czwartek, 27 września 2012

Zwierz uzbrojony i agresywne parasole - trzy kurioza na koniec wakacji


Jesień kroczy ku nam a wraz z nią nastroje refleksyjne. Wczoraj i mnie refleksja dopadła. Powiedziała: zbyt dużo na tym blogu słów pochwały. Stwierdziłam, że owszem, faktycznie i rzeczywiście. Trzeba to zatem zmienić i pokazać trochę ‘średniowiecznych’ (cudzysłów niezbędny) koszmarków (lub przynajmniej momentów kuriozalnych). Dość klepania po główce. Moi mili, uchylamy rąbka zasłony oddzielającej nas od tej brzydszej strony mediewalnej rzeczywistości. Poza tym – lwia część czytelniczego grona od poniedziałku rozpoczyna intensywne zmagania i trening mózgowia w uczelnianych ławach. Nie zaszkodzi na koniec wakacji pokazać coś, co nieszczególnie domaga się – o, właśnie – refleksji i cennego mózgu niepotrzebnie nie nadwyręża.

Było już o dzieciach. O uśredniowiecznianiu dzieci. Pora więc na kolejnych milusińskich. Kogo tu infekować, kiedy dzieciak już zna na pamięć piosenki z Horrible Histories, Lego Castle też już ma i może nawet (bogowie miłosierni, cud prawdziy!) wychodzi na podwórko okładać kolegów kijem, z durszlakiem nasadzonym na dumne czoło młodego Lancelota, wieszcząc rodzinie, że to turniej rycerski przecie… Kogo? Jak to kogo? Spójrz na lub pod kanapę. Albo pod stół. Najlepiej kuchenny, kiedy akurat gości na nim obiad. Przecież jest tam. Czeka. Wpatrzony w ciebie wzorkiem giermka wiernego, piękny i dostojny jak z reklamy Pedigree. Dlaczego by nie zainfekować średniowieczem właśnie jego?
 
Psia zbroja na miarę; źródło: pitbullarmory.com
 
Takie oto cudo oferuje Pitbull Armory. Doprawdy wdzięczna nazwa. Oferta jest tam szeroka i na zamówienie wykonuje się rzeczy różne, od Sasa do Lasa, że się posłużę cytatem z oficjalnej strony: for Medieval Collectors, SCA, and Historical Re-enactors, Fantasy Fans, Live Steel, Jousting, Fun, and more... No i pod co by tutaj podpiąć pomysł stworzenia personalizowanej zbroi dla psa? Chyba pod fantastykę… Bo na pewno nie jest to ‘for fun’. To znaczy – nie wątpię, że z perspektywy właściciela… Ciekawa jestem czy eksperymentującemu płatnerzowi w ogóle takie zlecenia się zdarzają. Cóż, jeden pies – pies własny pomysłodawcy – został już zbroją na miarę uszczęśliwiony. Dzieło wykonano z aluminium. Fantazja kreatora sięga zresztą dalej. Co można powiedzieć o takiej oto modelce (martwej, chyba na szczęście)? Śmieszy, tumani czy przestrasza?
 
 
Zbroja wiewiórcza; źródło: pitbullarmory.com
 
A co jeśli nie mamy psa (albo wiewiórki)? Jeśli mamy kota? Albo gryzonia? Nic straconego. Pomoże wam Jeff de Boer.

źródło: jeffdeboer.com

źródło: jeffdeboer.com

źródło: jeffdeboer.com

źródło: jeffdeboer.com

źródło: jeffdeboer.com

Na całe szczęście asortyment nie jest prezentowany na żywym modelu i można zaryzykować stwierdzenie, że taka oto mysia lub kocia zbroja ma pełnić funkcję przedmiotu czysto estetycznego. Rzecz gustu. Osobiście widywałam ciekawsze zbieracze kurzu do postawienia na komodzie. Aczkolwiek zdolności manualnych i pewnej pomysłowości nie można twórcy odmówić. Pan de Boer miał zresztą spore doświadczenie w tego typu działaniach, przez lata ‘zbrojąc’ istoty dwunożne. Pomysł na zabawę w kotka i myszkę narodził się w czasie przygotowywania pracy na zajęcia z rzeźby w Alberta College of Art and Design. Może nawet zastanawiałabym się nad zasadnością prezentowania tutaj obiektów stworzonych przez de Boer’a, gdyby nie fakt, że jako jedno ze źródeł inspiracji podaje on… rysunki Albrechta Dürera. Wypada może w tym momencie przypomnieć ‘pancernego’ nosorożca.


Albrecht Dürer, Nosorożec (1515), British Museum


Albrecht Dürer, studium hełmu (1517), Albertina

Albrecht Dürer, potrójne studium hełmu (ok. 1503), Luwr


Zrobiło się zbyt dostojnie? Trzecie kuriozum na deser. Wychodząc z dostojnie przyodzianym zwierzakiem na jesienny spacer, nie zapomnijmy zabrać odpowiednio dobranego parasola.


 
Co na to Mary Poppins?

Parasolkę stworzyło małżeństwo designerów Stephanie i Bruce Tharp, pracujący pod szyldem Materious. Stanowi ona część projektu nazwanego Umbrellas for the Civil But Discontnent Man. Tym razem inspiracją były teksty Freuda (sic!). Tak, Zygmunta Freuda. Modele parasoli stworzono w sumie trzy. Tercet egzotyczy. Więcej informacji tutaj. Ciekawostka w nienajlepszym guście. Jakoś tak mi powiało parkami rozrywki.

Przypuszczam, że patrząc na rarytasy tego typu kilka lat temu miałabym wypieki na twarzy i oczy świecące. A tak… Też muszę się uzbrajać. W cierpliwość.

Do zobaczenia w październiku, z – mam nadzieję - nowym, większym zapleczem tematycznym!

PS. Z pewnym zdumieniem zauważam, śledząc blogowe statystyki, że największym wzięciem jak do tej pory cieszyły się posty poświęcone modzie. Wielbicieli (-lki?) tekstyliów zawiadamiam więc już teraz – w czasie wstępnego przekopywania się przez pokazy na wiosnę-lato 2013 da się już znaleźć pewne średniowieczności! Moda nie zapomina. Szczegóły niebawem.

czwartek, 20 września 2012

Ubiór średniowiecznie lekkostrawny - Carven FW 2012


W związku z tym, że świat mody aktualnie pochłonięty jest prezentacją, oglądaniem, sortowaniem i wyrokowaniem propozycji na sezon następny, wiosenno-letni, wypada choć delikatnie zahaczyć o temat może i coraz mniej aktualny z punktu widzenia radaru trendów, coraz bardziej za to z punktu widzenia pogody, czyli o kolekcje jesienno-zimowe Anno Domini 2012. Oczywiście o żadnej eksplozji mediewalizmów mowy być nie może. Nie było nawet tak silnego akcentu jak pamiętny „krucjatowy” pokaz Victor&Rolf na zimę ubiegłą, z którym zresztą na pewno się tu jeszcze spotkamy, być może w momencie nastania nastrojów na ciepłe płaszcze. Dostaliśmy za to rzecz naprawdę przyjemną. ‘Przyjemny’ to oczywiście, podobnie jak ‘ładny’ i ‘miły’, broń obosieczna. Komplement nie-komplement.
 
A zatem Carven RTW FW 2012. Dom mody po stanowczym i skutecznym liftingu, korzeniami sięgający lat czterdziestych ubiegłego stulecia, wówczas gracz na polu haute-couture, a od 2009 roku rozwijający skrzydła jako marka produkująca rzeczy dobre i solidne tak pod względem designu jak i wykonania, przede wszystkim jednak – absolutnie zdatne do noszenia, łatwe do spacyfikowania i łączenia z zastaną już garderobą potencjalnej klientki. Ready-to-wear naprawdę znaczy tu ready to wear. Autorem tej spektakularnej przemiany jest Guillaume Henry, paryżanin po trzydziestce, który rozbiegu nabierał w Givenchy i Paule Ka.

Średniowiecznymi motywami postanowił się pobawić, co sam przyznał. Nic zbyt serio, zbyt na poważnie. Jesteśmy więc na przeciwnym biegunie względem tego, co proponował McQueen, a o czym mowa była tutaj. Wizji totalnej i precyzyjnej, wyposażonej w co najmniej dwa, a pewnie i ze trzy dodatkowe ‘dna’ przeciwstawia się potraktowanie motywów średniowiecznych jako elementu czysto dekoracyjnego, z cichym akcentem jeśli nie całkiem zasługującym na miano humorystycznego, to na pewno stanowiącym mrugnięcie okiem do potencjalnego klienta. Zobaczmy, jak to wyszło.
 
Tradycyjnie pierwsze rzucają się w oczy printy. Przynosi je dopiero sylwetka dziewiąta i żeby było zabawniej – za pierwszym, drugim a nawet trzecim razem w ogóle tam średniowiecza nie dostrzegłam. Musiałam przeczytać wypowiedź projektanta, żeby coś do mnie dotarło. Bo w tym wypadku nie uświadczy się przeciągów ziejących z dziejowego korytarza. Historią tu nie wieje (najwyżej chucha), a przynajmniej nie ściśle w sensie ‘historyzmu’. Bo i owszem, posmak dawności towarzyszy wielu tym prostym sukienkom, dzianinom w kolorze musztardy, płaszczom zastygłym w niezdecydowaniu między linią A, trapezem a mariażem z trenczem. Lekki posmak mody sprzed lat – uśredniając – około czterdziestu. Obfite zastosowanie wzoru paisley zdecydowanie się temu przysłużyło. Aż tu nagle…


Carven RTW FW 2012, look 11; źródło: style.com
 
Flamandowie na bis. Cóż za recykling. Prosty pomysł, prawda? Trochę… zbyt prosty?


Absolutnie nie zgadniecie, co pojawiło się dalej.


Carven RTW FW 2012, look 13; źródło: style.com
 
To oczywiście nasz dobry znajomy Hieronim i jego Ogród rozkoszy ziemskich. Co się stało z kolorami? Bosch upodobnił się do barwy tkanin wykorzystywanych w innych miejscach kolekcji, adaptując (przyznaję, że naprawdę piękny) złocisto-musztardowy odcień. Pole Złotogłowia. (Możliwe, że to właśnie ten soczysty odcień curry skłonił jednego z bardziej wziętych polskich projektantów do włączenia w swoim felietonie owej kreacji w obręb trendu… orientalnego.) Odmłodzony pięciusetlatek pojawia się wielokrotnie – okupuje niemal całą sylwetkę, jak tutaj, lub gości tylko na spódnicy czy koszuli, a bywa, że wystaje ino kawałek rękawka lub kołnierzyka. Bosch jako autor printów może będzie mógł kiedyś konkurować z takimi klasykami tej kategorii, jak charakterystyczne wzory Pucci czy ‘szlaczki’ Missoni.


Carven RTW FW 2012, look 15; źródło: style.com

Dość ironii. I dość malarstwa. Henry postawił na coś jeszcze. Na witraże. I to podwójnie. Raz – na czystą geometrię, dwa – na jej wypełnienie.


Carven RTW FW 2012, look 9 - patrzcie na rękawy!; źródło: style.com
 
Z daleka czy z bliska – nie ważne: dla mnie, bez podpowiedzi ze strony autora, wygląda to po prostu jak lansowane m.in. w kolekcjach Prady i Miu Miu (żeby wymienić tylko najsilniejszą reprezentację) wzory ‘tapetowe’, kojarzące się trochę psychodelicznie, trochę kalejdoskopowo, trochę (czasem mocno) 60s-70s – trend mocny i moim zdaniem kapitalny, w przypadku Carven też prezentujący się naprawdę dobrze i na miejscu. Tymczasem projektant utrzymuje niezbicie, że inspiracją były gotyckie witraże, koniec, kropka. Świetne zaskoczenie. Nawet jeśli efekt niejednoznaczny. To tylko dowodzi elastyczności motywów sprzed kilkuset lat.


Carven RTW FW 2012, look 27; źródło: vogue.co.uk

I zobaczcie jak to wypada z połączeniu z paisley – dwie zupełnie inne epoki (jedna i druga nie nazywa się ‘XXI wiek’), zachód i wschód… I swoją drogą – dobra lekcja trudnej sztuki łączenia wzorów.


Carven RTW FW 2012, look 26; źródło: style.com

Czysta geometria wypada chyba jeszcze lepiej. Materiały mięsiste, cięte ażurowo (laserem), i wszędzie te rozety, rozety i rozety – zwielokrotnione, nachodzące na siebie, raz wyraźnie prezentujące swój średniowieczny rodowód, raz prawie futurystyczne.
 
Carven RTW FW 2012, look 10; źródło: style.com


Carven RTW FW 2012, look 19; źródło: style.com


Carven RTW FW 2012, look 37; źródło: style.com
 
 
Kolejny średniowieczny pomysł, który w ściśle dekoracyjnym sensie okazuje się być niesamowicie nośny. Wręcz samonośny. Pojawił się w bardzo wielu konfiguracjach i nie ma sensu pokazywać tu wszystkich. Jeden wariant jest na tle kolekcji jednorazowy:


Carven RTW FW 2012, look 29; źródło: style.com


Mimowolnie skojarzyło mi się to z pamiętnym pasiakiem Lady Marion.

The Adventures of Robin Hood (1938) - Olivia de Havilland jako Lady Marion

Przyjemna to kolekcja. Jak już się rzekło – niesamowicie ‘noszalna’. Średniowiecze potraktowane lekką ręką. I o lekkim ciężarze gatunkowym. Wariacje na temat witraży moim zdaniem więcej niż przyjemne, po prostu bardzo dobre. A traktowaniem tkaniny jako pola do umieszczenia reprodukcji ‘znanego i lubianego’ chyba już jestem lekko znudzona. W momencie, kiedy z każdej strony atakują mnie swetry z Rubensem (i tak, tak, z Boschem też), albo legginsy z Botticellim, kiedy jedna z polskich marek wypuszcza serię ubrań o bardzo prostych krojach, gdzie elementem krzyczącym (wrzeszczącym wręcz) są reprodukcje obrazów Davida… Przesyt. Chyba mam dość. Daleko to wszystko odbiegło od klasycznego punktu, w którym Yves Saint Laurent robił swoją Mondrian Dress. Ale mariaż ubioru z malarstwem to już zupełnie odrębny temat.

sobota, 8 września 2012

Jak to w 1928 Joannę d'Arc męczono - sędziwe, filmowe must see


Po krótkiej przerwie spowodowanej przede wszystkim atrakcjami natury towarzyskiej – czas wrócić do drogich średniowieczności. Na dziś proponuję cofnąć się do korzeni, i to podwójnie. Koncepcja MAAA w momencie swoich narodzin w znacznej mierze opierała się na zamyśle prezentowania tu zdobyczy kinematografii, a że jak na razie nie zdołała tu wystąpić jakaś jej zwarta i poważna liczebnie reprezentacja – znać, że filmem zająć się trzeba. W końcu to jedna z pierwszych i podstawowych sadzonek, z których po rozmnożeniu (rozsianiu?) powoli zaczyna sobie tutaj wyrastać malusieńki las rzeczy, zagajniczek właściwie. Botaniczne skojarzenia, bo las za oknem, a z pisaniem też jestem w lesie. Kolejna porcja klasyki, w myśl zasady, że najpierw trzeba wykonać pracę u podstaw.
 

Jeśli miłościwie nam panujący Lew w zimie figuruje w stosownej notce jako ‘klasyk’, to doprawdy już nie wiem, jak należałoby nazwać Męczeństwo Joanny d’Arc. Powiedzieć ‘klasyka’ to nic nie powiedzieć. Klasyk klasyków? Arcydzieło? Och, i od razu atmosfera zrobiła się napuszona i oschła jak w pewnym naszym Muzeum Narodowym przed remontem. To znaczy – nie wiem jeszcze, jak jest po remoncie…


Zasiadając jakiś czas temu przed ekranem byłam wręcz zastraszona. Tym, że arcydzieło. Że niemy. Że nie dość, że niemy, to jeszcze długi. W sumie. Zważywszy na fakt, że niemy. Że trzeba czytać co tam piszą na tych planszach. Że ponoć ‘nie dla każdego’. Że z 1928. Traktować to jeszcze jako film, po prostu (czyli z gdzieś jednak, choćby nie wiem jak głęboko pogrzebanym, słowem ‘rozrywka’ w tle), czy już jako eksponat? Że arcydzieło. Że kobieca rola stulecia. Już widziałam siebie, jak siedzę i patrzę. Jak cielę w namalowane wrota. No a jaką właściwie mogło mi to ar-cy-dzie-ło krzywdę wyrządzić? Och, niewybaczalną, ale zdarzającą się, nawet arcydziełom. A może zwłaszcza im. Zanudzić mnie. Mnie, wychowaną na skrajnie innym repertuarze. I wtedy jeszcze koszmarnie niecierpliwą. Że się posłużę jednym ze swoich ulubionych porównań: to było trochę tak, jak – powiedzmy – z długą solówką gitarową (czy jakąś inną). Najpierw człowiek chodzi dookoła takiej kilkunastominutowej (żeby tylko) jak świętej pamięci pies mojej babci zwykł chadzać dookoła jeża. Potem domaga się półgodzinnych. I przewija wokale.



Czas na interludium – czas na fakty. Celem uniknięcia sytuacji typu ‘więcej faktów w faktach po faktach’, bo na razie jedynym faktem, jaki się tu przyplątał, jest rok produkcji.


Reżyser – Carl Theodor Dreyer (1889-1968). Jednym tchem wymieniany jako jeden z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszy reżyser duński. No oczywiście. Męczeństwo to ostatni film niemy w jego karierze. Ale za to innowacyjny. Jak po samym tytule domyślić się można i należy – joasinego dzieciństwa, wizji i zbroi nie uświadczysz. Tytułowe ‘passion’ oddaje całą istotę sprawy: mamy proces i śmierć, od Piłata po Golgotę, o, przepraszam – od przesłuchania po stos. Za podstawę posłużyły zachowane akta procesu, podobno niektóre dialogi (większość?) są autentyczne w stu procentach. Pochodzące z wielu dni po prostu sklejono w jedno. Jedność czasu, miejsca i akcji. Jak sięgać do korzeni, to aż po trzewia kultury. Zrobiono ten maj 1431 należycie. A mogła być inna data. Dreyer, po sukcesie filmu Du skal ære din hustru (aka Master of the House) został zaproszony do Francji celem nakręcenia obrazu historycznego. Wyłoniono trzy kandydatki: Joannę, Katarzynę Medici i Marię Antoninę. Cóż za zestaw. Na Joannę była akurat koniunktura, po kanonizacji w 1920, po ogłoszeniu świętą patronką Francji. Dreyer podszedł do sprawy na poważnie i przez półtora roku przekopywał się przez archiwalia i inne materiały. Nie mniej poważny ustalono budżet. 7 milionów franków. Na dekoracje. Jedne z najdroższych w owym czasie. Od zera wzniesiono wielki oktogon, który ‘zagrał’ zamek w Rouen. Ściany o 10-centymetrowej grubości pomieściły wszystko. Sprzęt, ekipę, wszystkie plany. I zwodzony most. Musiało to wyglądać po prostu obłędnie – ‘zamek’ pomalowano na… różowo, co na ekranie dawało piękny odcień szarości. Pracować musiało się wprost wyśmienicie.
 

Nie wszystkim wszakże. Krążą legendy o tym, jaki to z pana reżysera wychodził tyran w stosunku do tej, której zawdzięczamy ‘najlepsza rolę kobiecą w historii’ – ponoć, a na pewno najlepszą pannę d’Arc. Maria Falconetti na wielkim ekranie się nie nagrała. Była przede wszystkim aktorką teatralną i nawet nie specjalnie rozumiała zachwyty nad swoją rolą w Męczeństwie. Było ono drugim i ostatnim filmem w jej karierze. Z rzeczy które despotyczny Duńczyk kazał jej wyczyniać na planie, obcięcie włosów ‘na zapałkę’ było naprawdę przebieżką nie wartą uwagi. Ale proszę zobaczyć, jak przed naszymi oczami jej fryzura z ekstremalnie krótkiej robi się jeszcze bardziej ekstremalnie krótka. I jest w tym coś niepokojąco drastycznego. A myśmy piali z zachwytu, kiedy Natalie Portman paradowała z jeżem na głowie w V for Vendetta… Ale to są detale. Falconetti naprawdę jest tam arcydziełem, ale na zachwyty jeszcze przyjdzie pora. Cierpi przejmująco. No właśnie, wracając do naszego despoty – podobno jednym z niezawodnych patentów Dreyera było ‘sugerowanie’ aktorce, by ta klęczała (gołymi kolanami rzecz jasna) na kamieniach o ostrych krawędziach, celem wydobycia cierpień bardziej wiarygodnych. Myślicie, że obyło się bez dubli? O, kochani…

 

Nie byłoby to może potrzebne, gdyby nie wspomniane już innowacje. Przede wszystkim postawiono na zbliżenia. Na twarze aktorów. Dużo zbliżeń. Bardzo dużo. Grają więc głównie twarze. Falconetti – wspomagana miękkim, bardziej rozproszonym światłem. Pozostali aktorzy, o rysach niekiedy wręcz brutalnych – atakowani to światłem ostrym, to pogrążani w cieniu. Traktowani kontrastami, w każdym razie. Poszczególne sceny kręcono w porządku chronologicznym, co nie jest wcale takie oczywiste i wtedy też nie było. Wszyscy zagrali bez makijażu. W jakich czasach! Czasy czasami, tu chodziło o ponadczasowość. Ale mało brakowało, a XXI wiek by Męczeństwa w ogóle nie ujrzał. A przyjamniej nie tak, jak należy. Najpierw film pocięła cenzura. Na ostateczny kształt Dreyer nie miał już wpływu. Dosłownie moment później pożar zniszczył oryginalne taśmy i kopie wersji reżyserskiej. Dreyer próbował skonstruować nową wersję filmu z fragmentów wcześniej odrzuconych. I te taśmy strawił ogień. Nie za dużo ognia w historii Joanny? Dwie (oczywiście okrojone i dalekie od pierwotnego zamysłu) wersje ukazały się sukcesywnie w 1933 i 1951 roku. Aż tu nagle – cud. W 1981 roku rolki  z filmem odnalazły się – to nie do wiary – w jednym z norweskich szpitali psychiatrycznych. Zgadnijcie: z którą z wersji? Pierwszą. Jedyną słuszną. Ciekawe jakie miny mieli restaurujący je pracownicy Norweskiego Instytutu Filmowego…


Lista filmowych Joasiek zbliża się, wedle IMDB, do setki. Niektóre pozycje wyglądają tak kuriozalnie, że chyba trzeba będzie je obejrzeć. Tak na marginesie – wiedzieliście, że Joanną była nawet Ingrid Bergman? Ja nie wiedziałam. W 1954. W Joanny obrodziło zwłaszcza w 1999. Oczywiście Milla Jovovich. I jeszcze Leelee Sobieski. Milla chyba bardziej wyrazista. Ach, jak to kręcono historię na przełomie tysiącleci. Czego tam nie było. Akcja lała się strumieniami.

 
W Męczeństwie nie ma z tego praktycznie nic.


Celem podsumowania i wylania paru zachwytów – moja notatka popełniona już po seansie, który miał miejsce w dość specyficznym momencie i specyficznym nastroju, dlatego może tak się rozkleiłam. I trzeba mi wybaczyć wybuch – jak to się mówi – natchnienizmu. Od tamtej pory nie wracałam do filmu w całości, dziobiąc średniowiecze gdzie indziej. Ale wrócę. Tak myślę.
 
Przyszło mi do głowy słowo kuszenie. (…)
Całość polega na drobnych zmianach w układzie mięśni na twarzy Marii Falconetti. Początkowo wzrok reżyserował chyba Guido Reni. Różnie to bywa. Potem – nie wypada już chyba pytać kto. (…) Po tych wszystkich niemalże awanturniczo zaaranżowanych dziewczynach w zbroi, bohaterkach - ale w sensie takim, w jakim jest się bohaterem powieści, a nie bohaterem wojennym, po całym tym rozmachu, wreszcie – jest święta. Ten film jakby całkiem wymazuje wszystkie wątpliwości. Które notabene rodzi właśnie obecność Joanny w kulturze jako taka. Zwłaszcza w kulturze filmowej.
Kamera podchodzi tak samo blisko, jak do widza podchodzi ta historia. Chociaż – nie jest chyba właściwe mówienie o historii. Nie ma dat, niemal nie ma faktów. Faktem jest skazywanie na cierpienie. (...)
Fakty są natury wizualnej. Tylko taka oszczędność jest w stanie przybliżyć atmosferę. Nie mam w tym momencie co do tego wątpliwości. Piękna jest scena „naigrywania”. To jest formalnie tak proste, ale tak naszpikowane tradycją przedstawieniową, że już nie potrzeba nic więcej. Właśnie przyszła mi do głowy myśl, że w całym koncepcie jest coś szalenie ludowego. Bliżej nawet do misterium niż do żywego obrazu, bałam się, że to umknie właśnie w tę stronę. Odniesienie do obrazów, chciałabym powiedzieć – ikonografii (ale się boję) jest właściwie bardzo subtelne, ale tak czy owak dostajemy całą gamę motywów jeśli nie zawsze pasyjnych, to na pewno wiążących się z cierpieniem. Przede wszystkim – Ecce Homo. I jak już pisałam – to jest największa zasługa i największa zaleta tego filmu. Zbliżenie do człowieka, jak się okazuje – wcale nie potrzeba do tego dat, pełnego zaplecza „realiów epoki” – co to w istocie znaczy?
Są zabiegi artystycznie doskonałe same w sobie. Kręcące się zębate koło. Majstersztyk. No i obraz ciała trawionego przez płomienie – ktoś ośmielił się to potem pokazać? Ktoś przedstawił Joannę  z w ę g l o n ą? Po roku zionącym już taki archaizmem, 1928 – ktoś to powtórzył?

Jest jeszcze kwestia słów „spaliliście świętą”. Świętą czy świętość? I kiedy?

Zwykle po obejrzeniu filmu o postaci historycznej zwykło się pytać: a jak to właściwie było naprawdę? W tym przypadku nie pyta się już absolutnie o nic. Tu widza do niczego się nie zachęca. Widza się zostawia. Po co pytać, jak to było, skoro na pewno było właśnie tak…


 

Powyżej fragment z sali tortur i nie tylko. Na zachętę. Zmęczcie to Męczeństwo w całości. Naprawdę.

 
PS. Skoro i tak nie napisałam wszystkiego, co by napisać należało – jeszcze choć jedno słowo. Bynajmniej nie najmniej ważna – muzyka! W dostępnej obecnie wersji DVD jest to oratorium Richarda Einhorna z 1994 roku, przez film zresztą inspirowane i pasujące jak ulał. Łzę wyciska nie jedną. Lista tych, którzy grali ‘pod’ Męczeństwo jest dość pokaźna i miejscami bywa zaskakująca. Bywały i bywają mariaże z elektroniką. Był Nick Cave. Była i Cat Power, co mnie chyba najbardziej zdumiało. Ciekawe, komu jeszcze się zamarzy?

piątek, 24 sierpnia 2012

Krzyżowo-żebrowe zamiast sufitu, czyli zmień kościół w mieszkanie.


Dziś krótko i tylko sygnalizując problem. Ale za to jaki.

No cóż, niewiele jest rzeczy skuteczniej wskrzeszających nadgniłe tkanki sprzed stuleci jak rewitalizacja zabytków. Operacja na otwartym, martwym sercu, że tak się wyrażę.

Zamki na hotele, pojedyncze wnętrza na przestrzenie galeryjne, baszty na sklepy dla plastyków (pozdrawiam, Zielona Góra), takie tam. W sumie w przypadku architektury świeckiej nie ma większych problemów ze znalezieniem nowych zastosowań. Gorzej z sakralną. Tu już ręce bezwładnie opadają.

Holenderska pracownia ZECC być może zatem porwała się z motyką na słońce. Ale skoro w dzisiejszych czasach mieszkać już można w obiekcie zabytkowym właściwie dowolnego typu, przy czym fabryki są tutaj tylko wierzchołkiem góry lodowej (weźmy pod uwagę jeszcze te wszystkie byłe stajnie, spichlerze, młyny i silosy – słowem: zabudowania gospodarcze trzymają się mocno) – to dlaczego by nie w kościele?

Na początek należy się pewne wyjaśnienie. Mamy tu do czynienia z podwójnym wskrzeszeniem średniowiecza, tym współczesnym rzecz jasna, ale i tym dziewiętnastowiecznym, bowiem obiekt, który ZECC postanowiło przerobić na mieszkanie jest budowlą neogotycką. Postanowiłam go mimo to uwzględnić. Ta podwójność jest może nawet podwójnie zajmująca. A estetyczny wyraz średniowieczności zmiksowanej ze współczesnym wzornictwem pozostaje nie mniej rzucający się w oczy, niż mogłoby to mieć miejsce powiedzmy w przypadku przerabiania ruin Cluny na apartamentowiec z podziemnym parkingiem.

Pora przedstawić bohatera dzisiejszego posta. Kościół św. Jakuba w Utrechcie zbudowano w 1870 roku w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy. Architekt Gerard Gerritsen uwijał się jak w ukropie. Pierwotnie budowla była wyposażona w dostawioną od zachodu wieżę. Fundamenty okazały się jednak zbyt mało wytrzymałe (co nagle to po diable, panie Gerritsen?) i ostatecznie rozebrano ją w 1889 roku. W XX wieku św. Jakuba dopadła dość powszechna choroba kościołów zachodniej Europy. Opustoszał. W latach poprzedzających budowę pełnił rolę obiektu konferencyjnego i przestrzeni wystawienniczej w której prezentowano antyki. Czasami urządzano w nim kameralne koncerty. Cóż – najwyraźniej nie radził sobie tak znowu źle. Nie mniej jednak postanowiono przyodziać go w nowe szaty. Nowa aranżacja wnętrza dokonała się w latach. 2007-2009.
 
 
Nawa czyli salon; źródło: viahouse.com.
 
Salon/nawa na bis; źródło: viahouse.com.
 
Kącik jadalny w ex-prezbiterium; źródło: zecc.nl.
 
Kuchnia z jadalnią; źródło: viahouse.com.
Tak. Mieszkanie jest piętrowe; źródło: viahouse.com.
Jedna z trzech łazienek; źródło: viahouse.com.

Zdjęcia mówią same za siebie. Białe ściany nadały wnętrzu niemal nowoczesny wyraz. Cała „dawność”, pomijając zachowane detale architektoniczne, została zresztą zasygnalizowana bardzo subtelnie. Chociaż proszę zwrócić uwagę na formę ław w kąciku jadalnym. W prezbiterium. No to ci dopiero przewrotność.

Najciekawsze jest to, że wszystkie prace dotyczyły wyłącznie wnętrza. Z zewnątrz kościół pozostał praktycznie nietknięty. Kontrast jest bezcenny.
 
Od strony prezbiterium, czyli na tyłach hacjendy; źródło: viahouse.com.
 
Parcela 670 m2. Całkowita przestrzeń użytkowa – 475 m2. Dwa ogródki, mniejszy z przodu. Kuchnia wyposażona. Salon, dwa pokoje „do pracy”, dwie sypialnie z łazienkami, jedna łazienka dodatkowa. Na terenie posesji nie było wcześniej cmentarza.

Wysokość nawy – 14 metrów.

No i co sądzicie?

Moim zdaniem – obiekt ogromnie ciekawy. Bardziej przez kontekst niż przez artystyczny wyraz, chociaż ten także zdaje egzamin. Oporów natury „czy wypada” nie mam. Jest to pewne koło ratunkowe. Pytanie tylko – czy byłabym skłonna w takiej hybrydzie zamieszkać? Projektanci podkreślają, że wszystko zostało dostosowane „do ludzkiej skali”. Czyżby? W otwierającym się nad moją kanapą sklepieniu jest jednak coś jeśli nie przerażającego, to na pewno niepokojącego. Jeść kolację, podczas gdy nade mną z dziesięć metrów powietrza i dopiero zworniki. Być może przy bezpośrednim oglądzie odczucia byłyby zupełnie inne. Na sucho mam jednak wątpliwości co do tej ludzkiej skali. Z drugiej strony jako miłośniczka modernistycznych willi, którym przecież złośliwi zarzucają czasem właśnie "nieludzkość", może powinnam wykazać większe zrozumienie. Cóż. W Internecie ciągle zalega prezentacja obiektu (polecam zajrzeć), który przynajmniej w 2010 roku był jeszcze na sprzedaż. Może nadal jest. Cenę można sobie tam zobaczyć. Jeśli nadal stoi pusty (o ironio!) to… Właściwie jakoś mnie to nie dziwi. Czyli: tędy droga - ale tylko na papierze?

W Polsce plaga opustoszałych kościołów na razie nam nie grozi, więc pewnie nie ma sensu dywagować nad tym, czy domy Boże przerabiane na domy prywatne przyjęłyby się nad Wisłą. Może pikietowano by na placu budowy. Może.

Na szczęście zamki-hotele mają się u nas jak najlepiej.

 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Horrible Histories, czyli: historia dzieci nie gryzie. Połyka w całości.

Ostatnimi czasy zarzuciłam na moment podczytywanie o nieżyjących od pięciuset lat Niemcach i postanowiłam strzelić sobie prawdziwe wakacje. Włóczę się po lesie, odgrzebałam rower i przez większość czasu oddaję się bynajmniej nie drugoplanowym pasjom muzyczno-odsłuchowym. Szkoda, że olimpiada się skończyła. Jak zatem widać na załączonym obrazku – intelektualizm pełną gębą. Dlatego dzisiaj, wobec absolutnej niemożności nawet najmniejszego wytężenia swojego umysłu, pozwolę sobie zaprezentować coś, co umożliwi mi nie odrywanie się od moich ulubionych ostatnio aktywności – słuchania muzyki i zachowywania się jak dziecko.

Pamiętacie Strrraszne historie? Osobnicy urodzeni w okolicach przełomu lat 80-tych i 90-tych najpewniej tak. Książki, które pozwalały bezkarnie napawać się dowcipem czasem bądź co bądź niewybrednym, historyczne daty, wydarzenia i postacie podając jakby mimochodem i przy okazji. Lało się dużo krwi i było bardzo uciesznie. Co za czasy: z Wallym zwiedzaliśmy świat, z Horrible Histories wsiadaliśmy do wehikułu. No, może to lekka przesada, ale jak to było miło dorwać się do takich eposów jak Ci wredni Rzymianie albo Narwani Normanowie. Ja na swojej półeczce posiadałam tomik wydany w ramach odgałęzienia serii zatytułowanego jakże urokliwie Sławy z krypty. Była to „biografia” Kleopatry i do dzisiaj pamiętam dwie zamieszczone tam rymowanki, które brzmiały mniej więcej tak: „Był raz Rzymianin imieniem Cezar, co go ząb czasu wziął i przeżarł. A ona w pierwszej choć była wiośnie, dzisiaj oddała mu się radośnie” oraz „Daj Julek na wstrzymanie – serce ci bić przestanie! Królowa jeszcze młoda a twego zdrowia szkoda”. Nawet Liz Taylor i Rex Harrison nie mieli takiego poetyckiego zaplecza. Akurat te żarciki wydają się z perspektywy czasu mocno sfatygowane. Na szczęście pod tym samym szyldem pojawiło się zjawisko, które jest w stanie ubawić mnie i dziś.

Rzecz nazywa się identycznie jak seria książek i jest angielskim programem dla dzieci, produkowanym przez BBC od 2009 roku. Podstawowym celem Horrible Histories nie jest bynajmniej ubawianie takich jak ja, tym bardziej uczenie czegokolwiek wapniaków starszych niż dziesięcio- czy jedenastolatkowie. Cóż jednak począć, jeśli czuję się i ubawiona i doedukowana. Naprawdę.  I chyba nie tylko ja. To, że program jest na prawo i lewo nagradzany w kategoriach dziecięcych (BAFTA, a zwłaszcza „specjalistyczne” w tej materii Prix Jeunesse) zdziwienia bynajmniej nie budzi. Ale wygrana w 2010 i 2011 roku British Comedy Award w kategorii Best Sketch Show (jako pierwszy program dziecięcy w ogóle uwzględniony w konkurencji!) każe już się zastanowić nad tym, z czym właściwie mamy do czynienia.

Scenariusz jest oczywiście w znacznej mierze oparty na przesławnej serii książek, pióra Terry’ego Deary. Podobnie jak tam – nikt się z dzieciakami nie cacka i nie owija historii miękkim pluszem. Jak się mordowali – to się mordowali i w Horrible Histories też się mordować będą. Byli niemoralni – to niemoralnymi pozostaną. Oczywiście moralne i fizyczne „okropności” stanowią tylko pewien procent tego, co się tam prezentuje, ale jest to na pewno procent wyróżniający. Wszystko odbywa się zresztą z dużą kulturą i troską o młodego widza. Jedną z podstaw tej troski jest założenie, że dzieciak w żadnym wypadku nie może się nudzić. Historia ma być nie tyle nawet ciekawa. Ma być fajna.

Nie spodziewajmy się oczywiście żartu grubego i kabaretowego szarżowania po bandzie. Ostatecznie chodzi przecież przede wszystkim o zachęcenie dzieci i opowiedzenie im kilku (niekoniecznie strrrrasznych) historii.

Tym, co mnie najbardziej bawi, uczy, śmieszy, tumani a czasem przestrasza, są piosenki. W trakcie czterech sezonów team Horrible Histories zdążył ich wyprodukować około pięćdziesięciu. Jako zbiór przyśpiewek noszą one wiele mówiący tytuł Savage Songs. Poziom dzikości tych „dzikich pieśni” bywa różny, różny też bywa poziom zaserwowanego humoru (a także muzykowania!), bywa (a bywało zwłaszcza na początku) że walor edukacyjny jednak brał górę i postacie historyczne po prostu wyśpiewywały swoje historie, dziarsko przy tym podskakując, gdzieś pomiędzy wplatając jeden albo dwa skromne żarciki. Z czasem jednak nastała era arcydzieł.

Horrible Histories średniowiecze lubią bardzo, a jeszcze większym przywiązaniem darzą wczesną nowożytność – Henryk VIII jest stałym i charakterystycznym bywalcem. Kto jak kto. Uśredniowieczniać można się zresztą nie tylko przez skecze i piosenki – HH to opcja full-service i na swojej stronie internetowej stwarzają możliwość np. wcielenia się w średniowiecznego łucznika, którego celem jest wytłuczenie dziarsko maszerującego pod murami wroga. Spróbowałam i utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak każde moje spotkanie z łukiem (nawet wirtualnym) zawsze kończy się spazmem rozpaczy (serdecznie pozdrawiam w tym momencie moich rodziców, którzy na pewno to czytają i najlepiej wiedzą, co konkretnie mam na myśli). Może z kuszą poszłoby mi lepiej? Ale do rzeczy. Piosenki. Najzabawniejsze w nich jest chyba to, że (wszystkie, nie tylko te o tematyce średniowiecznej) odwołują się do bardzo konkretnych gatunków muzycznych, czasem bezpośrednio do określonych wykonawców, a nawet – poszczególnych ich utworów. Najwyższa pora zaprezentować faworytów.

Na początek – wikingowie. Nie, nie mają hełmów z rogami. W nagraniu swojej rockowej ballady podobno inspirowali się Guns'N'Roses (nie tak chyba znowu dokładnie), Queen (kto doczeka do refrenu ten pojmie) i… Jethro Tull (mnie ewentualnie przychodzi do głowy tylko skojarzenie z fryzurą Ian’a Andersona, ale może nie wniknęłam w sprawę należycie dogłębnie). Ich wzruszający przebój nosi tytuł Literally. Cóż, nikt nie wątpił, że wikingowie lubią dosłowność, prawda? W tekście owego dzieła pojawiają się oczywiście takie słowa klucze jak: kill, burn, drink, tylko rape jakoś nie pada, ale powtórzmy raz jeszcze – to jest rzecz dla dzieci. Ale wikingowie potrafią też wzbić się na wyżyny poezji i śpiewać o kometach przeszywających niebo, owego lata 793. Bryan Adams mógłby nawet napisać jakąś parafrazę swojego Summer of ’69. Summer of 793 nie brzmi źle.

Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam, to się autentycznie ze śmiechu popłakałam. Może po prostu trzeba mi niewiele, może faktycznie coś w tym jest.


 Wielkim moim ulubieńcem jest doskonały w każdym calu Ryszard III, który bierze udział w programie z bardzo konkretnego powodu. Chce bowiem pokazać swoją prawdziwą twarz, jakże odmienną od gęby, którą doczepili mu More i Szekspir. Źródłem wszelkich nieszczęść Rysia jest zatem straszliwa pro-Tudorska propaganda, z którą samotnie musi teraz walczyć. Ryszard jest człowiekiem ciepłym, miłym, puszystym, boi się os i ma lęk wysokości. W ogóle jest nie taki, jakim wykreował go Szekspir. Nie ma garba. Nie kuleje. Ani nie jest w żaden inny sposób fizycznie upośledzony. Uważa się za dobrego (ba, idealnego) męża. Kocha dzieci. Nie, nie zabił trzymanych w Tower bratanków. Swoją drogą, w czasie ostatniej wizyty tamże (a było to już ładnych parę lat temu) przyuważyłam coś w rodzaju „automatu sondażowego” – maszynerię z bodajże trzema przyciskami. Przed naciśnięciem jednego z nich należało zdecydować: co twoim zdaniem przytrafiło się nieszczęsnym książątkom, że tak zniknęli jak kamfora? Droga do automatu wiodła przez jedną czy dwie sale wprowadzające w tematykę i podające za pomocą plansz, filmów i ulotek różne możliwe wersje wydarzeń. Oczywiście jeden z przycisków odpowiadał opcji „zostali zabici przez złego wuja Ryszarda”. Biedaczek – załamałby się na ten widok. Swoją drogą, ciekawe, czy ten automat jeszcze w Tower stoi.

Ryszard śpiewa utwór stylizowany na Better in Time Leony Lewis. Trzeba jeszcze coś dodawać?



Czas na piosenkę pożyteczną, czyli Kings and Queens. Mój absolutny faworyt, bowiem po sobie widzę, że naprawdę działa. Piosenka ta ma nauczyć i dzieciaka i wapniaka zapamiętywać po kolei wszystkich angielskich monarchów. Posłuchajcie, a raz na zawsze znikną Wasze problemy z cyklu „ilu Edwardów pod rząd” i „iloma ich przepleść Henrykami”. Średniowiecze pojawia się tam oczywiście do momentu, ale jako pomysłodawca tego jakże wspaniałego konceptu występuje nie kto inny jak Wilhelm Zdobywca. Przekomiczny. Jak wszyscy. A zwłaszcza królowa Wiktoria.


Spragnionym dalszych, średniowieczno-nowożytnych wrażeń, można jeszcze zalecić: piosenkę Henryka VIII ułatwiającą zapamiętanie (z pokazywaniem!) tego, co się stało z którą żona; wspólny występ Henryka z Elżbietą (w stylu wczesnych, mniej bombastycznych popisów HH, aczkolwiek fakt, że w tekście występuje Simon Cowell jest godny odnotowania); funkujących mnichów; szkockich monarchów w rytmie blues’a; stosunkowo nowe, ale średnio moim zdaniem udane: rodzinę Borgiów w kontekście rodziny Adamsów oraz (trochę lepszą) Marię Tudor śpiewającą a’la Kate Bush. Jest jeszcze absolutnie przezabawny William Wallace (któremu przypomniał się Billy Idol i jego Rebel Yell).

Ja tam z wypiekami czekam na następny sezon.

I nawet nie macie pojęcia, jak bardzo zazdroszczę tym brytyjskim dzieciakom. Gdybym ja za młodu coś takiego na ekranie dostała, to chyba bym z radości dostała zawału i to by dopiero była straszna historia.

PS. Po prostu nie da się nie powiedzieć o kilku naprawdę kapitalnych przebojach odwołujących się już do zupełnie innych momentów w historii. Zaiste dziki ubaw dostarczają piloci RAF-u z songiem na modłę Take That (ze wspaniałym fragmentem tekstu: „Take That… Hitler!”), rozbójnik Dick Turpin opowiadający swoją historię w sposób bardziej niż wyraźnie inspirowany Adamem Antem i klipem do jego „Stand and Deliver” (któremu inspiracji dostarczyli... no cóż - Dick Turpin i jemu pokrewni), Karol II romansujący z „My Name Is” Eminema, kochający spaniele i imprezy ponad miarę przeciętnego śmiertelnika („…I'm the king who brought back partying!”) oraz filozofowie greccy muzykujący na modłę... The Monkees. Dość dosłownie. Wybitnie bawi mnie fakt umieszczenia myślicieli w kontekście zespoliku powołanego jako substytut The Beatles, kiedy tym zachciało się szukać nowych rozwiązań. Polecam, tak, śmak i owak. A już na pewno czytelnikom już dzieciatym.

piątek, 10 sierpnia 2012

Średniowiecze Alexandra McQueena



Ostatnio jeden z poczytniejszych babskich miesięczników opublikował sesję w której zaprezentowano stylizacje mające kojarzyć się i stanowić hołd dla wielkich, kobiecych postaci w historii, powiedzmy wręcz: kobiet-ikon, próbując w ten sposób ostatecznie przekonać czytelniczkę, że oto stanowią one wciąż świeżą, niewysychającą rzekę inspiracji dla współczesnego świata mody. Rzecz chyba trochę naciągana, aczkolwiek wizualnie prezentująca się bardzo dobrze, bądź co bądź – rzeka to jednak chyba w niektórych przypadkach najwyżej szeroki strumyczek. Nie mogę się zgodzić, że inspiracje przełomem wieków XIX i XX należałoby wywodzić od… Marii Skłodowskiej-Curie. Zestaw bohaterek był zresztą szeroki i dość zaskakujący, i tak obok naszej szacownej noblistki znaleźć można było bezpośrednio powiązane z przemysłem modowym persony, np. Dianę Vreeland czy Annie Leibovitz. W tym doborowym towarzystwie (i mówię to oczywiście bez ironii), ku swojemu bezbrzeżnemu zdumieniu ujrzałam nie kogo innego jak swoją zacną patronkę-imienniczkę, Joannę d’Arc mianowicie. Joasię wykreowano następująco: modelkę przyodziano w srebrną, cekinową mini, pod pachę wsadzono hełm. Cekiny wszak od jakiegoś czasu stały się synonimem „zbroi”. Ileż to już się człowiek tych porównań naczytał! „Nowa zbroja”, „średniowieczna wojowniczka” (sic!), „współczesna kolczuga” itp. itd.. Ja wiem, że skojarzenia różnorakie są jedną z dźwigni pisania o modzie, ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, kiedy ktoś kreację, którą Carey Mulligan włożyła na tegoroczny Met Ball określił mianem… zbroi płytowej. Bo Miuccia Prada cekiny zaprojektowała większe. Efekt zdecydowanie bardziej kojarzył się (i pewnie miał się kojarzyć) z rybią łuską, ale cóż było poradzić – posmak militariów najwyraźniej wygrał.

Met Ball - Carey Mulligan w kreacji Prady; źródło: vogue.co.uk
W sumie wystarczy na wybieg wypuścić dziewczyny w czymś, co składa się z pewnej liczby metalicznie świecących elementów no i mamy „neo-zbroję” jak malowaną. Jeśli komuś się to rzeczywiście ze średniowieczem kojarzy, to cóż – może ma wyobraźnię bujniejszą niż ja, czego właściwie można tylko pozazdrościć. Ale jak już tropić, to inspiracje konkretne. I kto szuka, ten znajdzie, z niewielkim nawet trudem, bo także u  największych i najbardziej znanych. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam kolekcję, o której będzie tu mowa, szczęka dosłownie wryła mi się w ziemię aż do Hadesu. Do tej pory lepszej wizji średniowiecza we współczesnej modzie chyba nie było i pewnie prędko nie będzie. Alexander McQueen stworzył ją tuż przed śmiercią (właściwie ukończył pracę w plus minus 80 procentach) i chyba jest coś wymownego w fakcie, że w swoim ostatnim dziele zawarł elementy zapożyczone z dwóch światów, które docelowo miały kojarzyć się z wiecznością. Była to religia i – no cóż. Cesarstwo.

Przypominanie wydarzenia sprzed kilku lat nie jest chyba tak bardzo nie na miejscu, jeśli weźmie się pod uwagę jego skalę, ale także fakt, że historyzm w modzie ma się obecnie bardzo dobrze, a projekty na jesień-zimę 2012/2013 obfitują tym razem w skojarzenia barokowe (i to raczej późne), czasem bardzo dosłowne, jak absolutnie kapitalna wizja XVIII-wiecznej Sycylii u Dolce&Gabbana, czasem po mistrzowsku zaledwie sugerowane, jak zrobił to Olivier Rousteing w kolekcji Balmain, a czasem zatopione w morzu zupełnie innych motywów, jak u Vivienne Westwood, gdzie nic nie zwiastuje nagłego wybuchu XVIII-wiecznej Francji. U samego McQueen’a inspiracje modą sprzed stuleci wracały kilkakrotnie, żeby wspomnieć chociażby pamiętne RTW jesień-zima 2008/2009, gdzie stroje jak na linii czasu leciały od empire’u w górę wieku XIX. Historią mocno wiało też chociażby w projektach na jesień/zimę 2006/2007, czy na lato 2007. W stosunku do prezentowanych tam rarytasów – McQueen w kolekcji na jesień/zimę 2010/2011 potężnie cofnął się w czasie. Jak zwykle mieliśmy do czynienia z ready-to-wear, który w istocie ‘zachowywał się’ jak haute couture. Krawiectwo wysokie, żeby nie powiedzieć – wysokościowe.
 We wszystkich recenzjach i omówieniach podawano dwa główne źródła inspiracji: Bizancjum i malarstwo XV-wieczne. Dodajmy – północne (i z pewnymi przerzutami na wiek XVI). Zatem mariaż świata oliwy ze światem słoniny. Bardziej skrupulatni bardzo słusznie dorzucali do tego jeszcze element późniejszy, w postaci skojarzeń z XVII-wiecznym francuskim haftem i koronką. Wszystko to z dyskretnym, futurystycznym posmakiem. Jakby muzeum mody wysłano na Marsa. Przyjrzyjmy się jednak konkretom, i to tym, które nas tutaj najbardziej interesują. Jak średniowiecze wygląda u McQueena?
 Nad całą kolekcją unosiły się opary Madonny z dyptyku Etienne Chevalier’a (ok. 1450), pędzla Jean’a Fouquet’a (zm. 1480).


Jean Fouquet - Madonna Etienne Chevalier; źródło: wga.hu
Nie tylko jej charakterystyczny typ urody (nie będziemy się w tym momencie emocjonować tym, czy to faktycznie portret Agnieszki Sorel, czy nie), który jak echo powtarzała stylizacja wszystkich modelek, ale i owa banda cherubinów i serafinów w tle, zderzenie ciemnego z jasnym miało – w kontekście tak estetycznym jak i symbolicznym miało stanowić podwaliny całości wyrazu estetycznego. Później było już tylko lepiej. Hieronim Bosch jako autor printów. Dodajmy – autor ostatnio bardzo popularny i na tekstyliach obecny wręcz nagminnie, czym zajmiemy się w swoim czasie osobno. Bosch (zm. 1516) rzuca się w oczy już za pierwszym razem i jest jednym z tych konkretnych odwołań, których po prostu przeoczyć się nie da, nawet jeśli na przejrzenie kolekcji ma się 3 minuty, a zdjęcia nie zajmują nawet połowy ekranu, więc o detalach nie ma co marzyć.


źródło: style.com


źródło: vogue.co.uk
W rzeczywistości print wykorzystany w centrum nie jest przeniesionym w dokładności 1:1 fragmentem któregoś z obrazu Boscha, lecz kombinacją dwóch: tryptyku Kuszenia św. Antoniego z lat 1505-1506 (mało sympatyczny, rybo podobny stwór) i Piekła z tryptyku Ogród Rozkoszy Ziemskich z ok. 1500 roku (ptaszysko-sadysta).

Hieronim Bosch, Kuszenie św. Antoniego, fragm.; źródło: wga.hu

Hieronim Boch, Ogród Rozkoszy Ziemskich (Piekło), fragm.; źródło: wga.hu
Dalej pojawia się mniej na pierwszy rzut oka czytelny Stefan Lochner (zm. 1451).

źródło: style.com


źródło: vogue.co.uk
Nadrukowani panowie na co dzień rezydują na jednym ze skrzydeł bocznych kolońskiego Ołtarza świętych patronów (ok. 1440).


Stefan Lochner, Ołtarz świętych patronów Kolonii; źródło: wga.hu


McQueen wziął z niego jeszcze złote tło i garść ornamentów, a sposób drapowania, miękko układające się fałdy, same z siebie wydają się być reminiscencją stylu pięknego. Poza Boschem i Lochnerem załapała się jeszcze jedna z największych gwiazd wśród XV-wiecznych Flamandów – Hugo van der Goes (zm. 1482), reprezentowany przez swoje najbardziej chyba znane dzieło, Ołtarz Portinarich (1476-1479), w sposób bardzo ciekawy. Reprodukować postanowiono… zewnętrzną stronę skrzydeł.



Mamy więc wykonane en grisaille Zwiastowanie, utrzymane w konwencji „malowanych posągów” (podobne tworzyli np. van Eyck czy Memling), które nieznacznie przerobiono (zmieniono nieco pozę anioła i położenie gołębicy Ducha Świętego w stosunku do Marii), zredukowano silne wrażenie bryłowatości, tak, że zamiast sprawiać wrażenie „rzeźb” postacie wyglądają jak naszkicowane. Nadrukowano je osobno na dwie różne suknie, każdą z figur duplikując i zwracając owe odbicia lustrzane do siebie, tak, że uzyskano wrażenie „dyptyku”.

źródło: style.com
źródło: style.com
Szkicowość przetransponowanego malowidła doskonale współgra z charakterem materiału, zwiewnością sukni. Majstersztyk, prawda? Z daleka printy wyglądają po prostu jak swobodnie poprowadzone linie, do tego stopnia, że obecność Marii i anioła zauważyłam dopiero stosunkowo niedawno, mimo że pierwszy raz roztkliwiałam się nad mcqueenowskim dziełem niedługo po jego opublikowaniu w Internecie, a i później często do niego wracałam.

źródło: vogue.co.uk
źródło: vogue.co.uk
Do nowszych spostrzeżeń należy coś jeszcze. Zastanawiałam się któregoś razu nad tym, że o ile motywy zaczerpnięte z XV-wiecznego malarstwa w sposób oczywisty rzucają się w kolekcji w oczy, o tyle tak szumnie przecież rozgłaszany czynnik bizantyjski w jakiś sposób się chowa, umyka i nie pozwala sprowadzić do pojedynczego źródła inspiracji. Z określeniem „bizantyjski” bywa w modzie trochę tak jak z ową cekinową zbroją – zbyt często oznacza po prostu ogrom złota i/lub inkrustacji. Może tak było też w tym przypadku? Ogólne wrażenie przepychu, trochę „archaicznego”, żeby nie mylić go z tym, co zwykle uchodzi za „barokowe”? Postanowiłam jednak bliżej przyjrzeć się haftom. I nagle zdałam sobie sprawę, że kolejny konkret mamy przecież podany na tacy. Nie wiem, jakim cudem umknął wcześniej mojej uwadze. W przypadku co najmniej dwóch projektów chodzi nie tyle o Bizancjum, co o Sycylię. Tyle, odnośnie pochodzenia motywu. To, z czego bezpośrednio został zaczerpnięty, jest w istocie solidnym kawałkiem materiału, mimo zaawansowanego wieku będącym w niezwykle dobrej kondycji. Aktualnie sędziwym wiedeńczykiem. Nagle zdałam sobie sprawę, że McQueen sięgnął do skarbca Rzeszy. Postanowił praktycznie skopiować (!) słynne pluviale, wykonane około 1133/1134 w Palermo dla Rogera II, które za cesarza Fryderyka II stało się płaszczem koronacyjnym Rzeszy.


źródło: khm.at


źródło: style.com
źródło: vogue.co.uk

Znajome te lwy, oj, znajome. Pojawiły się w mniejszej skali na jeszcze jednym z projektów, tym razem na czarnym tle.
źródło: vogue.co.uk

źródło: style.com
Kiedy mniej więcej rok temu po raz pierwszy zaczynał mi w głowie świtać pomysł założenia bloga, wiedziałam, że średniowiecze McQueena będzie jednym z pierwszych, o których napiszę. Lub raczej – które tu pokażę. W jego sposobie wykorzystania średniowiecznych inspiracji jest coś ogromnie szczerego. I brak strachu przed zarzutem „odtwórstwa”. Nawet w przypadku rzeczy dosłownych. Jak ta:
źródło: style.com

Teraz nie mam już nic więcej do dodania.