Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2015

Święta Naomi, czyli Francesco Vezzoli i Madonny o znanych twarzach

Podobno dobra modelka musi być jednocześnie dobrą aktorką. W pewnym sensie wciela się w postać. Tak w trakcie sesji (ręka do góry, kto pomyślał w tym momencie o sesji egzaminacyjnej, a nie fotograficznej), jak i podczas pokazu, o spotach reklamowych już nie wspominając. 

U Francesco Vezzolego piękne panie (rekrutujące się z grona najbardziej prominentnych apostołek kanonu urody lat 90-tych) wcielają się - trochę siłą, bo zmanipulowane przez artystę - we włoskie Madonny przełomu XV i XVI wieku, tak po prostu. 

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF KIM ALEXIS AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com

Mariaż świata mody ze światem sacrum to oczywiście nic nowego. Sakralnie bywało i na wybiegach (my mieliśmy swojego Arkadiusa, świat swojego Gaultiera) i poza nimi; ogłaszano i "papieży mody" (aktualnie to ponoć Karl) i "męczenników" (w ostatnich latach McQueen), gorzej może ze "świętymi", bo świat mody sam przecież wie, że święty nie jest. Ach, ale to jest właśnie to połączenie najbardziej soczyste, które sama bardzo lubię. Święte i grzesznice! Dwa w jednym! Tak jakby skondensować Marię Magdalenę - nie dzieloną na "przed" i "po", na wszetecznicę (zastanawiam się, co brzmi bardziej pretensjonalnie: "wszetecznica" czy "dziwka"?) i pustelniczkę, tylko jedną, całą, świętą i potępioną na raz.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CHRISTIE BRINKLEY AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER GIOVANNI BELLINI), 2010; źródło: artsy.com


Nobliwa poprzedniczka: Madonna z dzieciątkiem Giovanniego Belliniego, 1460-64, Museo Correr, Wenecja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CINDY CRAWFORD AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER ANDREA MANTEGNA), 2010; źródło: artsy.net


Andrea Mantegna, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem, 1465-70, Staatliche Museen, Berlin; źródło: wga.hu

Jak te Madonny Vezzolego się uśmiechają... 
Jest w nich coś wulgarnego i naprawdę, to wiem w stu procentach - nie powiesiłabym ich sobie na ścianie. Mdli mnie już po kilku minutach patrzenia, ale przypuszczam, że nudności te uwzględnione były w przemyślnym planie artysty.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF NAOMI CAMPBELL AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER CIMA DA CONEGLIANO), 2010; źródło: artsy.net

Giovanni Cima da Conegliano, Madonna z dzieciątkiem, ok. 1504, Galleria degli Uffizi, Florencja; źródło: wga.hu

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF TATJANA PATITZ AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER RAFFAELLO), 2010; źródło: artsy.net

Rafael, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Tempi), 1508, Alte Pinakothek, Monachium; źródło: wga.hu

Vezzoli (rocznik '71) lubi - jak to się mówi - zwodzić widza. I lubi też przebijać nadęty balonik z napisem "współczesne media". Zdarzało mu się kręcić trailery-fałszywki, zapowiadające filmy, które nigdy nie powstały i które nigdy powstać nie miały. Po swojemu interpretował galerię gwiazd z Walk of Fame, tworzył reklamy nieistniejących perfum (np. zapachu Greed, który - ehem - reklamowały m.in. Frida Kahlo czy Niki de Saint Phalle), plakaty zapowiadające nieistniejące filmów etc.. Na tym tle jego Madonny nie wydają się być czymś odosobnionym, choć może silniej zaznacza się w ich przypadku mariaż z kiczem, co doskonale łączy się z faktem, że to właśnie renesansowe, włoskie maryjki są jednymi z tych najczęściej reprodukowanych, których nadmiar wzbudza - no właśnie - mdłości. Patrzę na ramy, w które Vezzoli zakuł te swoje świętości i myślę sobie, że tak właśnie wygląda przesyt estetyką pop-sacro, że jest to - przepraszam za wyrażenie - bujny rzyg w kolorze złotym.

Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF WILHELMINA AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER LEONARDO), 2010; źródło: artsy.net

Leonardo da Vinci, Madonna z dzieciątkiem (Madonna Litta), ok. 1490-91, Ermitaż, St. Petersburg; źródło: wga.hu

Jakie one piękne, jakie znajome, jakie nieznośne!


Francesco Vezzoli, CRYING PORTRAIT OF CLAUDIA SCHIFFER AS A RENAISSANCE MADONNA WITH HOLY CHILD (AFTER BELLINI), 2010; źródło: artsy.net


poniedziałek, 25 listopada 2013

"Zbroja od Gaultier'a, mozaiki z metką Dolce&Gabbana...": przechodniu przyjdź i posłuchaj.

Najmilejsi moi czytaciele drodzy,

jeśli nie macie jeszcze dość mojego gadania o mediewalizmach i jeszcze srożej brzmiących (uwaga) wczesnonowożytczyznach (żeby nie rzec "early-modernizmach") występujących w modzie współczesnej, ba, jeśli wręcz za tym gadaniem tęsknicie, lub też jeśli po prostu - ach! - macie ochotę sprawdzić, jak mój głos brzmi w naturze (a nie jak wygląda na ekranie) - zapraszam, stawcie się w najbliższy czwartek w Instytucie Historii mojej Alma Mater. Wszelkie szczegóły poniżej (proszę nie zrażać się sformułowaniem "zaprasza wszystkich studentów"). 

Rzecz będzie co prawda miała charakter raczej szkicu niż monumentalnego, monolitycznego, przytłaczającego głębią refleksji wykładu, ale obiecać mogę, że zjawi się trochę fikuśnych michałków, które na blogu się jeszcze nie pojawiły. W programie również jeszcze więcej McQueen'a. Jeszcze więcej Dolce&Gabbana. A także... Tak. Jeszcze więcej printów. 


Oczywiście szczególnie zaprasza się tych, którzy w szereg MiŚ-a chcieliby wstąpić. Wszelkich niezbędnych informacji pod tytułem "co zacz" dostarcza niniejsza stronka. Mediewiści niedzielni są równie mile widziani, co mediewiści wytrawni, powiązani ze średniowieczem licencjatami, magisterkami, pracą zawodową itp. itd.. Zresztą - niżej podpisana sama zalicza się zresztą do tej pierwszej grupy. Tkwienie w szpagacie to moja odwieczna specjalność.

No, to teraz idę odpalić Power Pointa. Wszak rzecz ma być przede wszystkim dla oka.

sobota, 31 sierpnia 2013

Wielogłos historyczno-modowy: od Chanel po... Modę Polską



Sprawdziłam. O damskim przyodziewku pisałam ostatni raz już na tyle dawno temu, że mogę spokojnie do tego jakże sympatycznego zagadnienia wrócić, bez narażania się na bycie posądzoną o faworyzowanie jednego tematu i zamienianie się nieomal w blogerkę modową. Z całym szacunkiem dla blogerek modowych.

No cóż, wyznanie to ani nikogo pewnie nie zaskoczy, ani też nie będzie specjalnie wstydliwe, trzeba to jednak powiedzieć - tak zwany "temat tekstylny" jest jednym z najbliższych mojemu sercu i strasznie się pilnuję, żeby nie zaczął tu dominować, jestem bądź co bądź zwolenniczką równowagi w przyrodzie. Dlatego zamiast kilku odrębnych notek proponuję jedną, spójnością może nie grzeszącą, ale za to prezentującą co ciekawsze znaleziska z ostatnich paru miesięcy, a wpisujące się w temat odprysków średniowiecza/wczesnej n. zaistniałych na szatach, które do noszenia (rzadziej) bądź oglądania (częściej) proponują swojej klienteli współcześni projektanci.

Poprzednim razem, przy okazji pisania o "mozaikowej" kolekcji Dolce&Gabbana, wyraziłam chęć zobaczenia na niwie współczesnej mody jakiś soczystych, konkretnych, twórczych i ogólnie rzecz biorąc - szczękę luzujących i oczy wybałuszających inspiracji renesansowych, zwanych poufale renesansizmami. Zdębiałam, kiedy następnego dnia po opublikowaniu wspomnianego posta, niczym z machnięcia czarodziejskiej różdżki (albo Zaczarowanego Ołówka) wyskoczyła mi na ekranie kolekcja RTW Alexander McQueen na jesień/zimę 2013-14. Mniej wtajemniczonych uczulam, że jak zwykle określenie "ready-to-wear" jest w przypadku tego domu mody ewidentnie mylące. Are you ready (nawet jeśli nie koniecznie "to wear")? 


Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 1; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 4; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 3; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 5; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 7; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; look 8; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Alexander McQueen RTW AW 2013/2014; detal; źródło: vogue.co.uk

Mam wrażenie, że w tych projektach stojąca obecnie za mcqueenowymi sterami Sarah Burton najbardziej zbliżyła się do modowego historyzmu w wydaniu jej świetnego poprzednika, nieodżałowanego Alexandra. Można gdybać, że sam McQueen identyczne inspiracje pewnie potraktowałby w sposób - no, nie bójmy się tego słowa - nieco bardziej mroczny, ciemny, gęsty i ciężki, w rozumieniu ciężaru gatunkowego wywoływanych przez kolejne sylwetki skojarzeń. Dawność (w tym przypadku trudna nawet do jednoznacznego uchwycenia i nazwania - mamy tu klimaty elżbietańskie, ale i trochę rosyjskiego baletu serwowanego z jajkami Fabergé, a w samym kształtowaniu sylwetki nawet nieco lat 40-tych czy 80-tych, tym razem ubiegłego stulecia) w rękach Burton rozciąga się jednak w podobną stronę jak u McQueena, ach, i jest to strona przeze mnie wyjątkowo ukochana, o czym pewnie już kiedyś mówiłam. To ten moment, w którym historyzm staje się nagle futurystyczny. Przeszłość wydaje się być równie obca i odległa jak przyszłość, obie więc świetnie ze sobą współgrają i może właśnie dlatego projekty z metką Alexander McQueen tak często wyglądają jak stroje niewiast z innej planety.

Nie zawsze jest jednak tak pięknie. Dla zwolenników prostszych rozwiązań McQueen naszykował coś innego. Witrażowe printy. 


Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Alexander McQueen PRE AW 2013/2014; źródło: alexandermcqueen.com

Och, na brodę Merlina, skąd my to znamy? Na MAAA pojawiły się już w przypadku kolekcji Carven. Zieją również po ulicach. Zainteresowanym melduję, że opatrzoną nadrukiem w witraże koszulę miałam ostatnio w ręku we wrocławskim TK Maxx-ie, za bardzo zresztą przyzwoitą sumę. Nie kupiłam, nie moja to bajka: obnosić się z późnym średniowieczem na piersi, ale rzecz była niezgorzej skrojona, polecam. Nadal jestem zdania, że potencjał witraży jako abstrakcyjnego wzoru zdobiącego kawałek odzieży jest fenomenalny, ale trochę mnie serce boli, że u McQueena robi się coś, co robią teraz wszyscy. Cyfrowe printy oparte na "dziełach sztuki dawnej". E.

Zostawmy nadruki, wróćmy do krawiectwa. Przed renesansizmami spod ręki Sarah Burton pojawiła się jeszcze Szkocja Stuartów w wykonaniu samego Karla Lagerfelda. To, w czym paradowano na pokazie Chanel - Pre AW 2013-14 w założeniu miało być hołdem dla Szkocji w ogóle. Historię uwzględniono. W bardziej muzealnym, momentami wręcz zastanawiająco rekonstrukcyjnym wydaniu niż u McQueena, nie mniej jednak - bardzo spektakularnym. Z niesamowitą dbałością o detal, zróżnicowanie materiałów, ich faktur... Naprawdę piękna rzecz. Po Lagerfeldzie nie spodziewałam się takiego historycznego pędu. Być może to było jednorazowe, być może chciał pokazać, że jak chce, to i w ten sposób potrafi. Oj, potrafi. 

Chanel - PRE Autumn 2013; look 11; źródło: vogue.co.uk
Chanel - PRE Autumn 2013; look 29; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 41; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 45; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 61; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 69; źródło: vogue.co.uk

Chanel - PRE Autumn 2013; look 70; źródło: vogue.co.uk


Tego rodzaju "wizje całościowe", jak u McQueena czy Chanel to poważna sprawa i ciągle jeszcze coś, co pozostaje w mniejszości. Mniej totalne podejście do historii nie musi jednak kończyć się na printach. Cóż, ciągle nie obumarła jeszcze Ona, przyjaciółka wszystkich projektantów którym nagle zachce się sięgnąć po ociupinkę (ale tylko ociupinkę) "średniowiecza". Zbroja ma się dobrze.

Można robić pancerzowate płaszcze z materiału, jak kiedyś Viktor&Rolf, i wyjść z orężnego niebezpieczeństwa obronną ręką. Można też po prostu opakować modelki żelastwem. Efekty są na pierwszy rzut oka nęcące. Przy drugim spojrzeniu mnie to zwykle bawi. No dobra. Czasem bawi mnie już przy pierwszym.

Oto promo na lato 2013, prezentujące prace pań tworzących pod szyldem Sisters of the Black Moon. Edytorial zatytułowano Dawn of Fortitude. Zdjęcia Dagny Piasecki. 

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sistersoftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com

I akurat to zdjęcie mi się podoba. / Sisters of the Black Moon Summer 2013 Editorial; fot. Dagny Piasecki; źródło: sisteroftheblackmoon.com


Widzę tu straszną przejażdżkę po kliszach. Kobieta-wojowniczka, mrocznie-powiewne, czarne jak smoła przyodziewki, buciory ciężkie, ruina w tle... Hm.

Wytrawni zawodnicy radzą sobie z tematem lepiej. 2013 to bez wątpienia rok wspominania modowej spuścizny punku. Na fali wznieconej przez wystawę w nowojorskim Met Museum Punk: Chaos To Couture powstała kooperacja internetowego potentata Moda Operandi z dwunastoma wiodącymi markami (w tym Dolce&Gabbana czy Balmain). Mikro-kolekcja miała rzecz jasna "uchwycić ducha punkowego" i poddać go reinterpretacji. Jest więc czarno, czarno-biało lub czarno-srebrno, trochę ćwieczaście, bardzo smakowicie i aż portfel swędzi, aż tu nagle Ricardo Tisci i propozycja Givenchy...

Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk

Cóż powiedzieć? Rzecz wygląda kuriozalnie. Ale mówcie co chcecie. Kaptur kolczy w kontekście wystawy poświęconej modowemu dziedzictwu punkowemu. Kaptur kolczy z fantastycznie skrojonym czarnym garniturem. Świeże. Mrugnięcie okiem.

I jeszcze trochę żelastwa od Givenchy.


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


Givenchy dla Moda Operandi; źródło: vogue.co.uk


To wszystko za miedzą. A co u nas, na polskim podwórku? Nie jestem w stanie wyrazić tego, ile radochy sprawiło mi ujrzenie w lipcowo-sierpniowym numerze polskiej edycji Harper's Bazaar tego oto zdjęcia:

Moda Polska, suknia "średniowieczna"; fot. Stanisław Bobrowiec Boniecki, Harper's Bazaar Polska, nr 05-06 2013

Ów twór, opisany jako "suknia średniowieczna" to najprawdziwszy okaz sprzed ponad 20-lat, spod ręki (a w przypadku tego egzemplarza - także z piwnicznych zbiorów) nie kogo innego, jak samego Jerzego Antkowiaka dla Mody Polskiej. Pseudo-średniowieczna sukienka rodem z PRL-u cieszy jakoś tak zupełnie inaczej. Mam nadzieję natykać się na takie rzeczy częściej.

A już na sam koniec, nie mogę się powstrzymać, żeby jeszcze nie wkleić jakże buńczucznej, uśredniowiecznionej PJ Harvey, jak zawsze jedynej w swoim rodzaju.


Owocnego kompletowania garderoby na zimniejszą część roku!

poniedziałek, 4 marca 2013

Jak mozaiki to tylko od Dolce&Gabbana


Kilka dni temu, niczego nie podejrzewając, weszłam na jedną z tych stron internetowym, które zwykłam odwiedzać codziennie. Weszłam, zobaczyłam – i zamarłam. Cielęcym wzrokiem wpatrywałam się w ekran, dopóki nie zorientowałam się, że chyba właśnie ucieka mi tramwaj. Było to rano.

Jak prawdopodobnie można się zorientować po tonie moich dość już licznych, zawartych tu wypowiedzi na temat przemysłu tekstylnego: z oceną tak zwanego historyzmu w modzie współczesnej miewam pewne problemy, pomijając już nawet fakt, że największy z nich stanowi to, czy w ogóle wypada w tym kontekście posługiwać się starym, dobrym a przykurzonym terminem ‘historyzm’. I do czego konkretnie miałby się on odnosić? Czy tylko do krojów inspirowanych czasem minionym, do dodatków jak z muzealnej szafy? Czy printy mogą być ‘historyczne’, jeśli są oparte na mniej lub bardziej zasłużonych dziełach sztuki dawnej?

Istnieją kolekcje, w przypadku których określenie ‘historyczne’ narzuca się natychmiastowo, prawie bezwiednie i absolutnie nie odwołalnie. Nie mylić w tym przypadku 'historycznego' z 'epokowym'. Epokowy mógł być Yves Saint Laurent i jego le smoking w 1966. W ukutym na potrzeby dzisiejszej notki terminie ‘kolekcja historyczna’ zawiera się to, że kiedy patrzysz na wędrujące po wybiegu modelki, czujesz, jak wieje historią. I to tak, jakby się stało przy jakiejś wielkiej turbinie.

Kiedy zabrakło Alexandra McQueena, kiedy John Galliano popadł w niełaskę i kiedy Jean Paul Gaultier na razie definitywnie obstaje przy wskrzeszaniu ikon i subkultur minionego stulecia – ktoś musiał przecież zostać na placu historycznego (historyzmowego?) boju i dzielnie dzierżyć pałeczkę. Że Karl Lagerfeld sięgnął po Szkocję Stuartów w (przynajmniej części) ostatniej kolekcji Chanel Pre-Fall – to już wiele – fantastyczne i naprawdę interesujące wiele, ale chodzi mi po kościach, że raczej jednorazowe. Na szczęście są jeszcze Dolce&Gabbana, jakoś tak bynajmniej z powagą muzeów nie kojarzeni, a jak się zastanowić – zupełnie niesłusznie, bo obok ‘szumu morza na promenadzie w Portofino’ mogą się jeszcze kojarzyć z jedną z absolutnie w moim skromnym odczuciu najlepszych, historycznych kolekcji ostatniego dziesięciolecia: sławnym, napoleońskim popisem na jesień/zimę 2006/2007, co do którego do dzisiaj mam podejrzenia, że w sposób wielce wydatny wpłynął na początki mojego zainteresowania tamtą epoką.

W ostatnich sezonach (co by nie powiedzieć – latach) panowie Domenico Dolce and Stefano Gabbana stawiają na promocję dziedzictwa kulturowego swojej rodzimej Italii. Weźmy pod uwagę same kolekcje, ale także kampanie reklamowe, które poleca się zwłaszcza fanom klimatów weselnych a’la pierwsza część Ojca chrzestnego oraz pani Bellucci. Mijającej właśnie zimy mieliśmy do dyspozycji – oficjalnie rzecz ujmując – barok na Sycylii, luźno czerpany, umiejętnie dozowany i piękny, że zgroza i że głowa boli. Na tegoroczne lato skondensowali całą tradycję włosko-wczasową (jeśli istnieje coś takiego), w najbardziej południowym wydaniu, jak tylko się da, tak, że aż pachnie – no powiedzmy – pastą alla norma, żeby użyć pomidorów i bakłażana w jednym wyrażeniu. Było w tym trochę Afryki (wiadomo gdzie Sycylia leży), było sporo dziwacznego detalu oddającego najbardziej żywą, kolorową i radosną stronę Mediterraneo, a także – jakże by inaczej! – baśniowo-historyczne printy w klimacie zbrojnym. Dlatego zastanawiałam się, czy nie opisać tej kolekcji w całości, no ale nie zdążyłam, bo tymczasem nastały nowe pokazy – no i właśnie. Eksperci od umiejętnie dozowanych aluzji poszli na całego.
Siedząc na tej Sycylii, najpierw wśród tych czarnych koronek i barokowych kościołów, potem na tych straganach wśród bakłażanów, Stefano i Domenico najwyraźniej skręcili ku zabytkom z czasów, kiedy na tej wyspie żyło się luksusowo. Zanim bowiem italskim arbitrem estetyki przepychu został Gianni Versace – w Palermo i okolicy całkiem sporo kombinowano ze złotem.

Palermo, Palazzo dei Normanni, Cappella Palatina, XII w.

katedra w Cefalu, poł. XII w.

Roger II, Martorana, XII w.

Monreale, katedra, XII w.

Sala Króla Rogera, Palazzo dei Normanni w Palermo, XII w.


Wracając z Sycylii na Północ, duetowi D&G mogło się jeszcze po drodze przypomnieć, że błyszczeć lubiono także na Półwyspie. Właściwie całym. I właściwie to od dość dawna.
 
Znani i lubiani! Justynian...

... i Teodora wraz z orszakami. San Vitale w Rawennie, VI w.

absyda katedry w Torcello, XII w.
 
Najwyraźniej mając to wszystko przed oczami, postanowili ubrać modelki w mozaiki, a jakby blasku jeszcze nie było dość, przyozdobić je dodatkowo biżuterią, która na pierwszy rzut oka wygląda jak kawał dobrej rekonstrukcji. I dodać trochę tych mozaik na torebki. I jeszcze na buty. A co. Po czym spacyfikować to wszystko powściągliwym, czasem wręcz minimalistycznym krojem, linią A, dużą ilością szarości i sporą dawką lat 60-tych raczej-wczesnych, resztą tej czarnej koronki, co to została im z baroku, oraz królewskim szkarłatem. Ta-da!


Look 1, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 3, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Zobaczycie - za pół roku zdjęcie tej sukienki będzie wszędzie. /Look 5, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 6, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 11, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Geometria i mozaiki. Da się? Da się!/ Look 12, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Wersja biznesowa. Różnorodność propozycji jest powalająca. /Look 15, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


W części kolekcji jedynym akcentem historycznym pozostawała biżuteria. Przepraszam. Złotnictwo. /Look 17, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 22, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


No i inspiracje zakonne! Nie takie ostatnimi czasy rzadkie. /Look 36, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 67, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 69, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Jak odwrócony puchar. Bez stopy. /Look 72, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Moja stylizacyjna fawotytka. Złoto i srebro. Na Kasi Struss zresztą. /Look 73, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk


Look 75, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

 
A co będę ukrywać – kompletnie mnie zatkało. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy faktycznie należy tak się zachwycać czymś, co w gruncie rzeczy jest tylko kawałkiem dawnej sztuki przedrukowanym na dobrej gatunkowo tkaninie i okraszonym biżuterią, w której czasem więcej pasji starożytniczej niż inwencji. Nie potrafię się jednak powstrzymać. Ogromnie mi się nad tym cieszą oczy. Nie od dziś wiadomo, że straszna ze mnie sroka, ale czy takie cielęce zachwyty przy okazji nie dowodzą tego, że wieki temu wymyślone środki zachwycania, i to tego najpoważniejszego – przeznaczonego dla religii i dla władzy, polegające na sypaniu złotem i drogimi kamieniami – wciąż mogą srodze rąbnąć patrzącego po głowie?

Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

Właśnie tak. Printy, ale i aplikacje. /Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

Teodora na pewno by nosiła. / Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk

No i finał. Wyjście 'na raz', jak zwykle u D&G/ Look 1, Dolce&Gabbana RTW A/W 2013/2014; źródło: vogue.co.uk
 
„Tradycja rzecz święta” – jak to mawiano w jednej z reklam Biedronki. Mam nadzieję, że romans z różnymi italskimi tradycjami w przypadku Dolce&Gabbana się jeszcze nie skończył i z niecierpliwością czekam na to, co też jeszcze wymyślą. Ciągle marzy mi się jakaś naprawdę twórcza interpretacja szeroko rozumianego antyku, polegająca wreszcie na czym innym, niż na przywdziewaniu pań w lejące się, marszczone i spięte w charakterystycznych miejscach sukniska. Od późnego średniowiecza na szczęście mieliśmy McQueena, ale jeśli chodzi o XV czy XVI w., miłośnicy mody i historii w jednym chyba zasługują na coś ciekawszego niż bluzy z Botticellim, legginsy z Michałem Aniołem i – oczywiście – apaszki z Boschem. Pożyjemy, zobaczymy. Obserwujmy.