurat te żarciki wydają się z perspektywy
czasu mocno sfatygowane. Na szczęście pod tym samym szyldem pojawiło się
zjawisko, które jest w stanie ubawić mnie i dziś.
Rzecz nazywa się identycznie jak
seria książek i jest angielskim programem dla dzieci, produkowanym przez BBC od
2009 roku. Podstawowym celem Horrible
Histories nie jest bynajmniej ubawianie takich jak ja, tym bardziej uczenie
czegokolwiek wapniaków starszych niż dziesięcio- czy jedenastolatkowie. Cóż
jednak począć, jeśli czuję się i ubawiona i doedukowana. Naprawdę. I chyba nie tylko ja. To, że program jest na
prawo i lewo nagradzany w kategoriach dziecięcych (BAFTA, a zwłaszcza
„specjalistyczne” w tej materii Prix Jeunesse) zdziwienia bynajmniej nie budzi.
Ale wygrana w 2010 i 2011 roku British Comedy Award w kategorii Best Sketch
Show (jako pierwszy program dziecięcy w ogóle uwzględniony w konkurencji!) każe
już się zastanowić nad tym, z czym właściwie mamy do czynienia.
Scenariusz jest oczywiście w
znacznej mierze oparty na przesławnej serii książek, pióra Terry’ego Deary.
Podobnie jak tam – nikt się z dzieciakami nie cacka i nie owija historii
miękkim pluszem. Jak się mordowali – to się mordowali i w Horrible Histories też się mordować będą. Byli niemoralni – to
niemoralnymi pozostaną. Oczywiście moralne i fizyczne „okropności” stanowią
tylko pewien procent tego, co się tam prezentuje, ale jest to na pewno procent
wyróżniający. Wszystko odbywa się zresztą z dużą kulturą i troską o młodego
widza. Jedną z podstaw tej troski jest założenie, że dzieciak w żadnym wypadku
nie może się nudzić. Historia ma być nie tyle nawet ciekawa. Ma być fajna.
Nie spodziewajmy się oczywiście
żartu grubego i kabaretowego szarżowania po bandzie. Ostatecznie chodzi przecież przede wszystkim o zachęcenie dzieci i opowiedzenie im kilku (niekoniecznie
strrrrasznych) historii.
Tym, co mnie najbardziej bawi,
uczy, śmieszy, tumani a czasem przestrasza, są piosenki. W trakcie czterech
sezonów team Horrible Histories
zdążył ich wyprodukować około pięćdziesięciu. Jako zbiór przyśpiewek
noszą one wiele mówiący tytuł Savage
Songs. Poziom dzikości tych „dzikich pieśni” bywa różny, różny też bywa
poziom zaserwowanego humoru (a także muzykowania!), bywa (a bywało zwłaszcza na
początku) że walor edukacyjny jednak brał górę i postacie historyczne po prostu
wyśpiewywały swoje historie, dziarsko przy tym podskakując, gdzieś pomiędzy
wplatając jeden albo dwa skromne żarciki. Z czasem jednak nastała era
arcydzieł.
Horrible Histories średniowiecze lubią bardzo, a jeszcze większym
przywiązaniem darzą wczesną nowożytność – Henryk VIII jest stałym i
charakterystycznym bywalcem. Kto jak kto. Uśredniowieczniać można się zresztą
nie tylko przez skecze i piosenki – HH to
opcja full-service i na swojej stronie internetowej stwarzają możliwość np.
wcielenia się w średniowiecznego łucznika, którego celem jest wytłuczenie
dziarsko maszerującego pod murami wroga. Spróbowałam i utwierdziłam się w
przekonaniu, że jednak każde moje spotkanie z łukiem (nawet wirtualnym) zawsze
kończy się spazmem rozpaczy (serdecznie pozdrawiam w tym momencie moich rodziców, którzy na pewno to czytają i najlepiej wiedzą, co konkretnie mam na myśli). Może z kuszą poszłoby mi lepiej? Ale do rzeczy.
Piosenki. Najzabawniejsze w nich jest chyba to, że (wszystkie, nie tylko te o
tematyce średniowiecznej) odwołują się do bardzo konkretnych gatunków
muzycznych, czasem bezpośrednio do określonych wykonawców, a nawet –
poszczególnych ich utworów. Najwyższa pora zaprezentować faworytów.
Na początek – wikingowie. Nie,
nie mają hełmów z rogami. W nagraniu swojej rockowej ballady podobno
inspirowali się Guns'N'Roses (nie tak chyba znowu dokładnie), Queen (kto
doczeka do refrenu ten pojmie) i… Jethro Tull (mnie ewentualnie przychodzi do
głowy tylko skojarzenie z fryzurą Ian’a Andersona, ale może nie wniknęłam w
sprawę należycie dogłębnie). Ich wzruszający przebój nosi tytuł Literally. Cóż, nikt nie wątpił, że
wikingowie lubią dosłowność, prawda?
W tekście owego dzieła pojawiają się oczywiście takie słowa klucze jak: kill, burn, drink, tylko rape jakoś nie pada, ale powtórzmy raz
jeszcze – to jest rzecz dla dzieci. Ale wikingowie potrafią też wzbić się na wyżyny poezji i śpiewać o
kometach przeszywających niebo, owego lata 793. Bryan Adams mógłby nawet
napisać jakąś parafrazę swojego Summer of
’69. Summer of 793 nie brzmi źle.
Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam,
to się autentycznie ze śmiechu popłakałam. Może po prostu trzeba mi niewiele, może faktycznie coś w tym jest.
Wielkim moim ulubieńcem jest
doskonały w każdym calu Ryszard III, który bierze udział w programie z bardzo
konkretnego powodu. Chce bowiem pokazać swoją prawdziwą twarz, jakże odmienną
od gęby, którą doczepili mu More i Szekspir. Źródłem wszelkich nieszczęść
Rysia jest zatem straszliwa pro-Tudorska propaganda, z którą samotnie musi
teraz walczyć. Ryszard jest człowiekiem ciepłym, miłym, puszystym, boi się os i
ma lęk wysokości. W ogóle jest nie taki, jakim wykreował go Szekspir. Nie ma
garba. Nie kuleje. Ani nie jest w żaden inny sposób fizycznie upośledzony. Uważa się
za dobrego (ba, idealnego) męża.
Kocha dzieci. Nie, nie zabił trzymanych w Tower bratanków. Swoją drogą, w
czasie ostatniej wizyty tamże (a było to już ładnych parę lat temu)
przyuważyłam coś w rodzaju „automatu sondażowego” – maszynerię z bodajże trzema
przyciskami. Przed naciśnięciem jednego z nich należało zdecydować: co twoim zdaniem
przytrafiło się nieszczęsnym książątkom, że tak zniknęli jak kamfora? Droga do
automatu wiodła przez jedną czy dwie sale wprowadzające w tematykę i podające
za pomocą plansz, filmów i ulotek różne możliwe wersje wydarzeń. Oczywiście
jeden z przycisków odpowiadał opcji „zostali zabici przez złego wuja Ryszarda”.
Biedaczek – załamałby się na ten widok. Swoją drogą, ciekawe, czy ten automat
jeszcze w Tower stoi.
Ryszard śpiewa utwór stylizowany
na Better in Time Leony Lewis. Trzeba
jeszcze coś dodawać?
Czas na piosenkę pożyteczną,
czyli Kings and Queens. Mój absolutny
faworyt, bowiem po sobie widzę, że naprawdę działa.
Piosenka ta ma nauczyć i dzieciaka i wapniaka zapamiętywać po kolei wszystkich
angielskich monarchów. Posłuchajcie, a raz na zawsze znikną Wasze problemy z
cyklu „ilu Edwardów pod rząd” i „iloma ich przepleść Henrykami”. Średniowiecze pojawia
się tam oczywiście do momentu, ale jako pomysłodawca tego jakże wspaniałego
konceptu występuje nie kto inny jak Wilhelm Zdobywca. Przekomiczny. Jak
wszyscy. A zwłaszcza królowa Wiktoria.
Spragnionym dalszych,
średniowieczno-nowożytnych wrażeń, można jeszcze zalecić: piosenkę Henryka VIII
ułatwiającą zapamiętanie (z pokazywaniem!) tego, co się stało z którą żona; wspólny
występ Henryka z Elżbietą (w stylu wczesnych, mniej bombastycznych popisów HH, aczkolwiek fakt, że w tekście
występuje Simon Cowell jest godny odnotowania); funkujących mnichów; szkockich monarchów w rytmie blues’a; stosunkowo nowe, ale średnio moim zdaniem udane:
rodzinę Borgiów w kontekście rodziny Adamsów oraz (trochę lepszą) Marię Tudor
śpiewającą a’la Kate Bush. Jest jeszcze absolutnie przezabawny William Wallace
(któremu przypomniał się Billy Idol i jego Rebel Yell).
Ja tam z wypiekami czekam na
następny sezon.
I nawet nie macie pojęcia, jak
bardzo zazdroszczę tym brytyjskim dzieciakom. Gdybym ja za młodu coś takiego na
ekranie dostała, to chyba bym z radości dostała zawału i to by dopiero była
straszna historia.
PS. Po prostu nie da się nie
powiedzieć o kilku naprawdę kapitalnych przebojach odwołujących się już do
zupełnie innych momentów w historii. Zaiste dziki ubaw dostarczają piloci RAF-u
z songiem na modłę Take That (ze wspaniałym fragmentem tekstu: „Take That… Hitler!”), rozbójnik Dick Turpin opowiadający swoją historię w sposób bardziej niż wyraźnie inspirowany
Adamem Antem i klipem do jego „Stand and Deliver” (któremu inspiracji
dostarczyli... no cóż - Dick Turpin i jemu pokrewni), Karol II romansujący z „My Name Is”
Eminema, kochający spaniele i imprezy ponad miarę przeciętnego śmiertelnika („…I'm
the king who brought back partying!”) oraz filozofowie greccy muzykujący na
modłę... The Monkees. Dość dosłownie. Wybitnie bawi mnie fakt umieszczenia myślicieli w kontekście zespoliku
powołanego jako substytut The Beatles, kiedy tym zachciało się szukać nowych
rozwiązań. Polecam, tak, śmak i owak. A już na pewno czytelnikom już dzieciatym.